Advertisement

Szokujące sceny na mundialu. "Oszalał ze wściekłości"

Szokujące sceny na mundialu. "Oszalał ze wściekłości"
fifg / Shutterstock
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 19:00
Od barbarzyńskich fauli, nieuznanych goli, przez mecze w piekle, dramatyczne końce kariery, skończywszy na bestialskich morderstwach. Nie ma turnieju większego niż mistrzostwa świata. Przed wami 25 najbardziej szokujących momentów w historii mundiali.
W rankingu znalazły się wyłącznie sytuacje dotyczące zakończonych już turniejów. Nie umieściłem w nim również bojkotu z 1966 roku, kiedy to afrykańskie państwa nie stanęły do eliminacji wobec skandalicznej decyzji FIFA, która nie przyznała im żadnego miejsca gwarantowanego.
Dalsza część tekstu pod wideo
Stworzenie poniższego rankingu było pracą żmudną, ale bardzo satysfakcjonującą. Przebrnąłem przez wszystkie turnieje w historii i postarałem się wyciągnąć esencję z futbolu. Mam nadzieję, że i wy będziecie się dobrze bawić podczas tej, nie ma co kryć, długiej lektury.

25. Oszust się śmieje (Mistrzostwa Świata 2002)

Turcja była rewelacją Mistrzostw Świata 2002. Zanim jednak zaskoczyła wszystkich i zajęła trzecie miejsce, musiała uznać wyższość Brazylii. W pierwszym meczu grupowym podopieczni Senola Gunesa wypuścili skromne prowadzenie i pozwolili, aby Ronaldo i Rivaldo dostarczyli "Canarinhos" trzy punkty. Druga z bramek została zdobyta w 87. minucie spotkania, a Turcy nie mieli dogodnych okazji, aby pokonać Marcosa. Niemniej, Rivaldo postanowił pomóc w bardzo pamiętny i przykry sposób.
W doliczonym czasie Brazylia otrzymała rzut rożny, na brzegu boiska ustawił się właśnie zawodnik Barcelony. Futbolówkę w jego stronę kopnął Hakan Unsal - rzeczywiście zrobił to trochę za mocno. Szkopuł w tym, że Rivaldo nawet nie kłopotał się opanowaniem futbolówki, ale runął na ziemię i chwycił za twarz, chociaż piłka trafiła go w nogi. Jeden z asystentów Kima Young-joo nie zareagował, nie podpowiedział, a sędzia główny pokazał Unsalowi drugą żółtą kartkę. Ekipa z Europy kończyła w dziesiątkę, nie mogła odrobić strat. Rivaldo, który na usunięcie rywala patrzył z szerokim uśmiechem, stał się symbolem jednego z największych oszustw w historii mundialu. FIFA, wcześniej zarzekająca się, że idzie na wojnę z nurkowaniem, wlepiła Brazylijczykowi skromną karę finansową (według The Guardian tysiąc funtów). Jeszcze mniejszą skruchę wykazał Rivaldo.
- Ucieszyłem się, gdy wyleciał z boiska. Mistrzostwa świata byłyby o wiele lepsze, gdyby było więcej sędziów takich jak pan Young-Joo - rzucił napastnik, wybrany wówczas zawodnikiem spotkania.

24. Raz, dwa... trzy? (Mistrzostwa Świata 2006)

Błąd pokraczny, lecz niemający właściwie żadnego ciężaru gatunkowego. W decydującym spotkaniu fazy grupowej Chorwacja zmierzyła się z rewelacyjnie dysponowaną Australią. Kadra z Bałkanów potrzebowała zwycięstwa, ale nic nie układało się po jej myśli. No, prawie nic, bo chociaż skończyło się na remisie (2:2), to mogło być jeszcze gorzej, gdyby sędzia Graham Poll nie zapomniał usunąć z boiska Josipa Simunicia.
Stoper trafił do notesu Anglika w 61. minucie, zaś w 90. minucie powinien z murawy wylecieć, ale arbiter, zmylony akcentem urodzonego w Canberrze obrońcy, zapisał tę kartkę na konto Craiga Moore'a. Australijczyk, podobnie jak Simunić, występował z numerem "3" na plecach. Mimo tego piłkarz Herthy został ostatecznie odesłany do szatni, bo w doliczonym czasie gry zdołał skonfrontować się z Pollem.
Arbitrowi należy oddać, że zrobił wszystko, aby z tego incydentu wyjść z twarzą. Jeszcze w czerwcu 2006 roku ogłosił, że nie będzie prowadził meczów mistrzostw świata lub EURO. Dalej sędziował spotkania innej rangi, lecz, jak sam stwierdził, "turnieje się dla niego skończyły. Zrobię wszystko, aby lepiej przygotować innych". Na całkowitą emeryturę przeszedł w 2008 roku, miał 45 lat.

23. "Ręka Boga należy teraz do mnie" (Mistrzostwa Świata 2010)

Kto ci zabrał marzenia, Ghano? Odpowiedź na to pytanie przychodziła błyskawicznie - Luis Suarez.
Ghana dobrze wyglądała na mundialu w 2010 roku. W grupie przegrała tylko z Niemcami, na początku fazy play-off wyrzuciła Amerykanów. O upragniony półfinał - pierwszy dla Afryki - grała z naszpikowanym gwiazdami Urugwajem. To był trudny mecz, z wieloma szansami po stronie podopiecznych Oscara Tabareza. A jednak Ghana objęła prowadzenie po rewelacyjnym uderzeniu Sulleya Muntariego z dystansu. Później, również po strzale zza pola karnego, wyrównał Diego Forlan. Gdy wydawało się, że czeka nas dogrywka, Ghana znów zagroziła bramce Fernanda Muslery. Golkiper zostałby pokonany, gdyby nie Suarez. Napastnik najpierw rewelacyjnie zablokował uderzenie Stephena Appiaha, później zaś wybił piłkę ręką z linii bramkowej po strzale Dominica Adiyiaha. Ghanie przyznano rzut karny, Suareza wygwizdano i wyrzucono z boiska. Kluczową jedenastkę zmarnował jednak Asamoah Gyan, kropnął w poprzeczkę. Urugwaj przetrwał dogrywkę, doprowadził do rzutów karnych. Tam triumfował po dwóch paradach Muslery i panence Sebastiana Abreu.
Suarez płakał, gdy zobaczył czerwoną kartkę, ale jeszcze więcej łez wylała Ghana. Piłkarza Ajaksu nazywano oszustem, złodziejem, żadna interwencja w historii mistrzostw świata nie wywołała takiego zamieszania, chociaż, co punktował sam Tabarez, nie była pierwszą podobną sytuacją w historii rozgrywek. W 2010 roku media były w znakomitej formie, co pomogło rozdmuchaniu afery. Swoje dorzucili też zawodnicy z zewnątrz, Maarten Stekelenburg pogratulował Suarezowi miana bramkarza turnieju. Suarez nie zamierzał przepraszać nawet po latach. Ba, zaraz po zakończeniu spotkania stwierdził, że "ręka Boga należy teraz do mnie".

