Niebywałe, co zrobił Hansi Flick. Prorocze słowa legendy. "Po co?"

Niebywałe, co zrobił Hansi Flick. Prorocze słowa legendy. "Po co?"
Mateusz Porzucek / pressfocus
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 06:55
Grali jak nigdy, przegrali jak zawsze. Chociaż Barcelona pokazała kawał charakteru w rewanżu z Atletico, to pożegnała się z Ligą Mistrzów na etapie ćwierćfinałów. Wyniki “Dumy Katalonii” w Europie w ostatniej dekadzie są niegodne jej statusu na piłkarskiej mapie świata.
Ostatni gwizdek Istvana Kovacsa w pierwszym meczu Barcelony z Atletico stanowił początek światowego trendu. Cules zjednoczyli się, wierząc w wielką remontadę na miarę powrotu Cleveland Cavaliers ze stanu 1:3 w pamiętnych finałach przeciwko Golden State Warriors. Sam Lamine Yamal na przedmeczowej konferencji przyznał, że inspiruje się LeBronem Jamesem. Chciał niczym “Król” poprowadzić swój rodzimy zespół na szczyt. I chociaż zrobił wiele, to nie osiągnął upragnionego sukcesu.
Dalsza część tekstu pod wideo
“Barca” faktycznie zagrała tak, że mogła odrobić straty i nawet w podstawowym czasie gry wywalczyć awans. Były okazje, dobra gra w pressingu, nieco chaosu, ale też kilka naprawdę świetnych akcji. W ostatecznym rozrachunku znowu czegoś zabrakło. Kibice w Katalonii mogą przeżywać jedno wielkie deja vu. Kiedy już wydaje się, że zespół wraca na właściwe tory, że seria europejskich porażek dobiegnie końca, wtedy dzieje się coś. Zawsze coś. Błąd w obronie, gapiostwo, jedna zła decyzja, stracony gol, czerwona kartka. Zawsze coś.

W kółko to samo

Barcelonę można chwalić za podejście do wtorkowego rewanżu. Yamal i inni zawodnicy, którzy zapowiadali walkę do ostatniego tchu, dotrzymali słowa. Od pierwszego gwizdka starali się narzucić kontrolę, kreować szanse, bardzo dobrze funkcjonowała mobilna linia ataku. Tuż po odrobieniu strat Katalończycy mieli okazję na 3:0, co oznaczałoby posłanie “Atleti” na deski. Wtedy Juan Musso zrobił jednak dosłownie wszystko, aby zatrzymać Fermina Lopeza.
Wiadomo jednak było, że ruch na Metropolitano nie będzie jednostronny. Defensywa Barcelony najzwyczajniej w świecie jest zbyt słaba, aby zagwarantować choćby solidny poziom w kluczowych meczach. Nie inaczej było tym razem. Jeden zryw zakończony bramką Ademoli Lookmana oddalił marzenia o awansie. Co najgorsze z perspektywy “Blaugrany”, gol Nigeryjczyka przypominał dosłownie dziesiątki innych trafień traconych w tym sezonie. Naprawdę trudno zliczyć wszystkie akcje, w których zbyt wysoko ustawiona obrona nie łapie przeciwnika na spalonym przy prostopadłym podaniu, po czym kolejne dogranie w światło bramki kończy się asystą. Kopiuj, wklej.
- Już tyle razy widzieliśmy Barcelonę w takiej sytuacji. Od dawna mówimy, że ustawienie defensywy Barcelony jest ryzykowne. Nie możesz za każdym razem pozostawiać tyle miejsce za plecami i pozwalać rywalom w nie wbiegać. Muszą się tym zająć, bo w ten sposób niczego nie wygrają w Europie. Przy takim stylu zawsze możesz stracić gola. Po co na własne życzenie pakować się w takie problemy? - mówił Thierry Henry na antenie CBS Sports po meczu Barcelony z Club Brugge w fazie ligowej.
Katalończycy regularnie proszą się o kłopoty, grając systemem, który zaprasza rywali do strzelania goli. Drużyna Flicka ostatnie czyste konto w Lidze Mistrzów zachowała w kwietniu ubiegłego roku, kiedy pokonała Borussię Dortmund 4:0. Od tego czasu rozegrała 15 meczów w Champions League, tracąc co najmniej jedną bramkę w każdym z nich. Łącznie wpuściła ich aż 28. To najgorsza tego typu seria jakiegokolwiek hiszpańskiego klubu w LM w całej historii.
Nie chcemy oczywiście pouczać Flicka, który zna się na piłce lepiej niż praktycznie każdy z nas. Ale naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego Barcelona nie zmienia swojego podejścia w dosłownie żadnym momencie. Przy prowadzeniu 2:0 można byłoby uspokoić grę, wycofać się choćby na parę minut, żeby zobaczyć, co Atletico ma do zaoferowania w ataku pozycyjnym. Tymczasem “Blaugrana” od dwóch lat zawsze gra na maksymalnym poziomie ryzyka. Uda się złapać na spalonego, albo będzie “setka” dla przeciwnika. Granica między sukcesem, a porażką jest bardzo cienka, bywa centymetrowa.

