Szokujący transfer wyblakłej gwiazdy. "Witamy w domu wariatów"

Szokujący transfer wyblakłej gwiazdy. "Witamy w domu wariatów"
Vlad1988 / shutterstock
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 10:11
Jesse Lingard i Corinthians. Tych dwóch puzzli jeszcze kilka lat temu nikt by nie połączył. Manchester United stał się odległym wspomnieniem, a rzeczywistością będzie spełnianie oczekiwań wygłodniałego klubu.
Nie Arabia Saudyjska, nie Katar, nawet nie MLS. Brazylia. Dość nietypowa droga ku zakończeniu kariery. Sam sobie ją wybrał. Nowe wyzwanie Jessego Lingarda zacznie się w Corinthians. Miejsce fascynujące, ale i pełne presji. Będzie pierwszym Anglikiem, który kiedykolwiek grał w lidze brazylijskiej. Do niego będzie należała misja przetarcia ścieżki. I trzeba przyznać, wybrał sobie bardzo trudne wyzwanie.
Dalsza część tekstu pod wideo

Było K-pop, teraz czas na sambę

Gdy w Watykanie wybiera się nowego papieża, z komina zainstalowanego w Kaplicy Sykstyńskiej wydobywa się biały dym. W Sao Paulo natomiast, w siedzibie Corinthians, za każdym razem, gdy klub ogłasza duży transfer, rozbrzmiewają syreny. Lokalna tradycja kultywowana od lat 60. ubiegłego wieku. Tak się działo, gdy do drużyny przybywali Carlos Tevez i Memphis Depay, a wcześniej jeszcze większe tuzy futbolu: Ronaldo czy Rivaldo.
Nie zrobiono też wyjątku dla 33-letniego Anglika. Wychowanek Manchesteru United, wprawdzie z dawna zapomniany przez europejskich kibiców, wciąż jest szanowaną marką, przynajmniej w Ameryce Południowej. Ale wszyscy wiedzą, że nie przyleciał ten sam kozak sprzed dziesięciu lat, a piłkarz z bagażem dobrych i złych doświadczeń, powoli schodzący ze sceny. Już ostatni wpis w jego zawodowym mówi wiele.
Jesse ma za sobą epizod w lidze południowokoreańskiej. W FC Seul odnalazł regularność i mógł się pochwalić całkiem niezłym dorobkiem bramkowym. W 67 spotkaniach strzelił 19 goli. Jego pobyt określano jako strzał w dziesiątkę zarówno pod względem marketingowym (klub odnotował rekordowy zysk ze sprzedaży koszulek), ale też sportowym. Wszystko to dało do myślenia skautom z Brazylii, że były reprezentant Anglii jest w dobrej formie fizycznej i potrafi zaadaptować się do zupełnie innej kultury.
Ale brazylijska Serie A to zupełnie inna para kaloszy. Sao Paulo nie można też porównywać do cichego zakątka stolicy Korei. Bycie gwiazdą, zarabiającą krocie, wiąże się z większą odpowiedzialnością.

Gorące przywitanie, sporo wątpliwości

Z nowym klubem Lingard podpisał roczną umowę, ale zawiera ona opcję przedłużenia do 2027 roku, jeżeli spełnione zostaną określone warunki. Anglik miał również kilka innych ofert, w tym możliwość powrotu na Stary Kontynent. Ale gdy usłyszał rekomendacje ze strony Memphisa Depaya, swojego kolegi z czasów gry w zespole “Czerwonych Diabłów”, a obecnie cenionego snajpera Corinthians, wątpliwości zostały rozwiane. Zarezerwował lot, zanim jeszcze zawarł ustną umowę z Brazylijczykami.
Przylot do Brazylii wywołał ogromne poruszenie. Kibice Corinthians, znani z ogromnej pasji do piłki, przywitali go na lotnisku Guarulhos głośnymi śpiewami. Sam piłkarz przyznał w pierwszym wywiadzie dla klubowych mediów, że skala entuzjazmu przerosła jego oczekiwania, mimo że grał przecież wcześniej choćby w wielkim Manchesterze United.
Aby pokazać fanom, że nie przyleciał tu, by wyłącznie wystawić fakturę za grę, wykonał znaczący gest. Ze wszystkich dostępnych numerów na koszulkach wybrał “77”. Symbol w tej piłkarskiej części Sao Paulo. Liczba odnosi się do roku 1977, który jest uważany za jeden z najważniejszych momentów w ponad stuletniej historii klubu.
Przed 1977 rokiem Corinthians przechodziło przez najgorszy okres w swojej historii, znany jako “jejum” (z portugalskiego: post/susza). Klub nie zdobył żadnego ważnego trofeum przez 22 lata, osiem miesięcy i siedem dni. Dla tak wielkiego i popularnego teamu była to prawdziwa trauma, która jednak paradoksalnie wzmocniła lojalność kibiców (stąd przydomek fanów: Fiel, czyli „Wierni”). W tym historycznym roku piłkarze przerwali blisko ćwierćwiekową posuchę, wygrywając w finale stanowych rozgrywek Campeonato Paulista, wtedy też do kadry dołączyła największa legenda “Timao”, Socrates.