22. Spłońcie! (Mistrzostwa Świata 1994)

John Aldridge był kapitalnym napastnikiem. Triumfy święcił przede wszystkim w latach 80., kiedy występował w Liverpoolu, ale i dla Realu Sociedad regularnie trafiał do siatki. W 1994 roku Irlandczyk był związany z drugoligowym Tranmere Rovers. Niewielkiej ekipie z Liverpoolu konsekwentnie pomagał utrzymywać się na zapleczu elity, poprowadził ją także do półfinału Pucharu Ligi. Na mundial jechał po strzeleniu 21 goli w sezonie, w eliminacjach zdobył aż pięć bramek, miejsce w samolocie do USA nie dziwiło nikogo.
Co innego gra Wyspiarzy. W meczu otwarcia sensacyjnie ograli Włochów (1:0) po niesygnalizowanym uderzeniu Raya Houghtona. W drugim spotkaniu pojawiły się jednak problemy. Meksykanie prowadzili po dublecie Luisa Garcii. Charlton potrzebował odświeżenia w ataku, zamierzał wpuścić siedzącego na ławce Aldridge'a. Przy linii wybuchło zamieszanie, pojawiły się błędy w dokumentacji, zmianę wstrzymano. Obserwator Mustafa Fahmy nagle zablokował zawodnika Tranmere. Przepychanki trwały trzy minuty. Posypały się bluzgi, w pewnym momencie wydawało się, że Charlton i Aldrige pobiją czwartego sędziego oraz Fahmy'ego. Ostatecznie napastnik zameldował się na boisku i... zdobył kluczową dla układu sił w grupie bramkę.
FIFA nałożyła kary na Irlandczyków - Charltona odesłano na trybuny na kolejne mecze mistrzostw świata (Wyspiarze nie mieli możliwości odwołania), selekcjoner musiał zapłacić też 10 tysięcy funtów. Taką samą karę otrzymał irlandzki związek, natomiast Aldrige'owi potrącono 1250 funtów. Dość łagodna kara, biorąc pod uwagę najwspanialszą wiązankę w dziejach mundialu: "Spier***aj! Ty durniu, ty palancie! Ty pieprzony, pieprzony oszuście! Odpieprz się!".
Aldridge utrzymywał później, że FIFA skrzywdziła Irlandczyków w ramach zemsty za komentarze Charltona. Legenda krytykowała organizatorów za zbyt małą liczbę przerw na wodę, w trakcie treningów dosłownie rzucał w swoich piłkarzy torebkami z płynem. Z przegrzaniem nie było żartów. Według różnych źródeł termometry pokazały 41-43 stopnie! Połowa tego wystarczyłaby, aby rozgrzać irlandzki temperament.

21. Wampir z Salto (Mistrzostwa Świata 2014)

Luis Suarez ma dar do zapisywania się w historii futbolu. Problem w tym, że niejednokrotnie robi to z absolutnie niesportowych powodów. O ile jednak parada z Ghaną miała w sobie jakieś piękno dramatyzmu sytuacji, o tyle scysja z Giorgio Chiellinim przypomniała światu najgorszą twarz piłkarza grającego wtedy w Liverpoolu. Ugryzienie reprezentanta Włoch nie było pierwszym w dorobku Urugwajczyka - w Ajaksie zawieszono go na siedem spotkań za zaatakowanie Otmana Bakkala, natomiast w Liverpoolu na 10 meczów po ataku na Branislava Ivanovicia. Piłkarskie społeczeństwo miało do czynienia z absolutną recydywą i postanowiło zareagować. Szkopuł w tym, że z opóźnieniem.
Chiellini pokazał odbite zęby sędziemu Marco Rodriguezowi, ale ten nie sięgnął do kieszeni. Wzburzeni Włosi pozwolili rywalom na wywalczenie rzutu rożnego, który następnie wykorzystał Diego Godin. Przy ławkach rezerwowych doszło do wymiany uprzejmości, jeden z członków sztabu Cesare Prandelliego został odesłany na trybuny. Italia, grająca w osłabieniu po wcześniejszej czerwonej kartce dla Claudia Marchisio, nie odrobiła start i pożegnała się z mundialem. To właśnie ten mecz, rozegrany przecież 12 lat temu, pozostaje dla niej ostatnim w historii mundiali. Na kolejne turnieje Włosi się nie zakwalifikowali. Gdyby wtedy zatrzymali Urugwaj (głównie za sprawą genialnie dysponowanego Gianluigiego Buffona), mieliby awans.
FIFA musiała coś zrobić. Aby zachować twarz, postanowiła przykładnie ukarać Suareza. Nie zablokowano mu wprawdzie możliwości transferu do Barcelony, a zakaz trenowania ostatecznie zdjęto, ale napastnika zawieszono na dziewięć reprezentacyjnych spotkań o punkty i nałożono mu grzywnę w wysokości 82 tysięcy euro. Suarez, początkowo udający niewinnego, przyznał ostatecznie, że ugryzł Chielliniego i przeprosił za swoje zachowanie. Niewielkie pocieszenie.

20. Masakra norymberska (Mistrzostwa Świata 2006)

Do 2022 roku rekordowy mecz, jeśli chodzi o liczbę pokazanych kartek. Spotkanie Holandii z Argentyną niknie jednak wobec statusu, jaki przez 20 lat zdołało sobie wypracować starcie Holandii z Portugalią. Również za sprawą Seppa Blattera, który publicznie skrytykował sędziego Walentina Iwanowa, a następnie odebrał mu możliwość prowadzenia kolejnych meczów na mundialu. Tylko co Rosjanin mógł tak naprawdę zrobić?
Rzeźnia w 1/8 finału zaczęła się już na starcie, była niesprowokowana. Ani pogoda, ani zaszłości między krajami nie wskazywały na to, co zaraz zobaczymy. A jednak już w drugiej minucie Mark van Bommel zaatakował od tyłu Cristiano Ronaldo i trafił do notesu. Chwilę później CR7 jeszcze brutalniej oberwał od Khalida Boulahrouza, którego atak kwalifikował się na czerwoną kartkę, lecz gracza HSV jeszcze pozostawiono na murawie. W 34. minucie zejść musiał Ronaldo, skrzydłowy zmagał się z kontuzją od momentu starcia z Holendrem.
Zanim CR7 opuścił boisko, jego koledzy też zostali skarceni przez Iwanowa. Maniche wyciął Arjena Robbena na chwilę przed strzeleniem jedynego gola. Następnie w notesie znalazł się Costinha. Następnie zaś, jeszcze przed przerwą, zobaczył czerwoną kartkę. Tym razem za bezsensowne zagranie ręką. Piłkarze się gotowali, Iwanow starał się kontrolować chaos. Ten jednak cały czas rządził się swoimi prawami.
Tuż po zmianie stron Rosjanin musiał upomnieć Petita oraz Giovanniego van Bronckhorsta. Luis Figo cudem uniknął "asa kier" po uderzeniu Van Bommela głową. Pomogło mu zachowanie pomocnika, który nie rzucił się rozpaczliwie na murawę. Odwrócony sędzia nie widział zajścia, nie otrzymał też wystarczającej podpowiedzi od swoich asystentów. Sprawiedliwość postanowił wymierzyć więc Boulahrouz, podczas walki o piłkę zdzielił Figo w twarz. Druga żółta dla Holendra, druga czerwona w całym spotkaniu.
To tylko podniosło ciśnienie. Do sporu dołączyli członkowie obu sztabów, zaczęło się kotłowanie przy linii. Deco wyrzucono za niesportowe zachowanie, Van Bronckhorsta za faul przed polem karnym. Żółte kartki pokazano jeszcze Rafaelowi van der Vaartowi, Wesley'owi Sneijderowi, Nuno Valente i Ricardo. Łącznie cztery czerwone, 16 żółtych. A mogło być więcej, choćby za starcie Dirka Kuyta. Portugalia przetrwała, awansowała do ćwierćfinału. Siedzącym obok siebie Boulahrouzowi, Deco i Van Bronckhorstowi pozostało zastanawiać się, co tu właściwie zaszło.

