Piłkarze uciekają z polskich klubów. Takiej kumulacji jeszcze nie było. "To jest recydywista"
Jagiellonia, Radomiak i Raków na starcie sezonu nie mogą skorzystać z trzech swoich zawodników. AZ Jackson, Steve Kingue i Adriano Amorim nie są jednak kontuzjowani. Postanowili po prostu nie wracać do klubów.
Chyba nigdy w historii nie było takiej "kumulacji", ale każdy przypadek jest inny.
Nieprofesjonalny recydywista
Adriano Amorim to recydywista. Od początku pobytu w Rakowie grał w miarę regularnie, miewał okresy dobrej gry, zwłaszcza pod wodzą Marka Papszuna. Na "dziesiątce" się nie sprawdził, ale ze swoją motoryką okazał się dobrym wahadłowym.
Niestety, już przed rundą wiosenną poprzedniego sezonu opóźnił powrót do klubu z Brazylii, bo jego partnerka nie dostała pozwolenia na wjazd do Polski. Klub nie zareagował jednak na ten dzwonek alarmowy i przed letnim okresem przygotowawczym sytuacja się powtórzyła. Według Kamila Głębockiego Amorim wysłał do Częstochowy... zwolnienie lekarskie, które ma dowodzić jego niezdolności do trenowania. I zupełnie nie przejmuje się ważnym do 2028 roku kontraktem.
- Klub jest w kontakcie z nim i agentem. Mamy nadzieję, że do nas wróci i ta sytuacja się szybko wyjaśni. Uczciwie przyznam, że nie znam szczegółów. Wiem tyle co wy. (...) Na pewno są jakieś narzędzia, żeby to zweryfikować. Na dzisiaj ja takiej wiedzy nie mam. Cały czas liczymy na to, że wszystko będzie z nim okej i wróci do nas - mówił Marek Szkolnikowski, dyrektor zarządzający klubu, w Raków Podcast.
Współtworzący ten podcast, a w przeszłości rzecznik Rakowa, Radek Baran, mówi nam tak:
- Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby Amorim jeszcze wystąpił w barwach Rakowa. I nie będzie mi z tego powodu jakoś szczególnie smutno, bo nie był to kluczowy zawodnik. Zachował się na tyle nieprofesjonalnie, że będę bardzo zdziwiony, jeżeli ujrzymy go jeszcze w okolicach obiektu na Limanowskiego. Natomiast jestem za kompromisem, czyli odejściem w ramach transferu definitywnego, tak aby i Raków skorzystał finansowo.
Na razie jednak piłkarzowi trzeba płacić, a z każdym tygodniem bez gry i treningów z drużyną jego wartość spada. Klubom pozostaje prośbą i groźbą namawiać zawodników do powrotu, ale też liczyć, że jak najszybciej uda się znaleźć sensownego kupca.
Lubiany dezerter
Z podobnym problemem mierzą się w Radomiu. I tu też drugoplanową rolę odgrywa partnerka, która miała problemy z dostaniem odpowiednich dokumentów. Partnerka, nie żona, a to istotna różnica. Radomiak chciał jednak pomóc jak mógł Steve'owi Kingue, bo o nim mowa. Zorganizował mu wizytę w ambasadzie. Gdy Kameruńczyk się na nim nie stawił, w klubie zorientowali się mogą mieć problem. Problem, którego wcześniej - w przeciwieństwie do Amorima - nikt nie mógł się spodziewać.
- Klub do końca nie wie, o co chodzi. Wcześniej z Kingue ani z jego otoczeniem nie było żadnych problemów. Był jedną z najbardziej lubianych, budzących sympatię postaci - mówi nam Szymon Janczyk z Weszło, który na Twitterze zgrabnie określił problemy trzech klubów jako "lato dezerterów". Zapewnia on, że wobec Kingue nie było też żadnych zaległości, że klub do dzisiaj regularnie wypłaca mu pensje, bo nie chce, by zawodnik skorzystał z tej furtki do rozwiązania kontraktu z winy klubu.
26-letni stoper ma kontrakt do końca sezonu i jeśli odejdzie tego lata, to nie za darmo. Najchętniej w klubie po prostu by go zatrzymali i próbują jakoś przemówić mu do rozsądku. On jednak wrzuca na Instagram zdjęcia z indywidualnych treningów na błotnistych boiskach w Kamerunie, wyłącza komentarze i ponoć zapowiada, że do Radomia nie wróci. Sytuacja jest patowa, ale prawo jest po stronie klubu. Na razie w jego miejsce Radomiak wypożyczył Kryspina Szcześniaka z Górnika.
Specyficzny artysta
Był recydywista, jest i artysta. Bo Aziel Jackson urlop spędzał nie w Kamerunie czy Ameryce Południowej, tylko w zamożnym domu rodzinnym w Nowym Jorku. Gdy syn znakomitego perkusisty jazzowego, Aliego Jacksona Juniora, przychodził do Jagiellonii Białystok, więcej niż o jego krótkiej jeszcze karierze piłkarskiej, pisano o jego niezwykłej rodzinie i rozległych talentach.
