Szok w znanym klubie. Trener-mistrz, transfery gwiazd i wielki kryzys. Porażka za porażką
Mają utytułowanego trenera, kadrę pełną znanych piłkarzy, bazę treningową w pięknym miejscu. Teoretycznie AS Monaco powinno być jednym z klubów walczących o zdetronizowanie PSG. Tymczasem ekipa z Księstwa staje się średniakiem.
Transfermarkt nie jest wyrocznią, ale to przydatne narzędzie dla kibiców piłki. Portal ten wycenia kadrę AS Monaco na 339 mln euro, co stanowi trzecią najwyższą wartość w Ligue 1. Wyższą mają jedynie niedoścignione PSG (1,19 mld euro) i Marsylia (398 mln euro). A jednak sytuacja w tabeli ligowej pokazuje zupełnie inną rzeczywistość. Zespół ze Stade Louis II jest dopiero na dziewiątej lokacie, tracąc aż 17 punktów do liderującego Lens i dziewięć do strefy awansu do Ligi Mistrzów. Podopieczni Sebastiena Pocognolego ponieśli porażki w sześciu z ostatnich siedmiu kolejek. Źle się dzieje w Księstwie.
“Trener-zdrajca”
Monaco to pierwszych klub z szeroko rozumianej czołówki, który w tym sezonie zdecydował się na zmianę trenera. Już 10 października oficjalnie pożegnano Adiego Huettera, co mogło nieco zaskakiwać. W poprzednich rozgrywkach zajął z drużyną trzecie miejsce, bieżące rozpoczął od zdobycia 13 punktów w siedmiu kolejkach. W momencie zwolnienia zespół był piąty, tracąc tylko trzy oczka do PSG. Czuć jednak było, że nie ma już chemii między Austriakiem i włodarzami klubu. Szkoleniowiec miał nie zgadzać się z polityką transferową, która w dużej mierze polegała na wyprzedaży składu. Minionego lata zarobiono ponad 100 mln euro na takich zawodnikach jak Eliesse Ben Seghir, Breel Embolo, Wilfried Singo czy Soungoutou Magassa. Problem w tym, że nie do końca zadbano o jakościowych następców. Ale łatwiej wymienić jednego trenera niż kilku piłkarzy.
- Decyzja o zmianie trenera była słuszna. Zawsze już po fakcie mogą powstać różne dyskusje, ale wszystko wskazywało na to, że zmiana jest konieczna - podkreślił niedawno dyrektor generalny Thiago Scuro.
Następcą Huettera został Sebastien Pocognoli, czyli przedstawiciel nowego pokolenia trenerów. Belg w młodym wieku podjął decyzją o zostaniu szkoleniowcem, inspirując się Louisem van Gaalem, który prowadził go w AZ Alkmaar. Zaczął od trenowania młodzieżówek Royale Union Saint-Gilloise, a w lipcu 2024 roku objął tam seniorów. I od razu osiągnął historyczny sukces. W poprzednim sezonie “Les Unionistes” po raz pierwszy od 1935 roku sięgnęli po mistrzostwo Belgii. Obecną kampanię zaczęli od ośmiu zwycięstw i dwóch remisów. Klub oczywiście chciał kontynuować tę współpracę, jednak to Pocognoli podjął decyzję o zmianie. Wzbudził tym niemałe kontrowersje.
- Trener opuszcza klub, który przyniósł mu sławę. Wiem, że taki jest teraz futbol, ale jako kibic Saint-Gilloise czułbym się zniesmaczony. To mi się kompletnie nie podoba. To zdrada. Uważam, że opuszczanie drużyny w takim momencie sezonu jest niesmaczne. Nawet zawodnicy odchodzą w trakcie okienka, a nie teraz - grzmiał Daniel Riolo z RMC Sport. - Nie rozumiem tej decyzji trenera. Union jest liderem ligi, gra w Lidze Mistrzów. Jeśli chodzi tylko o pieniądze, to cóż. Graham Potter też zamienił Brighton na Chelsea w trakcie sezonu i zobaczcie, jak później potoczyła się jego kariera - wtórował Walid Acherchour w programie After Foot.
Trudny start
Na powitalnej konferencji Pocognoli powiedział, że lubi rygor i ciężką pracę. Francuskie media szybko zaczęły informować, że sesje treningowe są prowadzone w znacznie bardziej intensywnym tempie niż za czasów poprzednika. Sęk w tym, że niekoniecznie przełożyło się to na boiskowe wyniki. W pierwszych ośmiu meczach ligowych po zwolnieniu Huettera zespół zebrał tylko dziesięć punktów. Belg zaliczył najgorszy start w Monaco od czasów Thierry’ego Henry’ego, który okazał się przecież trenerskim niewypałem.