19. Bitwa o Berno (Mistrzostwa Świata 1954)

Wszystko zawsze już było. Nawet masakra norymberska została poprzedzona przez dwa wyjątkowo brutalne spotkania. Pierwsze z nich rozegrano na Mistrzostwach Świata 1954. W ćwierćfinale turnieju Węgry zmierzyły się z Brazylią. Madziarzy podchodzili do meczu jako faworyci, mieli za sobą dwuletnią serię bez porażki. Nikogo nie zaskoczyło, gdy za sprawą Nandora Hidegkutiego otworzyli wynik już w czwartej minucie, a niedługo później podwyższył niezrównany Sandor Kocsis. Jeszcze przed przerwą rzut karny wykorzystał Djalma Santos. Prawdziwe "atrakcje" rozpoczęły się już po zmianie stron.
Po "jedenastce" dla Węgrów, wykorzystanej przez Mihalia Lantosa, na boisko wtargnęli brazylijscy dziennikarze, musiała interweniować policja. Atmosfera zaczynała gęstnieć, Brazylijczycy nie cofali nogi, bezpardonowo atakując rywali doprowadzili do kontaktowego, pięknego trafienia Julinho. W 71. minucie József Bozisk i Nilton Santos skoczyli sobie go gardeł po faulu reprezentanta "Canarinhos", sędzia Arthur Ellis wyciągnął dwie czerwone kartki. Kolejną pokazał w samej końcówce, gdy Humberto Tozzi kopnął rywala. Wynik na 4:2 ustalił Kocsis. Łącznie podyktowano 42 rzuty wolne.
Nastroje nie uległy zmianie już po zakończeniu rywalizacji. Piłkarze obu drużyn walczyli ze sobą w szatniach, poza stadionem, w konflikt wciągnięto dziennikarzy, kibiców i przypadkowe osoby. Interweniowała węgierska policja, która wypędziła Brazylijczyków. FIFA nie zajęła się sprawą.
- Myślałem, że to będzie najlepszy mecz, jaki kiedykolwiek zobaczę w życiu, ale ostatecznie skończyło się to bójką. W dzisiejszych czasach wielu zawodników zostałoby wyrzuconych z boiska. Myślałem tylko o tym, żeby mecz dobiegł końca - wspomniał po latach Ellis.

18. Mecz na wodzie (Mistrzostwa Świata 1974)

Część spotkań nie powinna się odbyć ze względu na warunki pogodowe, ale na drodze nie zawsze stało upalne słońce. Czasami przeszkodę stanowił deszcz. Tak, wszyscy znamy tę historię, historię najbardziej osławionego spotkania Polaków na mistrzostwach świata, prowodyra odwiecznego i wiecznego "co by było, gdyby". Mecz na wodzie zabrał biało-czerwonym marzenia, o czym Niemcy doskonale wiedzieli. W pamięci zapisał się cytat z Franza Beckenbauera, który przyznał, że w normalnych warunkach nie mieliby szans z ekipą Kazimierza Górskiego.
Fatalne warunki we Frankfurcie utrudniały życie obu drużynom, ale to właśnie Polakom wytrąciły największe argumenty. Nie dało się szybko rozegrać piłki, nie dało się ruszyć skrzydłem. Grzegorz Lato, zwykle nieuchwytny dla rywali, tym razem tkwił w butami w błocie. Boisko nie nadawało się do gry, każdy o tym wiedział. Rozważano wprawdzie przełożenie spotkania, ale uznano, że kalendarz jest zbyt napięty. Stwierdzono tak, chociaż na niczym spełzły wysiłki w uporządkowaniu nasiąkniętej murawy.
Biało-czerwonym zabrakło skuteczności - oddali aż 24 strzały, z czego 12 celnych. Znakomicie radził sobie Sepp Maier, odczuwalna była absencja Andrzeja Szarmacha. Wszystko rozstrzygnęło mocne uderzenie Gerda Muellera, oczywiście z pola karnego. Niemcy pokonali Polaków, awansowali do wielkiego finału, gdzie poskromili Holendrów (2:1). Nam pozostało pocieszenie w postaci brązu, Lato zabrał medal rozczarowanym Brazylijczykom (1:0).

17. Strzelanina w piekle (Mistrzostwa Świata 1954)

Mistrzostwa Świata 1954 są pamiętne z wielu względów, ale to właśnie spotkanie Austrii ze Szwajcarią - gospodarzem całej imprezy - przeszło do historii jako mecz z największą liczbą bramek. Wynik do tej pory nie został pobity i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja uległa zmianie podczas tegorocznego mundialu. Reprezentacje z Europy strzeliły 12 goli, Austriacy wygrali 7:5. Nie był to jednak cios za cios.
Szwajcarzy wspaniale otworzyli starcie w Lozannie. Już po 20 minutach prowadzili trzema golami dzięki Robertowi Ballamanowi oraz dubletowi Josefa Hugiego. Później z Helwetów zeszło powietrze. Żar lejący się z nieba - 40 stopni Celsjusza! - doprowadził Szwajcarów do wycieńczenia. Już w 34. minucie Austriacy prowadzili 5:3, do siatki gospodarzy trafili dwukrotnie Theodor Wagner oraz Alfred Korner i raz Ernst Ocwirk. Po zmianie stron szaleństwo trwało dalej.
Kolejne uderzenie Wagnera posłało Szwajcarię na deski. Sytuację próbował ratować jeszcze Hugi, ale marzenia rozwiał Erich Probst, a przecież mogło być jeszcze lepiej, lecz rzutu karnego nie wykorzystał Robert Korner. Austria awansowała do półfinału. W Lozannie wygrała nie tylko z rywalami, ale i z temperaturą. Chociaż przyjęła się narracja, że to Helweci zostali poskromieni przez upały (cierpiący z powodu guza mózgu Roger Bocquet zasłabł), należy pamiętać, że golkiper Austriaków - Kurt Schmied - doznał udaru cieplnego, z trudem stał na nogach. Nie mógł jednak zostać zmieniony, nie pozwalały na to przepisy. Dopiero przy wyniku 0:3 masażysta Josef Urlich stanął za plecami Schmeida, zaczął mu podpowiadać, a nade wszystko chłodzić wodą. Schmeid nawet nie wiedział, że wygrał, ze szwajcarskiego piekła nie pamiętał niczego.

16. Jednoosobowy VAR (Mistrzostwa Świata 1982)

Kuwejt raz zagrał na mistrzostwach świata, ale zdołał na zawsze zapisać się w historii. W pierwszym spotkaniu turnieju z 1982 roku ekipa Carlosa Alberta Parreiry sensacyjnie zatrzymała Czechosłowację (1:1) z Antoninem Panenką, Zdenkiem Nehodą czy Ladislavem Jurkemikiem w składzie. Do drugiego meczu - tym razem z Francuzami - podchodziła z rozbudzonymi oczekiwaniami. Te ostudzono względnie szybko.
Bernard Genghini, Michel Platini i Didier Six zapewnili komfortowe prowadzenie "Trójkolorowym". W 75. minucie odpowiedział Abdullah Al-Buloushi, ale wiele radości nie było, bo zaraz po tym Francja znów strzeliła. A przynajmniej teoretycznie. Chaos objął całe boisko, Kuwejtczycy zaczęli protestować i wskazywać, że usłyszeli gwizdek przerywający grę (okazało się, że dźwięk dobiegł z trybun). Obie strony dochodziły swoich racji, arbiter co chwila zmieniał zdanie, gdy na boisko wparował książę Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah. 37-letni wówczas władca przekazał radzieckiemu sędziemu, że albo cofnie bramkę, albo Kuwejt zejdzie z boiska. Przestraszony Myrosław Stupar - który już wcześniej nie uznał dwóch goli "Trójkolorowym" - posłuchał szejka.



Spotkanie wznowiono dopiero po siedmiu minutach, a Stupar... znów się skompromitował. Tym razem cofnął gola dla Kuwejtu strzelonego po faulu golkipera Jeana-Luca Ettoriego. W stan tej chorej rywalizacji ustalił Maxime Bossis. "Trójkolorowi" wygrali (4:1), a Stupara zawieszono. Książę zaś otrzymał 14 tysięcy dolarów kary za wtargnięcie na boisko.

