Tak blisko mistrzostwa nie byli 60 lat. Pachnie cudem. "Są podnieceni jak cholera"

Tak blisko mistrzostwa nie byli 60 lat. Pachnie cudem. "Są podnieceni jak cholera"
IMAGO / pressfocus
Piotrek - Przyborowski
Piotrek PrzyborowskiDzisiaj · 16:20
Nigdy nie byli klubem z czołówki. Dość powiedzieć, że dotąd Sint-Truidense tylko raz w historii otarło się o tytuł. W obecnym sezonie klub z limburskiego miasteczka jest jednak rewelacją ligi belgijskiej. Duża w tym zasługa japońskich właścicieli, którzy postawili wreszcie na miks lokalności z azjatyckim know-how. Efekt jest naprawdę imponujący.
Sint-Truiden przez dekady znane było głównie przez pryzmat swojej spokojnej, niespiesznej atmosfery nasyconej zapachami pochodzącymi z pobliskich sadów. Dokonania dla sportu ograniczyły się głównie do tego, że właśnie tu urodzili się: znany kolarz szosowy - Tim Wellens, aktualny trener Igi Świątek - Wim Fissette, a swoje pierwsze kroki w futbolu stawiali Danny Boffin oraz Simon Mignolet. To jednak właśnie piłka nożna może okazać się już niedługo prawdziwą wizytówką tego 40-tysięcznego ośrodka. Wszystko za sprawą STVV, klubu, który tuż przed decydującą fazą sezonu zajmuje pozycję wicelidera Jupiler Pro League.
Dalsza część tekstu pod wideo

Gość z lokalnym DNA

Aktualne miejsce STVV jest w Belgii sporą sensacją, bowiem zwyczajowo klub z Limburgii aspirował co najwyżej do grona ligowych średniaków. Jego największym sukcesem w historii pozostaje wicemistrzostwo w sezonie 1965/1966. W ostatniej dekadzie tylko raz finiszował w górnej połowie tabeli, a do grupy mistrzowskiej po raz ostatni i jedyny zakwalifikował się w rozgrywkach 2009/2010, które stanowiły zresztą debiut nowego systemu. Obecny dorobek “Kanarków” wynosi 45 punktów po 23 meczach i już teraz jest lepszy niż te, z którymi zespół kończył osiem z ostatnich dziesięciu sezonów. Na pytanie o głównego architekta tego i tak już sporego sukcesu, każda z zapytanych przez nas osób jak jeden mąż wskazuje na trenera Woutera Vranckena.
- Vrancken odgrywa ogromną rolę w tym, jak wygląda obecnie STVV. Na podobnym etapie poprzedniego sezonu drużyna zajmowała przedostatnią pozycję w lidze, a tamten skład jakoś diametralnie nie różnił się od tego obecnego. To właśnie on przemienił ekipę z kandydata do spadku w maszynę do wygrywania. Nie możemy zapominać, że sam pochodzi z Sint-Truiden, spędził tu sporą część kariery piłkarskiej. Kibice go uwielbiają i uważają za jednego z nich. Zresztą po nim samym widać, że jest mocno zaangażowany w ten projekt. Dla mnie jego postać to bezsprzecznie jeden z głównych powodów dla tak dobrej postawy drużyny w obecnym sezonie. Synergia pomiędzy nim, zawodnikami i kibicami pozwala rozwijać się całemu klubowi - mówi nam Thomas Standaert, dziennikarz Het Belang van Limburg.
46-latek to gość z DNA Sint-Truidense. Zna klub od podszewki, co oznacza, że zdaje sobie sprawę również z jego ograniczeń wobec ligowej czołówki. Kiedy latem ekipę opuścili najlepszy strzelec Adriano Bertaccini (zasilił Anderlecht) oraz lider wśród asystentów Louis Patris (przeszedł do Unionu Saint-Gilloise), nie narzekał, zakasał rękawy i po prostu zaczął pracę z tymi, których miał do dyspozycji. Na efekty nie trzeba było zresztą długo czekać. W sześciu pierwszych kolejkach nowego sezonu STVV sięgnęło po 20 punktów, na przełomie września i października złapało lekką zadyszkę, ale od listopada aż do ubiegłotygodniowej porażki z Charleroi wygrało dziewięć spośród dziesięciu spotkań. Przy czym, co znamienne, nie da się wskazać wyraźnego lidera tego zespołu.
- Wiem, że to brzmi nudno, ale tu naprawdę chodzi o kolektyw. W tej drużynie każdy chce walczyć za drugiego. Nie ma tu wielkich gwiazd, ale jest za to 11 wojowników. Tacy gracze jak Ryotaro Ito, Rihito Yamamoto, Leo Kokubo czy Shogo Taniguchi mieli ciężki poprzedni sezon, a w tym są niesamowici. Panuje opinia, że trio Ito, Yamamoto i Abdoulaye Sissako to najlepsza linia pomocy w całej lidze! A przecież ostatniego z nich sprowadziliśmy z Kortrijk, które spadło z ligi. Do tego jest jeszcze Visar Musliu, świetny macedoński stoper czy Arbnor Muja, który wcześniej został mistrzem z Antwerpią. Niemniej, nie da się wskazać lidera, co potwierdzają również belgijscy analitycy - tłumaczy nam Seppe Dewael, kibic STVV.