Mijają tygodnie, a 38-latek wciąż nie potrafi poukładać drużyny. Patrząc na liczbę straconych goli, mówimy o trzeciej najgorszej defensywie we francuskiej ekstraklasie. Z jednej strony obrona przecieka, a z drugiej ofensywa nie dowozi. Monaco jest drugie w statystyce oczekiwanych goli, jednak zdobyło sześć bramek mniej niż wskazywałby ten model. I to przekłada się na kolejne wpadki. W siedmiu poprzednich kolejkach udało się ugrać tylko trzy punkty. Monaco przegrało pięć z sześciu meczów przeciwko ekipom z TOP6 Ligue 1. Jedynym wyjątkiem było prestiżowe zwycięstwo 1:0 nad PSG.
I w tym momencie warto się zatrzymać, ponieważ podopieczni Pocognolego zwykli triumfować w meczach, w których odchodzą od stałych schematów. Belg na co dzień stawia na kontrolę, jego drużyna zajmuje piąte miejsce w lidze, jeśli chodzi o średnie posiadanie i liczbę kontaktów z piłką. Ale najlepsze wyniki następują w meczach, w których to rywale prowadzą grę. Z PSG udało się wygrać, będąc przy piłce przez 43% czasu, z Galatasaray 42%, a z Bodo/Glimt tylko 36%. Patrząc w statystyki, nietrudno dojść do wniosku, że najlepsze Monaco to takie, które prezentuje nie proaktywny, a reaktywny styl.
- Musimy znaleźć stabilność, jeśli chodzi o pierwszy skład. Tego nam brakuje, aby utrzymać odpowiednią dynamikę. Spodziewałem się, że to będzie wyzwanie, bo zawsze tak jest, kiedy przejmujesz drużynę w trakcie sezonu. Nie boję się tego, staram się nadal pracować na najwyższym poziomie, jestem w pełni zaangażowany w ten projekt. Pracujemy nad poprawą i liczymy, że efekty przyjdą - mówił trener po porażce z Marsylią.
Widać też, że Pocognoli stara się być elastyczny. Szuka nowych rozwiązań i nie zamierza umierać za swoje idee, które niekoniecznie muszą być najtrafniejsze. W pierwszych meczach stawiał na sprawdzony w Saint-Gilloise system z trzema stoperami, ale ostatnio częściej ustawia zespół z czwórką obrońców. Kiedy Lamine Camara, lider środka pola, wyjechał na Puchar Narodów Afryki, Belg eksperymentalnie zdecydował się na formację 4-4-2. Bez zarzutu sprawdził się system z Zakarią, Gołowinem, Minamino i Akliouche’em w pomocy. Kiedy wydawało się, że odpowiednia formuła została odnaleziona, na horyzoncie zamajaczyły kolejne kłopoty.
Szpital
Pocognoli w tym sezonie jeszcze ani razu nie powtórzył wyjściowego składu. I nie wynika to z szaleństw trenera, który co trzy dni ma inną koncepcję. Stabilizacja jest niemożliwa ze względu na prawdziwą plagę kontuzji. W tym sezonie z problemami zdrowotnymi zmagali się już prawie wszyscy kluczowi piłkarze. Niedawno w odstępie dwóch tygodni Takumi Minamino i Mohammed Salisu zerwali więzadła krzyżowe. Paul Pogba, Ansu Fati czy Eric Dier częściej są na L4 niż na murawie. Ostatnio na domiar złego rozchorował się Maghnes Akliouche, czyli potencjalnie najlepszy zawodnik w kadrze. Do tego dochodzą absencje Lamine’a Camary i Krepina Diatty spowodowane Pucharem Narodów Afryki.
- Liczba kontuzji jest bardzo frustrująca. Prowadzimy w tej sprawie wiele rozmów, szukamy przyczyn i pracujemy nad ograniczeniem urazów. Absencje mają ogromny wpływ na nasz zespół - przyznał dyrektor Scuro. - Są rzeczy, nad którymi nie mogę zapanować i kontuzje to jedna z nich. Próbuję to zrozumieć, ale nie mam odpowiedzi. Prowadzę treningi w równie intensywny sposób, jak w poprzednim klubie, gdzie praktycznie nie było urazów. To nigdy nie jest przyjemne, kiedy tydzień po tygodniu tracisz kolejnych piłkarzy. Ale to nie wynika z treningów. Nie wspominam o tym jako o wymówce, ale takie są fakty - dodał trener, przywoływany przez L’Equipe.
Źródła z Francji sugerują, że liczba kontuzji może być związana z brakiem wspólnej wizji wewnątrz sztabu. Liczy on 25 osób, z czego część stanowią współpracownicy Pocognolego, inni pracują z polecenia dyrektora Scuro, a według portalu Lanouvellerepublique.fr swój głos w tej kwestii ma też prezes Dmitrij Rybołowlew. To za jego sprawą posadę kinestozjologa drużyny objął Wadim Czetagow. Każdy na Stade Louis II próbuje pomóc, bada przyczyny rosnącej liczby urazów, a skutecznego remedium jak nie było, tak nie ma.
