Ten klub to fenomen! Pierwszy raz zagra w Lidze Mistrzów. Giganci w strachu
Po 119 latach istnienia klubu, 13 tysięcy kibiców stłoczonych na wypełnionych po brzegi trybunach, obserwowało w ostatnią niedzielę, jak Como wywalczyło pierwszy raz w historii kwalifikację do Ligi Mistrzów. I to zaledwie w drugim sezonie obecności na poziomie Serie A. Najlepsze jest zaś to, że nie ma w tym niczego zaskakującego.
Krótkie przypomnienie poprzedniego lata. Como bez trudu potrafiło wówczas utrzymać się w konkurencyjnych rozgrywkach po długim sezonie, w którym zakończyło zmagania na 10. miejscu w Serie A, niejednokrotnie powodując płacz u gigantów włoskiej piłki. Dlaczego? Pokonanie beniaminka, zwłaszcza na ich terenie, praktycznie graniczyło z cudem. Drugi sezon miał być jeszcze bardziej wyjątkowy. Zespół ulokowany nad pięknym jeziorem w Lombardii zamierzał pójść za ciosem.
Inwestycja w młodość
W klubie udało się zatrzymać prowadzącego zespół Cesca Fabregasa, o którego wyraźnie zabiegał Inter, a ponadto przeprowadzono okienko transferowe w stylu żywcem wyjętym z Football Managera. I nie ma w tym określeniu ani krzty przesady. Polityka transferowa Como to jeden z najbardziej fascynujących i przemyślanych projektów we współczesnej piłce nożnej. Choć za klubem stoją indonezyjscy miliarderzy i jedni z najbogatszych właścicieli w świecie futbolu, Como nie poszło drogą bezwzględnego szaleństwa zakupowego w stylu wczesnej Chelsea czy PSG
“Niebiescy” pozyskali Jesusa Rodrigueza, Martina Baturinę oraz dwóch wychowanków z akademii hiszpańskich gigantów: Jacobo Ramona z Realu Madryt oraz Alexa Valle z Barcelony. W poprzednich dwóch okienkach ściągnęli jeszcze ośmiu innych piłkarzy i w momencie przeprowadzania transferu żaden z nich nie miał więcej niż 24 lata, a byli i tacy, którzy w momencie przeprowadzki nad Como nie ukończyli 20. roku życia. Najlepszy przykład to obdarzony niesamowitym talentem, ściągnięty z Realu Madryt - Nico Paz. Zaciąg nastolatków stał się faktem.
Oczywiście działacze doskonale wiedzieli, że sama młodzież nie udźwignie presji w Serie A. Dlatego drugim elementem układanki było sprowadzanie uznanych, doświadczonych graczy, często z wolnego transferu lub za niewielkie kwoty. Mieli oni wnieść do szatni mentalność zwycięzców i pomóc młodym w adaptacji. Dlatego postawiono m.in. na Nicolasa Kuhna z Celticu oraz na 32-letniego Diego Carlosa.
Como nie szczędzi grosza. To prawda, szczera prawda. Po awansie do Serie A jego wydatki na transfery regularnie przekraczały 50 milionów euro, co pod tym względem plasowało drużynę w krajowej czołówce. Ale należy podkreślić, że jeśli chodzi o budżet płacowy (nieco ponad 45 milionów euro rocznie), kadra ekipy z Lombardii lokowała się na 11. miejscu w lidze. Innymi słowy: to pomysł, polityka transferowa, a nie gotówka, zrobiła w tym projekcie różnicę. I może dlatego tak bardzo boli to fanów Juventusu, Milanu czy Atalanty, które po ostatniej kolejce zobaczyły plecy Como.
Geniusz na ławce
Sprowadzenie młodych talentów to jedno. Zawsze trochę się ryzykuje. Dany gracz może “odpalić”, bo przecież ma wysoki poziom potencjału albo już dysponuje odpowiednimi umiejętnościami. Ale wszyscy w futbolu wiedzą, jak bardzo ważne jest, by utalentowani piłkarze trafiali pod skrzydła mądrych trenerów.