15. "Lama" (Mistrzostwa Świata 1990)

Zachowanie Franka Rijkaarda to pokaz niebywałego chamstwa. Zdarzały się w futbolu paskudne wślizgi, zdarzały się złamane nosy, zdarzały się nawet ugryzienia. Ale oplucie to postawa jeszcze bardziej godna pożałowania. Tym bardziej dwukrotne.
Rijkaard pozostał bowiem na boisku po pierwszym ataku na Rudiego Voellera. Gdy więc Niemiec agresywnie wyskoczył do golkipera Hansa van Breukelena, momentalnie dopadł do niego reprezentant Holandii. Arbiter znów wyciągnął żółte kartki, obaj piłkarze zostali usunięci z boiska, chociaż to Rijkaard stanął rywalowi na stopie i... wykręcił ucho. Gdy schodzili do szatni, kompletnie zagotowany Holender znów opluł Voellera. Niemiec tylko sobie znanym sposobem zdołał powstrzymać się przed zrobieniem użytku z pięści.
Rijkaard ostatecznie przeprosił, tłumaczył się emocjami po rozstaniu z żoną, a słynny napastnik przyjął wyciągniętą rękę. FIFA nie wlepiła Rijkaardowi żadnego (!) zawieszenia, nie było też kary finansowej. Tyle sprawiedliwości, że Niemcy wygrali to spotkanie (2:1) i awansowali do ćwierćfinału. Jakiś czas później panowie wystąpili razem w reklamie masła.

14. Metr za linią (Mistrzostwa Świata 2010)

Niemcy doczekali się swoistej zemsty za Wembley 1966 (o czym później). Czekali 44 lata, aż do 1/8 finału południowoafrykańskich mistrzostw świata. Tamta Anglia była słaba, zajęła dopiero drugie miejsce w swojej grupie, dała się wyprzedzić USA, do samego końca drżała o awans, ale zdołała wyszarpać wygraną ze Słowenią (1:0). Niemcy natomiast przegrali wprawdzie z Serbią (0:1), lecz kolejne spotkania zakończyli z kompletem zwycięstw.
Nic więc dziwnego, że na obiekcie w Bloemfontein też dominowali. Po fatalnej postawie defensywy - na czele z nieruchawym Johnem Terrym i słabiutkim Davidem Jamesem - do siatki szybko trafili Miroslav Klose i Lukas Podolski. Anglicy jednak niespodziewanie odpowiedzieli, a jeszcze bardziej zaskakujące, że zrobił to Matthew Upson, na co dzień związany wówczas z West Hamem United. Ba! Dwie minuty po golu Upsona słusznie cieszył się Frank Lampard, który huknął, a futbolówka odbiła się od poprzeczki i o dobry metr przekroczyła linię bramkową. Sędziowie jednak tego nie zauważyli.
Gol legendy Chelsea nie został uznany, a Anglia zeszła do szatni przegrywając. Po zmianie stron kolejne dwa ciosy wyprowadził Thomas Mueller. Niemcy triumfowali zasłużenie (4:1), pewnie i tak poradziliby sobie przy stanie 2:2, jednak "Synowie Albionu" otrzymali konkretny argument na usprawiedliwienie swojego szybkiego odpadnięcia z turnieju. Cztery lata później było już znacznie trudniej.

13. Wojna domowa (Mistrzostwa Świata 2002)

Do jednego z największych skandali w historii mistrzostw świata doszło jeszcze przed ich właściwym rozpoczęciem. W maju 2002 roku reprezentacja Irlandii poleciała na Saipan, aby tam przygotować się do azjatyckiego turnieju. W zgrupowaniu uczestniczyła największa gwiazda Wyspiarzy, kapitan Roy Keane. Zawodnik Manchesteru United od dłuższego czasu zwracał uwagi na niedostatki w federacji. Piłkarze latali w biznes-klasie, lepsze miejsca zajmowali działacze. Podczas jednego ze zgrupowań catering Irlandczyków miały stanowić kanapki z serem.
Gdy więc Keane dotarł na Saipan i zobaczył stan infrastruktury, uznał, że wraca do domu. Był 22 maja. Ostatecznie pomocnik zmienił zdanie i został. Jednocześnie jednak udzielił wywiadu, któremu artykuł z Irish Times nadał jednoznacznie negatywny wydźwięk. Selekcjoner Mick McCarthy wezwał Keane'a na dywanik i kazał wytłumaczyć się z zaatakowania federacji na moment przed startem turnieju. Panowie poszli na noże. Piłkarz "Czerwonych Diabłów" nie wytrzymał i - w obecności innych zawodników - powiedział szkoleniowcowi, aby wsadził sobie mistrzostwa w dupę. 23 maja McCarthy zwołał konferencję i powiedział, że odesłał Keane'a do domu.
Nie wszyscy koledzy z szatni wsparli kapitana. Krytyczny był między innymi Niall Quinn, punktujący, że to Keane zostawił zespół. Stronę federacji i trenera trzymał również Steve Staunton, który przejął opaskę lidera. Incydent na Saipanie stał się źródłem licznych inspiracji kulturowych, na jego podstawie powstała sztuka teatralna (przestylizowana na melodramat), a także dobrze przyjęty film fabularny. Irlandcy piłkarze trzymali się dzielnie, w fazie grupowej zremisowali z Kamerunem (1:1), Niemcami (1:1), a na koniec pokonali Arabię Saudyjską (3:0), co dało awans z grupy. Zatrzymali się dopiero na rzutach karnych z Hiszpanią.
Może ten Saipan nie był taki zły?

12. Bitwa pod Santiago (Mistrzostwa Świata 1962)

Trzecia i ostatnia z bitew w naszym zestawieniu. Najwspanialsza, o ile to właściwe słowo, przy tym jedyna, do poskromienia której musiała wkroczyć policja. Ponadto rewolucyjna - jej znaczenie dla dalszych losów futbolu pozostaje nie do przecenienia. Pamiętajmy, że w 1962 roku nie używano kartek jako sygnałów wizualnych. We wprowadzeniu zmiany pomogło starcie Chilijczyków z Włochami.
Napięcie buzowało przed pierwszym gwizdkiem. Wszystko za sprawą obraźliwego artykułu we włoskiej gazecie. Europejscy dziennikarze skrytykowali miasto Santiago oraz całą organizację mundialu przez Chilijczyków. Naród gospodarzy określono jako "narażony na alkoholizm i analfabetyzm". Stolicy nadano cechy źródła deprawacji, biedy. Chilijczycy, raptem dwa lata wcześniej doświadczeni przez wyniszczające trzęsienie ziemi, odpowiedzieli w swojej prasie, Włochom dostało się za faszyzm, mafię i narkotykową aferę piłkarzy Interu. Dziennikarze z Włoch musieli uciekać z Chile.
Kadra została. I poszła na wojnę. Pierwszy faul odgwizdano w 35. sekundzie. Po ośmiu minutach sędzia Ken Aston (późniejszy pomysłodawca żółtych i czerwonych kartek, wprowadzonych na mundiale w 1970 roku) wyrzucił z boiska Giorgia Ferriniego, ale ten nie chciał zejść z boiska. Wkroczyła policja (łącznie interweniowała trzykrotnie), gracza Torino wywleczono za linię boczną. Równocześnie Astonowi umknął cios, jaki Leonel Sanchez wymierzył Humberto Maschio. Włoch skończył ze złamanym nosem. Niedługo później Sanchez zdzielił Maria Davida, jednak ponownie uniknął kary, sędzia liniowy nie pomógł Astonowi. Kiedy jednak to David chciał kopnąć Sancheza w głowę, został usunięty z placu gry. To nie był chaos, to było piekło.
Osłabieni Włosi nie zdołali obronić się przed nacierającymi gospodarzami. Po zmianie stron wynik otworzył Jaime Ramirez, a stan rywalizacji ustalił Jorge Toro. Komentator BBC określił ten mecz jako "najbardziej przerażający, obrzydliwy i haniebny pokaz piłki nożnej". Dla Chilijczyków liczyło się jednak, że kolejne dwa punkty wystarczyły do awansu do ćwierćfinału. Ich mundial może był krwawy, odstręczający i po latach wspomina się go raczej z niesmakiem, ale na żadnym innym "La Roja" nie sięgnęła po brąz. Reszta to dla Chilijczyków didaskalia.