Do tego dochodzi kolejny istotny aspekt, czyli dyscyplina, a konkretnie jej brak. Monaco jest liderem Ligue 1, jeśli chodzi o liczbę żółtych kartek (42) i wiceliderem w czerwonych (5). Zespół kończył w dziesiątkę cztery z ostatnich sześciu meczów ligowych. Nawet w niedawnym starciu pucharowym z Orleans doszło do wykluczenia Stanisa Idumbo, który już w pierwszej połowie zebrał dwa “żółtka”. Pocognoli podkreślał, że uczula na to zawodników, ponieważ czerwone kartki często uniemożliwiają rywalizację na optymalnym poziomie. Wystarczy przypomnieć spotkanie rozegrane 3 stycznia, kiedy Monaco przegrywało z Lyonem 1:2, ale miało szansę na powalczenie o choćby punkt. Aż wybiła 70. minuta, kiedy Mamadou Coulibaly pomylił dyscypliny i w stylu karateki znokautował Nicolasa Tagliafico. Skończyło się triumfem rywali 3:1. Tak nie można grać.
Weryfikacja
Trzeba też poświęcić chwilę na letnie ruchy Monaco, które okazały się jedną wielką pomyłką. Zakontraktowanie Paula Pogby i Ansu Fatiego wzbudziło sporo szumu, ponieważ to medialne nazwiska, zawodnicy, których kiedyś wyceniano na grube miliony. Powszechnie wiadomo jednak, że ich kariery nie potoczyły się w odpowiednim kierunku. A przenosiny do Księstwa nieszczególnie wpłynęły na odwrócenie negatywnego trendu. Pogba zdołał rozegrać w tym sezonie tylko 30 minut. Fati zaliczył znacznie lepszy start, w pierwszych pięciu występach huknął sześć goli, co mogło sugerować, że odzyska dawno utracony blask. Później wrócił jednak do miernego poziomu, który prezentował pod koniec kariery w Barcelonie. W trakcie dziewięciu ostatnich występów nie brał udziału przy żadnej bramce, a od kilku tygodni leczy kontuzję. Nie będzie renesAnsu.
Pozostałe “wzmocnienia” też się nie bronią. Lukas Hradecky na początku roku uszkodził więzadło boczne w kolanie i najwcześniej w marcu będzie gotowy do gry. Za Stanisa Idumbo zapłacono 10 mln euro, a w tym sezonie ofensywny pomocnik ma tyle samo czerwonych kartek, ile udziałów przy bramkach. Eric Dier w październiku doznał urazu, przez co dopiero 10 stycznia wrócił na murawę. Niewykluczone, że nie zabawi długo w Księstwie, ponieważ zgłosił się po niego West Ham, a Monaco w międzyczasie negocjuje transfer Wouta Faesa. Czy belgijski stoper, znany głównie z dubletu goli samobójczych na Anfield, uzdrowi trzecią najgorszą defensywę w Ligue 1? Wątpliwe.
- Mówiąc szczerze, do większości meczów podchodzę z poczuciem, że w trakcie tygodnia wykonaliśmy dobrą pracę. Nie widzę też oznak, żeby grupa chciała się poddać. Musimy jednak radzić sobie z różnymi przeszkodami, kontuzjami, wykluczeniami, decyzjami sędziów. Chciałbym jedynie, żeby w pewnym momencie przyszła nagroda za naszą ciężką pracę. Co dalej? Dopóki czuję ogień, który wewnętrznie mnie napędza, będę robił swoje, a odczuwam go bardzo mocno. Wiem, że mogę liczyć na zaufanie ze strony szatni, sztabu i klubu. Myślę, że kibice też widzą drużynę, którą stać na granie atrakcyjnej piłki - ocenił Pocognoli, cytowany przez Monaco-tribune.com.
Sytuacja Monaco nie jest godna pozazdroszczenia. Nie zapowiada się, aby klub zamierzał dokonać sporej inwestycji we wzmocnienia. Problem z kontuzjami pozostaje nierozwiązany, co potwierdziła poprzednia kolejka, kiedy już w pierwszej połowie Hradecky i Mawissa zeszli z urazami. Dodatkowo konkurencja nie śpi. W tym sezonie Ligue 1 nie wybacza błędów, a ekipy pokroju Lens, Lille czy Rennes regularnie prezentują się powyżej oczekiwań. Deską ratunkową mogą okazać się puchary, gdzie też nie będzie spacerku. Obecnie podopieczni Pocognolego zajmują 19. miejsce w tabeli Ligi Mistrzów, grając w dwóch ostatnich kolejkach fazy ligowej z Realem Madryt i Juventusem. Popularne ciężary.
Paradoksalnie wygranym całej tej sytuacji okazuje się Adi Huetter. Austriak w dwóch pełnych sezonach w Księstwie zajął z drużyną drugie i trzecie miejsce. To nie wystarczyło, aby zadowolić klub, który oczekiwał świeższego spojrzenia na futbol. A dobrze wiemy, że trzeba uważać, o co prosisz, bo możesz to dostać.