Słynny klub sięga dna. Pusta kasa, fatalne wyniki. Przetrwanie będzie sukcesem
Jeszcze cztery sezony temu Leicester City rywalizowało w Premier League, wygrywało krajowe puchary, docierało do półfinału Ligi Konferencji. Z tamtej drużyny nie zostało już jednak nic, z klubu zaś niewiele. "Lisy" drżą o utrzymanie w Championship, a jednocześnie mogą mówić o szczęściu. Gdyby władze angielskiej piłki okazały się mniej życzliwe, Leicester City zostałoby zakopane żywcem. Zdaniem wielu zasłużyło na taki los.
W poprzednim sezonie Leicester drugi raz z rzędu nie utrzymało się w Premier League. Tym razem nie dostarczyło żadnych argumentów, aby było inaczej - strata do 17. Tottenhamu (sic!) wyniosła aż 13 punktów. "Lisy", podobnie jak Ipswich Town i Southampton, całkowicie zasłużyły na spadek. W przeciwieństwie jednak do tych drużyn, tragedia na King Power Stadium dopiero się zaczynała.
O ile bowiem Ipswich walczy o powrót do elity, a i "Święci" nie są bez szans na play-offy, o tyle Leicester marzy o utrzymaniu w Championship. Szanse na to ma coraz mniejsze. Drużyna nie ma trenera, nie wygrała pięciu meczów z rzędu, a z jej konta odjęto sześć punktów. Nad najgorszą trójką utrzymuje się tylko dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu. Klub, który za kadencji Vichaia Srivaddhanaprabhy miał ambicję rywalizowania z najlepszymi, obecnie słania się na nogach.
Życie na kredycie
Po tragicznej śmierci Vichaia - w 2018 roku jego helikopter rozbił się tuż przy King Power Stadium - klub nie został sprzedany przez tajską rodzinę. Myśl ojca starał się kontynuować między innymi Aiyawatt Srivaddhanaprabha. Drużyna nie walczyła może o mistrzostwo Anglii, ale dwukrotnie kończyła zmagania na piątym miejscu w Premier League, a także wygrała Puchar Anglii. W sezonie 2021/22 zaś, który był ostatnim tak udanym, zaliczyła wspomniany na początku finał Ligi Konferencji, a gablotę wzbogaciła trofeum Community Shield. Ale za te sukcesy zapłacono zdecydowanie zbyt wysoką cenę.
"Lisy" żyły ponad stan. Kluby w Anglii obowiązują ścisłe zasady zysków i zrównoważonego rozwoju (PSR). Pozwalają one, aby drużyny z Premier League generowały maksymalnie 105 milionów funtów strat w trzy sezony. W Championship reguły są podobne, ale próg niższy - 39 milionów funtów w trzy sezony. Leicester zaś od sezonu 2021/22 do 2023/24 dwukrotnie grało na poziomie Premier League, ale też raz w Championship. Tym samym maksymalna strata wyniosła 83 miliony funtów.
Dochodzenie niezależnej komisji wykazało, że klub z King Power Stadium przekroczył ten próg o 20,8 miliona funtów! "Lisy" starały się argumentować, że powinny ich obowiązywać zasady dla klubów z Premier League, ale taki wniosek odrzucono. Odrzucono też apelację o ukaranie klubu grzywną, gdyż uznano, że byłaby niewspółmierna do winy. Przypomniano, że w sezonie 2023/24 Everton nie mógł liczyć na taryfę ulgową, "The Toffees" zdołali się utrzymać w elicie, chociaż stracili osiem punktów.
Leicester zaś potraktowano dość łagodnie. Według The Athletic wstępne ustalenia komisji zakładały odjęcie 12 punktów. W The Telegraph mogliśmy zaś przeczytać, że Premier League wnioskowała o odjęcie aż 20 punktów, co w zasadzie oznaczałoby spadek "Lisów" do League One. Komisja z wymierzeniem takiego ciosu się wstrzymała, ostateczna kara wyniosła minus sześć punktów.
Mimo tego klub zamierza się odwołać od wyroku, wciąż postrzega go za nieproporcjonalny, chociaż w razie niekorzystnej apelacji kara może być wyższa. Klub chwyta się brzytwy, bo musi. W wyniku sankcji zespół spadł na 21. miejsce w tabeli Championship. Ma tyle samo punktów, co 22. Blackburn Rovers, ale nieznacznie lepszy bilans bramkowy. Z towarzyszami w niedoli łączy ich jednak coś jeszcze - brak stałego trenera. W wypadku Blackburn przerwa trwa tydzień, dla Leicester dwa.