Bez ochrony

W tunelu przed wejściem na boisko zawodnicy widzą napis “Witamy w domu wariatów”. Bando de louca, wariaci, tak na siebie mówi najzagorzalsza grupa fanów. Nie wybaczają najmniejszych błędów. Nie chodzi wyłącznie o wyniki drużyny, ale o całokształt. Wymagają od swoich graczy całkowitego poświęcenia w imię ich ukochanego klubu. Sami potrafili zebrać ponad 10 milionów dolarów na sfinansowanie budowy nowego stadionu. Choćby się działo najgorsze, fani nigdy nie dadzą umrzeć Corinthians.
Krótko mówiąc, Lingard wziął na swoje barki spore oczekiwania. Trybuny żyją przez 90 minut i nie mają oporów w wygwizdaniu nawet największych gwiazd. Wszystko jedno, czy chodzi o Teveza, Ronaldo czy Roberto Carlosa. Każdy z nich zebrał na Arenie Corinthians, a wcześniej na legendarnym Pacaembu, solidną porcję gwizdów, gdy nawet chwilowo obniżył poziom. Z całym szacunkiem do dorobku Lingarda, nawet w szczytowej formie nie miał w sobie polotu poprzedników. Mówi o tym Luisao, były gracz Benfiki.
- Byli lepsi piłkarze do kupienia, zarówno w Brazylii, jak i za granicą: piłkarze, którzy kosztowali mniej i z pewnością by się sprawdzili - zaznaczył. Wtóruje mu lokalny dziennikarz Mauro Cesar Pereira, z którym Anglicy z publicznej telewizji zrobili wywiad. - Ten cały Lingard… Chłopak od dawna nie grał na najwyższym poziomie. Nie wiem, ile wartości dodanej może wnieść do Corinthians. Powiedzieć, że to dość dziwny transfer, to nic nie powiedzieć - przyznał.
Jeśli więc Jesse spodziewał się, że opuszczając Azję utrzyma swój status supergwiazdy w Ameryce Południowej, rzeczywistość może go bardzo szybko sprowadzić na ziemię. Owszem, nawet neutralni kibice z pewnością będą ciekawi jego gry, jednak trudno się spodziewać, by pomocnik otrzymał nielimitowany kredyt zaufania. Przeciwnie. Będzie musiał spełniać oczekiwania już od pierwszej minuty. Również dlatego, że sprowadzający go do Sao Paulo działacze są na cenzurowanym.
Zadłużenie Corinthians sięgnęło niedawno dwóch miliardów reali brazylijskich, czyli niemal 400 milionów dolarów. Znaczna część długu wynika z finansowania budowy własnego stadionu. Klub znajduje się w poważnym kryzysie finansowym, a mimo to nie szczędzi grosza. Wcześniej krytykowano zarząd za zbytnią rozrzutność, transfer Depaya i zaoferowanie mu gwiazdorskiej umowy w pakiecie z uzbrojoną prywatną ochroną, opancerzonym autem czy prywatnym szefem kuchni. Jak się dowiedziano, Lingard miał zrezygnować z podobnych przywilejów, ale i jego przyjście będzie prześwietlone pod względem finansowym.
Kwestia pieniędzy zeszłaby na dalszy plan, gdyby nie kryzys sportowy. To prawda, drużyna dopiero co zdobyła potrójną koronę (Puchar Brazylii, Superpuchar i Mistrzostwo stanu Sao Paulo), ale bez kluczowego tytułu. W lidze, która liczy się najbardziej, zajęła bardzo rozczarowujące 13. miejsce. Po ostatnim zdobyciu mistrzostwa kraju w 2017 roku, Corinthians nie potrafił na koniec sezonu ulokować się na podium.
Już mówi się o nowej “suszy”, którą mogłaby przerwać tylko świeża krew. Czy ta krew będzie płynęła z angielskich żył? Niektórzy uważają, że Lingard nie ma odpowiedniego profilu, aby pociągnąć zasłużony klub do przełomowych wyników. Ale historia futbolu widziała już dziwniejsze transfery, które “odpalały”.

Dyskusja

Przeczytaj również