- AZ wymyka się piłkarskim stereotypom. Oprócz tego, że zawodowo uprawia piłkę nożną na wysokim poziomie, gra też na pianinie, gitarze i perkusji. Artystyczną duszę wyzwala również poprzez rysowanie, malowanie i tworzenie własnej marki modowej „First Move”. Zamiłowanie do sztuki to wpływ matki, Janell Johnson, doradczyni filantropijnej, z którą przez długi okres żył w separacji ze względu na rozwód rodziców. Nie przeszkodziło mu to jednak we wchłanianiu inspiracji i rozwijaniu się we wspomnianych dziedzinach, chętnie propagowanych przez JJ - pisał Kamil Warzocha w ciekawym artykule na Weszło. - Co ciekawe, od 2014 roku, czyli od 13. roku życia, AZ prowadzi również dziennik, w którym spisuje wszystkie przeżycia. Będąc jeszcze w USA, przyznał, że kiedyś opublikuje swój papierowy dorobek jako książkę.
Jagiellonia była jego pierwszą seniorską przygodą poza ojczyzną. Amerykanin miał być tak wkręcony w ten transfer, że wcześniej wirtualnie spacerował po Białymstoku w Google Maps. Najwyraźniej jednak nie zakochał się w Podlasiu, a Ekstraklasa nie zakochała się w nim. W debiucie zaliczył obiecujące wejście z ławki, ale jego dorobek zamknął się w sześciu występach, ostatnim w październiku. Wiosnę spędził już na wypożyczeniu w Vancouver Whitecaps.
- Jego zmiana była szalona, nieokrzesana, trudna do zdiagnozowania. Nie ma co oczekiwać, że zawodnik, który spędził z nami więcej czasu w podróży niż na boisku, będzie wyglądał inaczej. Niemniej miał udział przy golu i, gdyby nie spalony, w akcji zakończonej rzutem karnym. Widać, że ma jakość z piłką przy nodze. Naszą rolą będzie teraz znaleźć dla niego miejsce, będziemy się poznawać - mówił po pierwszych minutach Jacksona na polskich boiskach Adrian Siemieniec.
Nie wyszło, a Aziel nie wrócił latem do klubu, z którym ma ważny do 2028 kontrakt. - Komunikacja z nim jest dość ograniczona. Ciężko nam stwierdzić, jakie są w ogóle jego intencje - mówił w niedzielę na antenie Canal+ Maciej Szymański, dyrektor zarządzający Jagiellonii.
Pytanie, czy sam Jackson to wie. Z Białegostoku słyszymy, że to specyficzna, by nie powiedzieć dziwna osobowość. Piłkarz o duszy i głowie artysty, który nie dostosował się do fizycznych i taktycznych wymagań ligi. Piłkarz, który też na boisku chciał błyszczeć inwencją i talentem, a nie ciężko harować. Niewykluczone nawet, że 24-latek w ogóle skończy z piłką i zajmie się innymi projektami.
Więksi też to robili
Choć rasiści będą wrzucać te trzy przypadki do jednego wora ze względu na kolor skóry zawodników, to przecież historia piłki zna dziesiątki podobnych przypadków. Również w Ekstraklasie. Nie tak dawno Bułgar Aleks Petkow i Palestyńczyk Assad Al-Hamlawi uciekali ze zgrupowania Śląska Wrocław. Ekwadorczyk Joel Valencia nie stawił się na obozie Legii, jego rodak John Yeboah odmówił treningów w Rakowie wymuszając transfer do Włoch. Portugalczyk Paulo Henrique nie wrócił do Radomiaka, ale w jego przypadku zdecydowały o tym problemy w życiu prywatnym i klub poszedł z nim na ugodę.
Carlos Tevez w Manchesterze City. Pierre-Emerick Aubameyang w Arsenalu. Dimitri Payet w West Hamie. Diogo Costa w Chelsea. Ousmane Dembele w Borussii Dortmund. Wszyscy oni albo byli skonfliktowani z trenerami, albo chcieli wymusić odejście. I prawie zawsze się udawało. Nawet nasz Robert Lewandowski parę lat temu publicznie stawiał Bayern pod ścianą oczekując zgody na transfer do Barcelony. W końcu z niewolnika nie ma pracownika, prawda?
Niedawno władzom Cruz Azul przypomniał o tym Mateusz Bogusz. Polak tak bardzo nie odnalazł się w lidze meksykańskiej, że postanowił nie wracać po urlopie z Polski i w ten sposób wymusić zgodę na odejście. - Nie jestem z tego dumny, ale myślę, że to była jedyna opcja żeby stamtąd zwiać - mówił niedawno w Foot Trucku.
Jak widać, nie jest to domena piłkarzy z tylko jednego kraju, kontynentu czy kręgu kulturowego. Pech chciał, że tego lata dotyczy to aż trzech klubów z polskiej Ekstraklasy. Pozostaje życzyć im powodzenia w dochodzeniu swoich praw. A przynajmniej odpowiedniego zarobku.