11. Gospodarzom pomagają ściany (i sędziowie) (Mistrzostwa Świata 2002)

Organizacja mundialu w 2002 roku spoczywała niemal po równo na barkach Japonii oraz Korei Południowej. Japończycy otrzymali wprawdzie mecz finałowy, ale oba państwa przygotowały po 10 stadionów. To w Korei odbył się jeden z półfinałów, a także spotkanie o trzecie miejsce. W nim właśnie - wbrew wszystkim założeniom - zagrali podopieczni Gussa Hiddinka.
Jeśli któryś z gospodarzy miał zawojować te mistrzostwa świata, to raczej Japonia. I w istocie, zespół ten zrobił świetne wrażenie w fazie grupowej, wyszedł z pierwszego miejsca po wygranych z Rosją (1:0) i Tunezją (2:0) oraz remisie z Belgami (2:2). W fazie play-off trafił jednak na Turcję (0:1) i zakończył swój podbój po golu Umira Davali. Co innego Korea. Ona nie zamierzała się zatrzymywać. Ekipa Hiddinka rozjechała Polaków (2:0) w meczu otwarcia, perfekcyjne 15 minut nie wystarczyło biało-czerwonym. Następnie przyszedł remis z USA (1:1) i niespodziewane pokonanie Portugalii (1:0), które sprawiło, że obie drużyny z Europy zakończyły zmagania już na pierwszej fazie. Koreańczycy zasłużyli na awans, grali więc dalej. Problem w tym, że szczęściu postanowiono pomóc.
W 1/8 finału na gospodarzy czekali Włosi. Dysponowani przeciętnie, a do tego pozbawieni swoich podstawowych stoperów. Nie ma jednak wątpliwości, że zespół Giovanniego Trapattoniego wygrałby to spotkanie, gdyby nie Christian Vieri oraz Byron Moreno (sędzia). Pierwszy spudłował w doskonałej sytuacji, zaliczył największy kiks tamtego mundialu. Drugi zaś ciągnął Koreańczyków za uszy poza granice jakiejkolwiek przyzwoitości. Francesco Totti wyleciał w dogrywce po rzekomej symulce w polu karnym, zignorowano uderzenie łokciem Taeyounga Kima, gol Damiana Tommasiego nie został uznany po rzekomym spalonym. Wściekły i bezradny Trapattoni walił pięścią w pleksę odgradzającą go od oficjeli. Wiedział, co się święci. W dogrywce Włosi grali w 10 na 12 i w końcu skapitulowali. Złotego gola strzelił Ahn Jung-hwan, którego następnie wyrzucono z Perugii. Włoski klub chciał się później wycofać rakiem z tego pomysłu, ale Koreańczyk uniósł się honorem i faktycznie odszedł. Sepp Blatter skrytykował arbitrów, jednak nie wyciągnął natychmiastowych konsekwencji. Moreno zawieszono dopiero po śledztwie wszczętym przez Ekwadorczyków.
Ekipa Hiddinka wywalczyła pierwszy od 1966 roku ćwierćfinał dla Azjatów i zagrała z Hiszpanią. Zespół Jose Antonio Camacho też odbił się od złych decyzji sędziowskich, chociaż miewał szczęście, choćby przy braku napomnienia dla Ivana Helguery. Uznano, że Ruben Baraja faulował przeciwnika przy trafieniu głową, następnie cofnięto gola Fernanda Moreintesa, ponieważ sędzia błędnie uznał, że futbolówka dośrodkowana przez Joaquina minęła linię końcową. Doszło do rzutów karnych, lepiej egzekwowanych przez gospodarzy. Korea weszła do półfinału, gdzie w końcu została pokonana przez Niemców. Po zakończeniu spotkania ćwierćfinałowego, oszalałego ze wściekłości Helguerę trzeba było odciągać od zespołu sędziowskiego Gamala Al-Ghandoura.

10. Duch na Wembley (Mistrzostwa Świata 1966)

Najsłynniejszy i najważniejszy gol, którego nie było. W 1966 roku Anglia zdobyła swoje pierwsze i jedyne mistrzostwo świata, ale zrobiła to przy niemałej pomocy błędu sędziowskiego. Finał z Niemcami nie układał się po jej myśli, chociaż w zespole gospodarzy biegali Jack Charlton, Bobby Moore, Bobby Charlton czy Geoff Hurst, natomiast Gordon Banks nie stracił gola w czterech z pięciu spotkań.
A jednak to Niemcy otworzyli wynik w 12. minucie dzięki Helmutowi Hallerowi. Po chwili odpowiedział jednak Hurst. W drugiej połowie jego uderzenie zablokowano, ale piłka trafiła pod nogi Martina Petersa, a ten dał Anglikom prowadzenie. Niemcy grali do samego końca, Charlton sfaulował Uwe Seelera, goście mieli rzut wolny. Ostatecznie, w wyniku ogromnego zamieszania, wyrównał Wolfgang Weber. Została minuta do końca podstawowego czasu, konieczna była więc dogrywka.
"Synowie Albionu" wyglądali znacznie lepiej. Charlton obił słupek już na starcie dodatkowej rywalizacji. A potem na Wembley pojawił się gol-duch. Po znakomitej centrze Alana Balla, Hurst świetnie opanował piłkę i uderzył z siedmiu metrów. Huknął w poprzeczkę, futbolówka spadła za plecy Hansa Tilkowskiego. Anglicy zaczęli się cieszyć z gola, którego nie było. Zrobił to między innymi Roger Hunt, stojący bardzo blisko linii. To właśnie postawa Hunta oraz podpowiedź ze strony asystenta Tofiqa Bahramova skłoniła arbitra Gottfrieda Diensta do uznania gola. Anglicy objęli prowadzenie, które w ostatniej akcji meczu podwyższył Hunt. Tym razem w pełni legalnie.
Późniejsze analizy wykazały, że gol w 101. minucie nie miał prawa zostać uznany. Aby piłka całkowicie przekroczyła linię, potrzeba było około... 18 centymetrów! Nic dziwnego, że finał z 1966 roku stał się podstawą do licznych teorii spiskowych. Najsłynniejsza mówiła, że pochodzący z Azerbejdżanu Bahramov był uprzedzony względem Niemców, tym bardziej, że w półfinale ZSRR odpadło właśnie z RFN (1:2).