Mistrzowie wkładania sobie kija w szprychy

Trwający sezon jest kolejnym, w którym Barcelona nie wróci na europejski tron. Jej ostatni triumf w Lidze Mistrzów miał miejsce w 2015 roku. Od tego czasu Katalończycy ani razu nie meldowali się w finale i tylko dwa razy docierali do najlepszej czwórki. To są skandaliczne wyniki. Można oczywiście zrzucać winę na brak szczęścia, na wątpliwe decyzje sędziów i dziesiątki innych aspektów. Ale koniec końców liczą się fakty. A te są takie, że w ostatniej dekadzie do finału Champions League częściej docierał np. Tottenham.
Pewnie, że obecna kadra nie odpowiadała choćby za klęski z Romą czy Liverpoolem, od tamtej pory praktycznie cały skład został wymieniony. Ale obecnej generacji też zaczynają się zbierać kolejne porażki. Rok temu z Interem, kiedy niemal każdy ofensywny wypad mediolańczyków kończył się golem. Teraz z Atletico, gdy znów zespół z Camp Nou może obiektywnie prezentował się lepiej, może stworzył więcej sytuacji, ale na własne życzenie wyrzucił się z rozgrywek. To wygląda tak, jakby nikt w Barcelonie nie wyciągał żadnych wniosków. Ile jeszcze razy obrońcy muszą zrozumieć, że czasem lepiej jest puścić zawodnika ofensywnego w sytuacji sam na sam niż faulować go na pewną czerwoną kartkę? Ile razy można przy w miarę dobrym wyniku stać obroną na połowie boiska i liczyć, że tym razem pułapka ofsajdowa zadziała? W Lidze Mistrzów nie zawsze wygrywają najlepsi, ale zwykle robią to najmądrzejsi. A w większości ważnych dwumeczów zawodnicy “Blaugrany” wykazują się zagraniami, które trudno nazwać inaczej niż głupotą.
- Lamine jest gwiazdą światowego formatu, jest fenomenalny, niezwykle zmotywowany przed ważnymi meczami. Ale po raz kolejny jego Barcelona zostaje za burtą Ligi Mistrzów. W zeszłym sezonie rozegrała emocjonujący półfinał z Interem i odpadła. Teraz próbowała dokonać remontady, ale znów jej się to nie udało. Najważniejszy tytuł wymyka się od 2015 roku - opisała Marca. - Rozegraliśmy bardzo dobry mecz, daliśmy z siebie wszystko. Mam wrażenie, że szczęście nam nie sprzyjało. Ale mamy młody, utalentowany zespół, który może walczyć o wszystko. Będziemy nadal próbować. W Lidze Mistrzów liczą się detale i odrobina szczęścia - stwierdził na gorąco Frenkie de Jong dla Movistar.
Z perspektywy Barcelony ta porażka musi smakować inaczej niż blamaże na Stadio Olimpico czy Anfield. Tamte blamaże były zmierzchem pewnej ery, zaproszeniem Suareza, Busquetsa czy Pique do powolnego schodzenia ze sceny. Teraz “Blaugrana” ma na kim budować wiarę na przyszłość. Yamal, Pedri, Cubarsi, Fermin czy Gavi potencjalnie mogą grać na wysokim poziomie przez ponad dekadę. Chociaż nawet tak utalentowana grupa młodych zawodników musi zostać otoczona jakościowymi partnerami. I tu piłeczka przechodzi na stronę Joana Laporty oraz Deco, którzy latem powinni stanąć na głowie, aby zapewnić jakościowe transfery. Obecna kadra “Barcy” jest wystarczająca na Hiszpanię, ale trwająca edycja europejskich rozgrywek ją obnażyła.

Chwała zwycięzcom

Nie można też przejść obojętnie wobec sukcesu Atletico. Diego Simeone poszedł w tym sezonie all in w puchary i na razie na tym wygrywa. “Rojiblancos” od dawna nie przejmują się ligą hiszpańską, gdzie i tak nie grozi im spadek poniżej czwartego miejsca. Ostatnie kolejki stanowiły tylko poligon doświadczalny dla młodych wychowanków. Największe gwiazdy były szykowane na Copa del Rey i Ligę Mistrzów, co przyniosło spektakularne efekty. W obu tych rozgrywkach udało się wyrzucić Barcelonę za burtę.
“Atleti” po raz pierwszy od 2017 roku awansowało do półfinału Champions League. Pierwszy raz od sezonu 2012/13 zagra w finale Pucharu Króla. To są naprawdę duże osiągnięcia drużyny, która od ponad dekady próbuje naruszyć hiszpański duopol. Pewnie, że “Los Colchoneros” nie są już kopciuszkiem, w ostatnich dwóch sezonach wydali na transfery 260 mln euro. Jednak to i tak imponujące, że projekt rozpoczęty w grudniu 2011 roku wciąż potrafi dostarczyć tylu emocji.
- Minęło 14 lat, a widok tak walczącej drużyny wciąż niesamowicie mnie ekscytuje. Zmienili się zawodnicy, niezliczoną ilość razy zaczynaliśmy od nowa i proszę, znów jesteśmy w najlepszej czwórce Ligi Mistrzów. Zmierzyliśmy się z drużyną, która gra wyjątkowo dobrze, niesamowicie szybko, jest trudna do skontrolowania. Włożyliśmy ogromny wysiłek i pomimo kilku błędów udało się. Sposób, w jaki grali Julian, Griezmann, praca Llorente, Koke, Nahuela, znakomite parady Musso, ile wnieśli rezerwowi. To wszystko jest niesamowite i dodaje nam sił przed kolejnymi wyzwaniami - podsumował Simeone.
Atletico w sobotę zmierzy się z Realem Sociedad w decydującym boju o Puchar Króla. 29 kwietnia podejmie Arsenal lub Sporting w pierwszym półfinale Champions League. Klubowe motto “Nunca dejes de creer - Nigdy nie przestawaj wierzyć” idealnie podsumowuje obecną sytuację “Rojiblancos”.

Przeczytaj również