Szokująca decyzja topowego dyrektora sportowego. Wybrał pracę u "średniaka"
W Sevilli dał się poznać jako geniusz rynku transferowego. Chociaż Monchi później nie osiągał już tylu sukcesów co w stolicy Andaluzji, wciąż uważany jest za jednego z najlepszych dyrektorów sportowych na świecie. Teraz swoją magią ma podzielić się z Espanyolem.
Hiszpańskie kluby - może z wyjątkiem Barcelony, Realu i Atletico - już od dobrych kilku lat nie są w stanie sprostać finansowej potędze Premier League. To dlatego poza ścisłą ligową czołówką nie obserwujemy jakichś spektakularnych transferów. Poza brakiem odpowiednich środków finansowych, przeszkodą są też twarde limity narzucone przez władze La Ligi. Nie dziwi więc, że działacze muszą sięgąć po pomoc nadzwyczaj sprawnych specjalistów, którzy są w stanie radzić sobie nawet mimo wielu przeciwności losu. Idealnym tego przykładem jest Monchi. To on stworzył z Sevilli jedną z najbardziej utytułowanych drużyn XXI wieku w europejskich pucharach. Teraz na podobne efekty liczą w Espanyolu.
Nie zdziwiłby klub z czołówki
Do momentu, w którym Real Madryt ponownie ściągnął na ławkę trenerskę Jose Mourinho, to właśnie powrót Monchiego był traktowany jako ten najgłośniejszy w świecie hiszpańskiego futbolu. Rodowity Andaluzyjczyk przez niemal dwie dekady spędzone na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan wyrobił sobie markę “super dyrektora”. To właśnie on pomógł dostrzec talent u takich wychowanków jak Sergio Ramos, Jose Antonio Reyes czy Alberto Moreno. Był też odpowiedzialny za sprowadzenie do Sevilli piłkarzy pokroju Adriano, Daniego Alvesa, Seydou Keity czy Ivana Rakiticia. Nic więc dziwnego, że wielokrotnie łączono go z przejściem do większego klubu.
Sevillę po raz pierwszy opuścił w kwietniu 2017 roku, wcześniej pomagając klubowi w zdobyciu aż 11 trofeów. Trafił do Romy, której może i nie zawojował, a jego polityka transferowa była tam mocno krytykowana, ale jednak podczas okresu spędzonego przez niego w Wiecznym Mieście “Giallorossi” dotarli do półfinału Ligi Mistrzów i osiągnęli trzecie miejsce w Serie A. Później Monchi powrócił do stolicy Andaluzji i o tym, że nie stracił swojego “magicznego dotyku”, niech najlepiej świadczy fakt, że “Sevillistas” za jego drugiej kadencji dołożyli kolejne dwa triumfy w Lidze Europy. W latach 2023-2025 Hiszpan kierował natomiast pionem sportowym w Aston Villi, która dotarła w tym czasie do Ligi Mistrzów.
Spoglądając na taki dorobek, nie moglibyśmy się dziwić, gdyby teraz 57-latek objął rolę dyrektora sportowego w którymś z czołowych klubów Starego Kontynentu. Tymczasem ten znów postanowił zaskoczyć i w maju przyjął ofertę Espanyolu. Na pierwszy rzut oka taki ruch musiał stanowić nie lada niespodziankę. “Papużki” po raz ostatni zakończyły zmagania w górnej połowie tabeli La Ligi blisko dekadę temu. W poprzednim sezonie pomimo dobrego startu zanotowały regres formy i praktycznie do końca walczyły o utrzymanie. Taka nerwowa końcówka nieco odbiega od tego, jaki ma być nowy Espanyol, który od ubiegłej jesieni zarządzany jest już przez Velocity Sport Limited, spółkę skupiającą amerykańskich inwestorów pod wodzą Alana Pace’a. Obecne ambicje jego i RCDE są spore, a przybycie Monchiego ma stanowić ważny etap w drodze do sukcesów.
- Kluczową rolę przy ściągnięciu Monchiego do Espanyolu odegrał właśnie Pace, który nie zobaczył w nim jedynie dyrektora technicznego, ale człowieka, który ma pokierować całym pionem sportowym. Sam Monchi przyznał, że to Amerykanin przekonał go do objęcia nowej roli i szybko złapali ze sobą wspólny język. Dla niego to szansa na powrót do Hiszpanii i pracę w miejscu, w którym zyska swobodę decyzyjną na podobnym poziomie jak w Sevilli. Jego zadaniem będzie zbudowanie struktury, wyszukiwanie piłkarzy z dużym potencjałem rozwoju oraz zapewnienie drużynie odpowiedniej konkurencyjności. Przy czym jednocześnie pozostanie też właścicielem San Fernando, małego zespołu z jego rodzinnej miejscowości, który próbuje odbudować po tym, jak niemal przestał istnieć - opowiada w rozmowie z nami Marc Mosull z katalońskiego dziennika Ara.
Mało kasy, wielkie ambicje
Monchi nie porzucił planów dotyczących odbudowy swojego lokalnego klubu, ale od kilku miesięcy głównym obiektem jego zainteresowania jest przede wszystkim Espanyol. W stolicy Katalonii staje przed podobną misją, z jaką swego czasu zmierzył się w Sevilli. Tam również zaczynał od stosunkowo małego zespołu współpracowników i musiał działać przy dość ograniczonych możliwościach finansowych. To nie powstrzymało go od budowy konkurencyjnej drużyny, która potrafiła seryjnie zdobywać trofea na arenie międzynarodowej i stanowić realne zagrożenie dla hiszpańskiej czołówki. W dodatku kiedy odchodził z Ramon Sanchez Pizjuan, sieć jego skautów liczyła około 700 specjalistów z całego świata. Na Cornella El-Prat liczą na podobne rezultaty.