9. Łzy Brazylii (Mistrzostwa Świata 2014)

Wiele było sensacyjnych rozstrzygnięć na mistrzostwach świata. Wielu faworytów odpadło, zostało upokorzonych. Niewielkie reprezentacje odnosiły wspaniałe zwycięstwa, Korea Północna była przecież w stanie ograć Włochów i ich kosztem wyjść z grupy w 1966 roku. W tym świetle przegrana Brazylii z Niemcami wygląda dziwnie, w pewnym sensie nie pasuje, wszak można było się jej spodziewać. Problem w tym, że rozmiar ma znaczenie.
"Canarinhos" podchodzili do półfinału bez kontuzjowanego Neymara i zawieszonego za kartki Thiago Silvy. Mimo tego gospodarze czuli się dość pewnie, aż do tego etapu nie przegrali żadnego spotkania, podobnie zresztą jak Niemcy. Nikogo więc nie zaskoczyło, że początek meczu w Belo Horizonte został naznaczony dobrymi okazjami po obu stronach. Od 11. minuty strzelali jednak tylko podopieczni Joachima Loewa. Thomas Mueller wykorzystał dośrodkowanie Toniego Kroosa, następnie Miroslav Klose na raty pokonał Julia Cesara. Brazylia straciła kontrolę. W 24. minucie Kroos podwyższył na 3:0, następnie zaś zagrał z Samim Khedirą i skompletował dublet. W 29. minucie Khedira zadał kolejny cios po asyście Mesuta Oezila. Pięć goli w 29 minut. "Canarinhos" nie oddali nawet celnego strzału.
Już wtedy na stadion wysłano oddział specjalny, aby uspokoić nastroje na trybunach. Pozostali kibice łudzili się, że druga połowa pozwoli przynajmniej na wyjście z twarzą. Nic bardziej mylnego. Manuel Neuer znakomicie zatrzymał próby Oscara, Paulinho oraz fatalnego Freda. Jakby tego było mało, w 69. minucie rezerwowy Andre Schuerrle wykorzystał podanie od Philippa Lahma. 10 minut później Schuerrle otrzymał świetne dogranie od Muellera i też cieszył się z dubletu. Brazylijski kibice oklaskiwali przeciwników, którzy wciąż stwarzali kolejne sytuacje, najlepszą zmarnował Oezil.
W 90. minucie Europejczycy pozwolili gospodarzom na strzelenie gola, jedyne dla nich trafienie należało do Oscara. Brazylijczycy zostali doszczętnie upokorzeni na swoim mundialu. 1:7 to największa porażka w historii półfinałów, największa porażka w historii brazylijskiej piłki (równa z 0:6 z Urugwajem w 1920 roku), a także mecz, który zakończył serię 62 spotkań "Canarinhos" bez porażki w spotkaniu domowym. Klose zdetronizował Ronaldo pod względem największej liczby bramek na mundialu, Niemcy - jako pierwsza reprezentacja - dotarli do ośmiu finałów mistrzostw świata.
Brazylijczycy byli wściekli, załamani, rozczarowani. Palono flagi, autobusy, okradano sklepy. Spotkanie komentowali politycy, byli piłkarze. Cieszyła się córka Moacira Barbosy, uznanego za winowajcę na mundialu w 1950 roku (1:2 w finale z Urugwajem), która uważała, że teraz dziedzictwo jej ojca zostało odzyskane. Niemcy świętowali ostrożnie, bo i tak czekał ich wielki finał, gdzie rozgromienie gospodarza nie miało żadnego znaczenia.

8. Spacer z pielęgniarką (Mistrzostwa Świata 1994)

Po odejściu z Napoli Diego Maradona stracił swój blask. Zyskał natomiast kilogramy, przed Mistrzostwami Świata 1994 ważył około 90. Musiał schudnąć, aby jakkolwiek się prezentować i mieć realną szansę na pomoc Argentynie. Ta trafiła do trudnej grupy z Grecją, świetnie dysponowaną Nigerią oraz Bułgarią z Christo Stoiczkowem, ale też Borisławem Michajłowem, Jordanem Leczkowem i Krasimirem Bałykowem. Argentyna była oczywiście faworytem, a pierwsze spotkanie z Grecją tylko utrwaliło ten status. Gabriel Batistuta zapisał na swoim koncie hat-tricka, Maradona dołożył jednego gola. Ekipa z Ameryki Południowej w dobrych nastrojach ruszyła na spotkanie z Nigerią, która wcześniej również błysnęła, bo rywali z Europy zwyczajnie zmiażdżyła (3:0).
Drużyna Clemensa Westerhofa rozpoczęła dobrze, już w 8. minucie wynik otworzył Samson Siasia. Odpowiedź Argentyńczyków przyszła szybko, jeszcze przed upływem 30 minut spotkania Claudio Caniggia, bohater poprzednich mistrzostw, popisał się dubletem. Maradona rozegrał całe spotkanie, przy drugim trafieniu zaliczył nawet asystę. Wbrew obawom wszystko wskazywało na to, że jest w formie. Po ostatnim gwizdku do piłkarza Newell's Old Boys podeszła pielęgniarka i przekazała, że został wytypowany do badania antydopingowego. Uchachany heros wziął ją za rękę i dziarsko ruszył za linię boczną. Był 25 czerwca 1994 roku. W reprezentacji Diego nigdy później już nie zagrał.
Po trzech dniach sztab Argentyny dowiedział się, że test dał wynik pozytywny. Wszystko miała potwierdzić druga próbka, ale już 30 czerwca Maradona udzielił pamiętnego wywiadu, w którym powiedział: "odcięli mi nogi". Argentyńczycy nie czekali na reakcję FIFA, natychmiast usunęli z kadry swoją największą gwiazdę. 1 lipca FIFA potwierdziła doping, w organizmie legendy wykryto mieszankę zakazanych substancji (efedryna, fenylopropanoloamina, pseudoefedryna, non-pseudoefedryna i metylefedryna), jakiej nie dawał żaden z pojedynczych leków, stanowiących linię obrony Maradony. Ostatecznie Diego zawieszono na 15 miesięcy, już po mundialu. "La Albiceleste " udało się uniknąć zbiorowej odpowiedzialności, przynajmniej w dosłownym rozumieniu. W praktyce już 30 czerwca przegrali z Bułgarią (0:2) i ledwo wyszli z grupy, a w fazie play-off musieli uznać wyższość Rumunii (2:3). Wygrał Maradona, ale ten z Karpat.

7. W autobusie (Mistrzostwa Świata 2010)

Raymond Domenech nie był spokojnym szkoleniowcem. Był człowiekiem rozchwianym, co doskonale pokazuje sytuacja z Mistrzostw Świata 2010. Francuzi, już bez Zinedine'a Zidane'a, znów zamierzali powalczyć o tytuł. Problem w tym, że sukcesu nic nie zapowiadało. Domenech coraz wyraźniej się gubił, "Trójkolorowi" odpadli z EURO 2008 już w fazie grupowej, a przez eliminacje przebrnęli po paskudnym zagraniu ręką Thierry'ego Henry'ego. Problem stanowiła też opaska kapitańska, sensacyjnie obowiązki przejął ulubieniec Domenecha, czyli Patrice Evra.
Rozdygotani Francuzi rozpoczęli turniej od bezbramkowego, bezbarwnego remisu z Urugwajem. W drugim spotkaniu, tym razem z Meksykiem, nie mogli pozwolić sobie na porażkę. Szkopuł w tym, że grali beznadziejnie. W przerwie, kiedy jeszcze nikt nie trafił do siatki, Nicolas Anelka skonfrontował się z selekcjonerem. Napastnik miał obrzucić selekcjonera stertą wulgaryzmów, jego tyrada przedostała się do mediów i została w tabloidowym stylu wydrukowana przez L'Equipe. Na boisku nie było lepiej, Cuauhtemoc Blanco oraz Chicharito rzucili rywali na kolana.
Następne dni upłynęły "Trójkolorowym" na poszukiwaniu "kreta", który wyniósł informacje z szatni, i próbie załagodzenia konfliktu napastnika z trenerem. Żadne z zadań nie zostało zrealizowane. Domenech uniósł się honorem, wyrzucił Anelkę ze zgrupowania. Rozgoryczeni zawodnicy urządzili strajk zamiast treningu, który wreszcie miał być otwarty dla prasy. W efekcie media stały się świadkiem wojny domowej. Piłkarze na moment opuścili autobus i rozdali autografy zgromadzonym kibicom. Następnie zamierzali odjechać, ale okazało się, że zabrano kluczyki do pojazdu. Evra niemal pobił się z jednym z trenerów. Domenech odczytał oświadczenie podopiecznych, w którym skrytykowano federację. Chcąc jednak chronić swój tyłek zwołał konferencję i przeciwstawił się piłkarzom.
W sprawę zaangażowano francuskich polityków. To nie był problem tylko sportowy, ale siarczysty policzek dla całego narodu. Do RPA w trybie natychmiastowym przybyła minister sportu. Roselyne Bachelot wygłosiła poruszające przemówienie, aby natchnąć młodych zawodników przed spotkaniem z gospodarzami. Wszystko po to, aby chwilę później publicznie oskarżyć ich o skompromitowanie Francji. Domenech odsunął od zespołu Evrę, którego postrzegał jako zdrajcę. Nie pomogło. "Trójkolorowi" przegrali z RPA (0:2), do kraju wracali klasą ekonomiczną. Zrezygnował prezes federacji Jean-Pierre Escalettes, pięciu zawodników - w tym Evra i Anelka - zostało wezwanych na przesłuchania przed komisją dyscyplinarną FFF. Anelka nigdy już nie zagrał w narodowych barwach.