W rozsypce
Kiedy "Lisy" ostatni raz rywalizowały w Championship, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. W miejsce Deana Smitha wskoczył Enzo Maresca i okazał się bardzo dobrym wyborem. Ponadto Włoch dysponował dużym budżetem transferowym, a także kadrą, którą uważano za jedną z najsilniejszych w historii drugiej ligi. Z zespołem pozostali między innymi Jamie Vardy, Kiernan Dewsbury-Hall czy Wilfried Ndidi. Przeznaczono też przeszło 40 milionów funtów na wzmocnienia. Efektem był błyskawiczny powrót do Premier League.
Teraz o podobnym scenariuszu można pomarzyć, nie tylko ze względu na fakt, że żadnego z wymienionych piłkarzy nie ma już na King Power Stadium. Latem 2025 roku fatalnego Ruuda van Nistelrooya zastąpił Marti Cifuentes. Hiszpan, sprowadzony w ostatniej chwili, aby koszty zwolnienia poprzednika można było wpisać w nowy okres rozliczeniowy, punktował lepiej niż Holender - co nie było wyzwaniem trudnym, biorąc pod uwagę, że były gracz Manchesteru United wykręcił 0,67 "oczka" na spotkanie - ale i tak pożegnał się z posadą. Po serii trzech meczów bez zwycięstwa, naznaczonych między innymi porażką z walczącym o utrzymanie Oxford City, Cifuentes odszedł. W jego miejsce do teraz nie przyszedł nikt.
Do rozstania z Hiszpanem doszło dwa tygodnie temu, a za wyniki zespołu wciąż odpowiada Andy King, szkoleniowiec tymczasowy. Walijczyk nie ma żadnego doświadczenia w pracy trenera, a sytuacja jest cokolwiek nieciekawa. Klub, zwłaszcza po odjęciu punktów, potrzebuje kogoś sprawdzonego, a nie początkującego 37-latka, który będzie uczył się na żywym organizmie. Dotychczasowe testy egzaminu nie zdały, King najpierw przegrał z Charltonem, a następnie z Birmingham. Pozbawiony dyscypliny zespół zobaczył dwie czerwone kartki. Przed wtorkowym meczem z Southampton nikt nie spodziewa się poprawy. Mógłby ją przynieść jedynie cud.
- Nie jesteśmy blisko strefy spadkowej, bo odjęli nam punkty. Jesteśmy jej blisko, bo nie gramy wystarczająco dobrze - podsumował Walijczyk po starciu z Birmingham.
Trudno odmówić mu racji, w ostatnich dziesięciu kolejkach "Lisy" zdobyły siedem punktów, co jest trzecim najsłabszym wynikiem na zapleczu Premier League. Jeśli zaś chodzi o defensywę, za którą odpowiada między innymi Jakub Stolarczyk, drużyna jest przedostatnia w lidze. Jedynie niemające niczego Sheffield Wednesday straciło więcej bramek.
Leicester nie stać na to, aby wyciągnąć jakiegoś trenera, który ma umowę w innym klubie. W trakcie zimowego okienka drużynę wzmocniono zawodnikami z młodzieżówek Chelsea i Manchesteru City, a także rezerwowym Southampton i Jamaalem Lascellesem, legendą Newcastle United, piłkarzem przygotowującym się do zakończenia kariery (więcej TUTAJ). W dwa okienka "Lisy" nie wydały nawet funta na kwoty odstępnego, co niknie wobec sześciu milionach wyłożonych przez Blackburn czy nawet kilkuset tysiącach Oxfordu.
W najbliższym czasie sytuacja nie ulegnie zmianie. The Athletic podkreśla, że za kłopotami z PSR stoją przede wszystkim nieodpowiedzialne transfery. Płacono za dużo za zbyt słabych zawodników, a co więcej dawano im przesadnie wysokie kontrakty. Pojawił się również problem ze sprzedażami, bo Wout Faes odszedł z zespołu i to do AS Monaco, ale jedynie na zasadzie wypożyczenia. Anglicy nie otrzymali żadnego wpływu, który miałby realne przełożenie na ich stan finansowy.
Latem na King Power Stadium szykuje się kolejna rewolucja. Z najnowszych informacji wynika, że, niezależnie od utrzymania w Championship, jako wolni agenci odejdą Jordan Ayew, Ricardo Pereira, Harry Winks i Patson Daka. Zakończenie współpracy z tymi zawodnikami, a także przeprowadzenie zmian w kadrze zarządzającej, gdzie wakaty obejmują między innymi stanowiska dyrektora technicznego i dyrektora ds. handlowych, będzie jednym z pierwszym kroków w żmudnym procesie stawania na nogi. W Leicester City wszyscy mają nadzieję, że uda się go rozpocząć jeszcze w Championship. W League One, gdzie klub rywalizowałby drugi raz w swojej historii, mogłyby zostać jedynie zgliszcza.