Klub kwitnącej wiśni

Nie trzeba być mistrzem z geografii, aby zauważyć, że spora część wymienionych piłkarzy pochodzi z Japonii. Aktualnie w kadrze “Kanarków” znajduje się ich aż ośmiu, tylko o jednego mniej niż piłkarzy z Belgii. W przypadku Sint-Truidense to natomiast żadne zaskoczenie. Klub od 2017 roku należy do DMM.com, japońskiego potentata streamingu wideo i branży e-commerce. Dla nowych właścicieli inwestycja w klub piłkarski początkowo stanowiła spore wyzwanie. Zmieniali trenerów jak rękawiczki i zatrudniali na tym stanowisku obcokrajowców, którzy zupełnie nie zdawali sobie sprawy ze specyfiki STVV. Kibicom nie spodobało się również przemianowanie stadionu Stayen na Daio Wasabi Stayen Stadium. Decyzja o powierzeniu drużyny Vranckenowi mocno zbliżyła ich jednak do lokalnej społeczności.
- Japończycy uznali Sint-Truidense oraz całą ligę belgijską za idealne miejsce do rozwoju japońskich zawodników, których dalszymi krokami mogą być transfery do którejś z pięciu czołowych lig Europy. I jak na razie bardzo dobrze się to sprawdza. Spośród Japończyków, którzy aktualnie bronią barw Sint-Truidense, na taki ruch transferowy mogliby już teraz zdecydować się przede wszystkim Ryotaro Ito i Rihito Yamamoto oraz ewentualnie również Keisuke Goto. Pierwszy z nich sprawdziłby się z Bundeslidze, natomiast drugi miałby szansę w którymś ze średniaków Premier League pokroju Brentfordu lub Brighton - zauważa w rozmowie z nami Klemens Przybył, prowadzący twitterowe konto “Piłka nożna w Japonii”.
Schemat stawiania na swoich już zresztą działa - bohaterami dwóch najwyższych transferów wychodzących klubu byli Japończycy. Nowi właściciele trafili na podatny grunt, bo Belgia od lat znana jest jako dobre miejsce na wejście w piłkarski biznes. Tutejsze regulacje są mniej surowe niż np. w Holandii, a z Jupiler Pro League co roku transferowane są za miliony euro kolejne talenty. SVTT stawiane jest przy tym za wzór odpowiedzialnego zarządzania. Kiedy większość belgijskich zespołów zmaga się z problemami finansowymi, Sint-Truidense potrafi nawet wypracować zysk. Azjatyccy właściciele starają się otworzyć klub na świat. Jego japoński profil na portalu X śledzi 40 tysięcy osób, dwukrotnie więcej niż główne konto! Ta popularność doprowadziła nawet do otwarcia w Tokio klubowego baru, w którym tamtejsi kibice mogą śledzić potyczki ich ulubieńców.
- Wejście Japończyków do STVV zmieniło go na lepsze. Sint-Truidense stawiane jest w kraju za finansowy przykład dla innych zespołów. Nie przeprowadzają wielkich transferów, ale udaje im się zbudować solidną ekipę. Pierwsze lata rządów azjatyckich właścicieli nie były łatwe. Musimy pamiętać, że to klub bardzo lokalny, więc kibice początkowo byli dość sceptycznie nastawieni do japońskich inwestorów. Teraz się to wyraźnie zmieniło. Ważną zmianą było zatrudnienie w roli brand managera Berta Stasa [choć w kadrze kierowniczej sporą część stanowią Japończycy - przyp red.]. To człowiek stąd, który doskonale zna ten klub i wie, czego chcą jego fani. Aktualnie 80 procent sponsorów pochodzi z Japonii, a jednocześnie klub staje się coraz bardziej atrakcyjny również dla lokalnych kibiców - opowiada nam belgijski dziennikarz, Claudio Reulens.