W Como pracuje dziś szkoleniowiec o jasnym, zdefiniowanym podejściu, opartym na pressingu, ale też taktycznym wyrafinowaniu. Warsztat trenerski Fabregasa stał się jednym z najbardziej fascynujących taktycznych poligonów w europejskiej piłce. Choć Hiszpan dopiero buduje swoją trenerską markę, zdążył już wypracować unikalny styl, łączący najlepsze hiszpańskie wzorce z nowoczesną, dynamiczną grą.
Choć w zeszłym roku prowadził beniaminka, nie zamierzał bynajmniej zachowywać się jak typowy “nowy kolega w klasie”. Murowanie bramki? Wykluczone. Laga do przodu? W żadnym razie. Wyczekiwanie na stałe fragmenty gry? Darujmy sobie. Jest znacznie więcej możliwości, z których warto skorzystać, nawet jeśli nie masz najlepszych zawodników w lidze. Fabregas stawia na “szampański futbol”. To określenie używane do opisania jego eleganckiego, swobodnego i niezwykle kreatywnego stylu.
Hiszpan jest chwalony za to, że nie tylko uczy graczy suchych schematów, ale rozwija w nich autonomię i boiskową inteligencję. Piłkarze w jego systemie muszą rozumieć, dlaczego podejmują daną decyzję, a nie tylko ślepo wykonywać polecenia. Brzmi niewiarygodnie, ale sprawdza się doskonale.
Model Disneya modelem na LM
We Włoszech, podobnie zresztą jak w Polsce, istnieje pewien mit. Przeświadczenie, że młodzi zawodnicy nie są w stanie osiągnąć wielkich celów. Trenerzy wolą iść “na wojnę” z doświadczonymi żołnierzami, a nie z dzieciakami. Wydaje się to naturalne. Ale Como całkowicie obaliło podobne przekonanie. Do tego stopnia, że po zajęciu czwartej lokaty w sezonie 2025/26, zgarnęło jedną z ważniejszych nagród, czyli awans do Ligi Mistrzów, z czym wiążą się potężne pieniądze. Za plecami zostały takie marki jak AC Milan, Juventus czy Atalanta. Tylko przy okazji Como było też krok od zaliczenia finału Pucharu Włoch. Wszystko w drugim podejściu na najwyższym szczeblu.
Klub i trener współpracowali ze sobą w sposób, którego w Italii, a może nawet na całym Starym Kontynencie, do tej pory nikt nie widział. Udowodniono, że istnieje zupełnie inny sposób na to, by w krótkim czasie dotrzeć do czołówki, zaczynając praktycznie od zera. To nie kwestia przypadku, ani szczęścia. Wystarczy spojrzeć w tabelę Serie A. Como ma najlepszą defensywę w lidze (tylko 29 straconych goli w 38 meczach) i drugą najskuteczniejszą, po mistrzowskim Interze, ofensywę. Wszystko złożone do kupy daje potężny profit.
Można śmiało założyć, że cała gadanina wokół drużyny, której zarzuca się korzystanie z zagranicznego bogactwa indonezyjskich właścicieli, rozpada się w obliczu tego, jakie wartości naprawdę pokazuje Como. A na pierwszy plan wysuwają się trzy rzeczy: kompetencje, zaufanie i długoterminowa wizja. Nie ma tu miejsca na fuszerkę, zwalnianie co chwilę trenera, nikt też ślepo nie wierzy w głośne nazwiska. A pieniądze? No są. Ale jest więcej bogatszych klubów, które nie potrafią wykorzystać tego, co mają.
Z kasy trzeba umieć zrobić użytek. Każdy głupi potrafi przepalić miliony. A jednak w świeżym włoskim projekcie ludzie potrafili pójść dalej. Wycisnąć z graczy to, co najlepsze. Sprawić, że byli w stanie stanąć w szranki z dotychczasowymi hegemonami. Prezes klubu Mirwan Suwarso lubi nazywać swój biznes “modelem Disneya”, który łączy piękno piłki nożnej z turystyką ze względu na przepiękne położenie miasta nad jeziorem. Ale bajka już dawno przeobraziła się w rzeczywistość. Panie i Panowie, Liga Mistrzów nadchodzi do Como.