6. Niewidzialny człowiek (Mistrzostwa Świata 1998)

Na francuski mundial Ronaldo przyjeżdżał jako najlepszy piłkarz świata. Był zjawiskowym napastnikiem, po którego Inter ruszył z całą mocą, gdy tylko dowiedział się o problemach Barcelony w kwestii przedłużenia kontraktu z Brazylijczykiem. W 1997 roku Mediolańczycy zapłacili oszałamiające wówczas 27 milionów euro. W przeliczeniu na obecne - używając danych Kierana Maguire'a - to jakieś 290 milionów euro. Było warto w tym względzie, że to właśnie w Interze Ronaldo sięgnął po pierwszą Złotą Piłkę, a także przyczynił się do zdobycia Pucharu UEFA.
Na mistrzostwach świata napastnik też nie rozczarowywał, chociaż rozkręcił się dopiero w fazie pucharowej. Wcześniej strzelił jedynie gola w meczu z Marokiem (3:0). Później popisał się dubletem z Chile (4:1) i kluczowym trafieniem z Holandią (1:1, 4:2 k.). "Canarinhos" grali ofensywnie, z polotem, do finału weszli ze sporymi nadziejami i solidnymi argumentami, aby obronić tytuł. W decydującym spotkaniu czekała zdolna do przepchnięcia każdego Francja. "Trójkolorowi" ledwo pokonali Paragwaj (1:0), z Włochami wygrali po rzutach karnych (0:0, 4:3 k.), a z Chorwacją (2:1) ratował ich dublet Liliana Thurama. Stwierdzenie, że to podopieczni Maria Zagallo byli faworytami, nie jest przesadą.
Brazylijczycy pewnie wygraliby ten mecz, ale zabrakło Ronaldo. Napastnik okazał się obecny jedynie ciałem, duch gdzieś uleciał. Jeszcze na kilkadziesiąt minut przed startem spotkania gwiazdor nie znajdował się w wyjściowym składzie "Canarinhos". Wszystko z powodu doznanego wcześniej ataku padaczki. Ronaldo nie miał prawa zagrać w tym meczu, ale sam uparł się, postawił na swoim. Lekarze kadry i sam Zagallo bali się zaryzykować nieobecnością snajpera bardziej niż jego zdrowiem. Ten szokujący manewr nie przyniósł żadnej korzyści.
Z Ronaldo, poza stworzeniem jednej sytuacji w pierwszej połowie (kiedy w dodatku zdemolował go Fabian Barthez), nie było żadnego pożytku. Najlepszy piłkarz świata zaginął. Rozpłynął się w powietrzu. Selekcjoner "Canarinhos" przyznał, że do połowy meczu myślał tylko o tym, czy zawodnika ściągnąć. Ostatecznie nie zrobił tego przez cały finał, a Francuzi bez większego trudu wygrali aż 3:0. W trakcie całego turnieju wyżej wygrali jedynie z Arabią Saudyjską (4:0).

5. Battiston chyba nie żyje (Mistrzostwa Świata 1982)

Kiedy Michael Platini spojrzał na rozciągniętego na murawie Patricka Battistona, mógł pomyśleć, że jego kolega nie żyje. Francuz był blady, nieprzytomny, rozjechany przez niemiecki czołg marki Harald Anton "Toni" Schumacher. Sędzia Charles Corver nie sięgnął do kieszeni po żadną kartkę.
Była 60. minuta spotkania, gdy czas zatrzymał się dla Battistona. Stoper został wprowadzony kilka minut wcześniej za ukaranego żółtą kartką Bernarda Genghiniego, na tablicy wyników był remis po trafieniach Pierra Littbarskiego i Platiniego. Defensor ASSE miał za zadanie nieco uspokoić grę "Trójkolorowych", uszczelnić pierwszą linię. Jednocześnie Battiston był znany ze swoich ofensywnych zapędów, co mogło okazać się kluczowe dla losów rywalizacji. Gdy więc Francuz urwał się rywalom i został obsłużony przez Platiniego, "Trójkolorowi" oczyma wyobraźni już widzieli piłkę w siatce. Futbolówka w istocie minęła Schumachera, ale Battiston nie miał tyle szczęścia.
Agresywny bramkarz, zupełnie niezainteresowany piłką, wpadł kolanem w twarz przeciwnika. Francuzom należał się rzut karny, Schumacherowi czerwona kartka. Sędzia Corver, jako się rzekło, nie wyciągnął żadnych konsekwencji. W wyniku zdarzenia Battison miał połamane żebra, stracił dwa zęby i przytomność. Koledzy z reprezentacji nie wiedzieli, czy 25-latek w ogóle przeżył. Członek sztabu medycznego, który szedł obok noszy, cały czas uciskał nadgarstek zawodnika, sprawdzał puls. Schumacher, jak gdyby nigdy nic, wznowił grę od własnej bramki.
Pozbawiony jednego zawodnika Michel Hidalgo musiał wykorzystać drugą i ostatnią zmianę, na murawie zameldował się Christian Lopez. Niemcy czekali z ostatnią korektą do dogrywki, kiedy wprowadzony został Karl-Heinz Rummenigge. To właśnie on strzelił gola kontaktowego na 3:2, który pozwolił Niemcom na rozpoczęcie pogoni. Sfinalizował ją Klaus Fischer, Niemcy doprowadzili do rzutów karnych. W nich, jak to mieli w zwyczaju, triumfowali. Schumacher obronił dwie "jedenastki".
Battiston ostatecznie wrócił do zdrowia, a Schumacher przeprosił rywala. Francuz zakończył karierę dopiero w 1991 roku, przyczynił się do triumfu na EURO 1984.

4. Człowiek, który umarł stojąc (Mistrzostwa Świata 1994)

Gdyby wybrać największe pudło w historii mistrzostw świata. Nikt nie miałby dużego problemu ze wskazaniem na rzut karny z 1994 roku. Brazylia - rozpoczynająca nieprawdopodobną serię trzech finałów z rzędu - zmierzyła się wtedy z Włochami. "Canarinhos" grali znacznie lepiej, mieli więcej okazji. Europejczyków przy życiu trzymały nieliczne przebłyski geniuszu Roberta Baggio, ale nade wszystko dobrze dysponowany Gianluca Pagliuca i mur złożony z Franka Baresiego i Paola Maldiniego. Włosi przetrwali nie tylko dwie połowy, ale też dogrywkę. Do rozstrzygnięcia potrzebne były karne.
Karne historyczne, bo pierwszy raz decydujące o losach finału. Włosi zaczęli źle, Baresi przestrzelił, ale Marcio Santos też nie wykorzystał swojej "jedenastki". Kolejne strzały były udane aż do momentu próby Daniela Massaro. Gdy więc Baggio ustawił piłkę na wapnie, musiał trafić, aby jego kraj zachował szanse na zdobycie tytułu. Ale Baggio, grający z kontuzją od początku turnieju, kopnął wysoko nad poprzeczką. "Canarinhos" rzucili się w przypływie radości, machali flagami, robili przewroty na murawie. A Baggio stał z rękami opartymi na biodrach. Największy talizman Włochów, człowiek, którego wpływ na tamtejszy futbol trudno opisać słowami, po prostu pękł.
- Jak się czułem? Gdybym miał nóż, zadźgałbym się. Gdybym miał pistolet, zastrzeliłbym się. W tamtym momencie chciałem umrzeć. Tak się czułem - powiedział po wielu latach w rozmowie z The Athletic.