Podekscytowani jak cholera

Fani Sint-Truidense przeżywają aktualnie piękne chwile przede wszystkim ze względu na postawę boiskową “Kanarków”. Drugie miejsce na siedem kolejek przed końcem sezonu zasadniczego to wynik zdecydowanie ponad stan. Dla kibiców klubu, który w swojej historii zagrał tylko dwukrotnie w Pucharze Intertoto, już sam awans do europejskich pucharów byłby ogromnym osiągnięciem. Cokolwiek ponad to, łącznie z ewentualnym mistrzostwem, stanowiłoby sensację na miarę tytułu wywalczonego przez Leicester. W XXI wieku tylko jedna drużyna po raz pierwszy w historii została najlepszą drużyną w Belgii, ale był to Gent, który w 2015 roku miał już ugruntowaną pozycję ligowego średniaka i doświadczenie gry w fazie grupowej w Europie. STVV jest w tych kwestiach prawdziwym kopciuszkiem.
- Kibicuję STVV od ponad 18 lat i kiedy zawsze powiem o nich coś pozytywnego, to wiem, że później się to nie spełni. Dlatego nie chcę zapeszać, ale uważam, że już teraz cały klub, piłkarze i kibice zasługują na ogromne pochwały za ten sezon. Póki co szczęście było po naszej stronie i będziemy go również potrzebować, jeśli chcemy napisać przepiękną historię. Awans do pucharów byłby czymś niesamowitym. Nie sądzę, żebyśmy mogli liczyć na coś więcej. Po sezonie zasadniczym czeka na jeszcze rywalizacja w grupie mistrzowskiej, gdzie rywalami będą już tylko czołowe kluby w kraju. Dlatego niemal niemożliwe wydaje się, aby Sint-Truidense zakończyło ten sezon nad Unionem czy Club Brugge. Choć oczywiście w piłce nożnej zawsze wszystko może się zdarzyć - podsumowuje Dewael.
Limburski klub jest już bliski awansu do grupy mistrzowskiej, co oznaczałoby realizację głównego celu na ten sezon, czyli spokojnego utrzymania się w elicie. Mimo braku zdecydowanego lidera na boisku, tak dobra postawa podopiecznych Vranckena pozwoliłaby też STVV na jeszcze większy zarobek podczas letniego okna transferowego. System ligi belgijskiej sprawia, że aby sprawić prawdziwą sensację i sięgnąć po pierwszy tytuł w dziejach, Sint-Truidense musiałoby jednak pokonać jeszcze bezpośrednich rywali właśnie w play-offach. Tu w teorii pojawia się problem, bo spośród drużyn, które na teraz znalazłyby się w czołowej szóstce, “Kanarki” pokonały w obecnym sezonie jedynie Gent i Club Brugge. Tyle że kiedy, jak nie teraz, miałyby napisać tak przepiękną historię?
- Sint-Truiden to naprawdę ładne miasteczko, które otoczone jest w dużej mierze przez obszar wiejski, a futbol stanowi ważną atrakcję dla całego regionu. Mieszka tam mój wujek, który nie ma nic wspólnego z piłką nożną, ale ciągle powtarza mi, że ludzie są tam teraz tak bardzo szczęśliwi. Od kilku miesięcy głównym tematem rozmów mieszkańców jest właśnie klub i jego wyniki. W ciągu ostatnich dwóch dekad klub nie sięgnął wyżej niż piątego miejsca w lidze, więc dla nich już sama obecność w czołówce jest czymś niezwykłym. W Belgii większość obserwatorów nadal nie uważa SVTT za faworyta do mistrzostwa, ale jego obecna pozycja pozwala wierzyć, że może co najmniej włączyć się do walki o tytuł. I już to jest dla całej lokalnej społeczności wielkim wydarzeniem. Są podekscytowani jak cholera - tłumaczy Standaert.

Przeczytaj również