- Największym wyzwaniem, jakie stoi teraz przed Monchim, jest osiągnięcie jak najlepszych wyników przy mocno ograniczonych środkach finansowych i stworzenie fundamentów pod silny pion sportowy. Espanyol raczej nie będzie dysponował jakimiś wielkimi środkami na transfery - zresztą jak dotąd wydał tylko pięć milionów euro na Alexa Calatravę, a pozostali piłkarze przyszli na zasadzie wypożyczenia. Dlatego stoi przed nim spore wyzwanie, bo mimo braku pieniędzy, będzie musiał stworzyć silny skład, który przede wszystkim nie wda się w walkę w dolnej połowie tabeli - tłumaczy Mosull.
Jeśli spojrzymy na dotychczasowe letnie wzmocnienia “Pericos”, to one rzeczywiście zbytnio nie rzucają na kolana. Oprócz wspomnianego Calatravy, który trafił do Katalonii z Castellon, rewelacji poprzedniego sezonu Segunda Division, drużynę Manolo Gonzaleza na zasadzie wypożyczeń zasilili także: defensywny pomocnik Gabriel Moscardo z PSG, lewy obrońca Quilindschy Hartman z Burnley, Bryan Zaragoza z Bayernu oraz dwaj stoperzy - Unai Nunez z Celty i Vanja Druksić z Zenitu Sankt Petersburg. W inauguracyjnym, gładko wygranym 3:0 meczu nowego sezonu z Levante spośród letniego zaciągu na boisku pojawili się jedynie Calatrava i Nunez. W meczu z Realem Madryt (1:2) z ławki wszedł jeszcze Druksić. Część kibiców wciąż czeka na poważniejsze wzmocnienia - pytanie brzmi, czy nastąpi to już w tym oknie transferowym.
- Kibice Espanyolu przyjęli Monchiego z wielkim entuzjazmem. Należy mieć na uwadze, że to wciąż jeden z najlepszych dyrektorów sportowych na świecie. Przy czym musimy również pamiętać, że środowisko skupione wokół “Papużek” jest dość specyficzne i gdy komuś coś się nie podoba, to nie stroni od krytyki. Po początkowej euforii, później ten entuzjazm wobec Monchiego nieco osłabł. Szczególnie kiedy okazało się, że klub nadal nie dokonał jakichś istotnych wzmocnień. Największa krytyka spotyka jednak samych właścicieli. Przybyli rok temu i wydawało się, że za ich sprawą coś w Espanyolu się ruszy do przodu. Tymczasem dotąd poziom inwestycji nie przewyższa tego, do czego przyzwyczaiła nas poprzednia ekipa właścicielska. Stąd też głosy oburzenia - opowiada Mosull.
Amerykański sen po chińskim marazmie
Przez blisko dekadę trybuny Cornella El-Prat męczyły się z poprzednim właścicielem klubu, Chenem Yanshengiem. Fani wobec jego następcy mieli więc z miejsca spore oczekiwania i wydawało się, że po dość zachowawczej erze chińskiej nastąpi ta bardziej ekspansywna, amerykańska. Na razie pieniądze pompowane w klub przez Pace’a nie są tak zawrotne, jak wszyscy się tego spodziewali, ale fakt, że jedną z twarzy tego projektu ma być Monchi, dużo mówi o ambicjach inwestorów zza oceanu. Zatrudnienie Andaluzyjczyka połączone z innymi dotychczasowymi działaniami Velocity Sport Limited pozwala też wierzyć, że nie ma być to projekt na rok czy dwa, tylko temat długofalowy.
Tego lata nikt w klubie nie zdecydował się na zupełną demolkę i całkowitą przebudowę zespołu, co dobrze świadczy zarówno o Monchim, jak i samym właścicielu. Na czele drużyny, w roli szkoleniowca, nadal stoi Manolo Gonzalez - gość, który przez lata trenerkę łączył z pracą w roli kierowcy autobusu, a “Papużki” przejął początkowo w trudnym momencie tylko na chwilę, aby ostatecznie utorować im drogę do powrotu na hiszpańskie salony. Podobnie jak kiedyś Monchi w Sevilli, potrafił wyczarować coś z niczego. Teraz obaj mają na podobnej zasadzie działać w Espanyolu.
- Monchi w Sevilli zaczynał sam, bez pieniędzy, a kiedy odchodził, jego zespół liczył ponad 15 osób. Wydaje się, że w Espanyolu chciałby podobnego rozwoju, czyli przede wszystkim stworzenia silnego pionu sportowego. W kwestiach stricte boiskowych nie wyznaczył sobie żadnego konkretnego celu, chociaż dał wyraźnie do zrozumienia, że klub o takim potencjale powinien dążyć do regularnej gry w europejskich pucharach, a nie traktować to jako tylko jednorazowy wybryk. W każdym razie w nadchodzącym sezonie samo utrzymanie się w Primera Division byłoby raczej niewielkim sukcesem. Każde miejsce w pierwszej dziesiątce zostanie za to uznane już za spore osiągnięcie. Gra w Europie? To cel chyba wciąż zbyt trudny do realizacji - podsumowuje nasz rozmówca.