3. Tragiczny los Andresa Escobara (Mistrzostwa Świata 1994)

Futbol potrafi być okrutny i nikt nie przekonał się o tym bardziej niż Andres Escobar. Na co dzień i na boisku był bardzo spokojnym człowiekiem. Grał czysto, grał świetnie, starał się pozytywnie wpływać na wizerunek Kolumbii, co nie należało do najłatwiejszych działań. Wszechobecne narkotyki i wojny karteli narkotykowych - napędzane przez spór o przejęcie schedy po Pablo Escobarze - odcisnęły swoje piętno na opinii międzynarodowej. Doprowadziły też do zamordowania Andresa Escobara.
W pierwszym spotkaniu amerykańskiego mundialu Kolumbia dostała łupnia od Rumunii (1:3). Z USA grała więc o to, aby zachować kontrolę nad kwestią awansu do kolejnej rundy. Niestety, gospodarze objęli prowadzenie już w pierwszej połowie, gdy niefortunnie do swojej siatki trafił Escobar. Po zmianie stron podwyższył Earnie Stewart, gol kontaktowy Kolumbijczyków nie wystarczył. Skończyło się na 1:2. Następnie Kolumbijczycy ograli Szwajcarię (2:0), jednak Rumunia była lepsza od Amerykanów (1:0). Tym samym Escobar i spółka mogli wracać do kraju.
Pięć dni po starciu z Helwetami Escobar został zastrzelony. W środku nocy do jego samochodu podeszła grupka mężczyzn. Wywiązała się dyskusja, wyciągnięto broń. Do reprezentanta kraju strzelono sześciokrotnie. Zdołano go jeszcze przewieźć do szpitala, lecz zmarł po niespełna godzinie z powodu odniesionych ran. Wszczęto dochodzenie, oficjalnie do zamordowania piłkarza przyznał się Humberto Castro Munoz, ochroniarz kartelu narkotykowego, którego boss miał stracić fortunę po osławionym golu Escobara. W 1994 roku Munoza skazano na 43 lata, ale wyrok wielokrotnie zmieniano. Na wolność wyszedł już w 2005 roku. Był jedynym, którego ukarano za wydarzenia z 2 lipca.

2. W imię siostry (Mistrzostwa Świata 2006)

Wielcy piłkarze potrzebują wielkich pożegnań, chociaż nie zawsze są to pożegnania piękne. Maradona rozstał się z mundialem spacerem z pielęgniarką, Zinedine Zidane zaś najsłynniejszą główką w historii mistrzostw świata. Tak słynną, że jako dziecko klikałem w grę przeglądarkową, która, na cóż, polegała na waleniu głową Zidane'a w klatkę kolejnych Marco Materazzich. Wówczas nie rozumiałem symboliki tego wydarzenia, raczej cieszyłem się z końcowego triumfu Włochów z Gianluigim Buffonem, Andreą Pirlo i Alessandro Del Piero na czele.
A przecież wtedy, 9 lipca 2006 roku, karierę zakończył jeden z najwspanialszych pomocników w historii dyscypliny. Człowiek, który miał tak potężne nerwy, że w wielkim finale pokonał Buffona uderzeniem panenką. W dogrywce tego szalonego meczu był blisko powtórzenia sztuki, ale Włoch zanotował genialną paradę po strzale głową. Później zaś Zidane uderzył głową raz jeszcze.
Powody dotyczące ataku na Materazziego owiane były legendą nie mniejszą niż całe wydarzenie. Stoper, jeden z najważniejszych zawodników Italii na tym turnieju, zwyzywał rodzinę odchodzącego gwiazdora, siostrę rywala nazwał "dzi*ką". Sprowokowany Zidane natychmiast wymierzył sprawiedliwość. Gdy w 2010 roku został zapytany o refleksje, bez większego zastanowienia stwierdził, że nie żałuje i prędzej umrze niż przeprosi. Materazzi został na boisku, wykorzystał karnego w konkursie "jedenastek". Dopiero później FIFA zawiesiła go na dwa mecze i wlepiła symboliczną karę finansową.

1. Ręka Boga (Mistrzostwa Świata 1986)

Diego Maradona jest najwspanialszym zawodnikiem w historii mistrzostw świata. Diego Maradona uosabia mistrzostwa świata. Żaden piłkarz nie skupiał w sobie gigantycznego talentu, wybitnych umiejętności, żaden nie strzelał porównywalnych goli, ale też nikt nie był w stanie dorównać mu zamieszaniem, butą, ciągłymi kontrowersjami, dramatycznym końcem i wreszcie oszustwem. Diego Maradona to futbol. Czasami w najgorszym wydaniu.
W ćwierćfinale turnieju z 1986 roku Argentyna zmierzyła się z Anglią. Reprezentacje nie darzyły się szczególną sympatią od czasu 1966 roku, kiedy selekcjoner Anglików nazwał rywali "zwierzętami". W 1982 roku rozgorzała wojna o Falklandy, zatem starcie w Meksyku zyskało polityczny wymiar. Maradona przyznał później, że Argentyńczycy chcieli się zemścić za śmierć wielu rodaków. W tej sytuacji na niewiele zdały się popisy Ricarda Villi i Osvalda Ardilesa - argentyńskiego duetu z Tottenhamu, który, jak czytamy w "Aniołach o brudnych twarzach" - realnie przyczynił się do poprawy odbioru Argentyńczyków na Wyspach. W ćwierćfinale Mistrzostw Świata 1986 chodziło o to, aby Anglię ograć za wszelką cenę.
Maradona i spółka grali lepiej, "Synów Albionu" ratował przede wszystkim Peter Shilton, natomiast Peter Beardsley nie wykorzystał najlepszej okazji. Pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem, ale druga na zawsze przeszła do historii futbolu. Z jednej strony "gol stulecia", z drugiej zaś "ręka Boga". Zaczęło się od ręki. W 51. minucie Maradona wyskoczył nad Shiltonem i wygrał walkę w powietrzu, chociaż był 20 centymetrów niższy. Za pomocą dłoni skierował piłkę do siatki, sędzia Ali Bin Nasser nie zauważył przewinienia. Anglicy protestowali, ale na nic się to zdało. Gola uznano, a Maradona już na konferencji prasowej przyznał, że trafił "trochę ręką Boga, trochę głową Maradony". Cesar Luis Menotti fetował niesprawiedliwego gola, gdyż, jak przyznał, chodziło o to, aby Anglików zabolało bardziej.
Cztery minuty po osławionym golu piłkarski Bóg naprawdę zstąpił na boisko. Maradona minął czterech Wyspiarzy, zwiódł Shiltona i podwyższył wynik. Trafienie kontaktowe Gary'ego Linekera nie zdało się na nic. Argentyna triumfowała (2:1) i przechodziła kolejne rundy, aby we wspaniałym finale poskromić Niemców (3:2) i sięgnąć po upragnione mistrzostwo.

Przeczytaj również