To będzie najbardziej rozchwytywany trener świata? Młodszy od "Lewego", a już robi furorę
Jeśli przeciętny kibic nie słyszał o Francesco Fariolim, w tym sezonie nie ma możliwości, by ominęły go informacje o jednym z najciekawszych trenerów na Starym Kontynencie. Do niedawna brakowało mu jednego. Konkretnego wyniku. Teraz szkoleniowiec trzech Polaków z FC Porto powinien sumiennie budować swoją legendę.
O jego sukcesie niech powie kilka faktów. “Smoki” nie zdobyły mistrzostwa Portugalii od 2022 roku, a w tym sezonie musiały mierzyć się z Benficą Jose Mourinho (wciąż niepokonaną w rozgrywkach Primeira Liga) oraz ze Sportingiem Lizbona, który wygrał dwa ostatnie sezony ligowe i w obecnej kampanii dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Poziom rywalizacji? Ekstremalnie trudny.
Już same te wyliczenia wystarczyłyby, aby oddać wagę sukcesu odniesionego przez zespół Francesco Farioliego. To jednak nie wszystko. Dochodzą do tego całkiem imponujące liczby. Na przykład 85 punktów i zaledwie 15 straconych bramek w 32 meczach, pozycja lidera zajmowana nieprzerwanie od pierwszej kolejki czy 18 zwycięstw w pierwszych 19 spotkaniach ligowych. Sporo tego, prawda?
Zaufaj procesowi
Historia zaczyna się w ubiegłe lato. Farioli w czerwcu opuścił Ajax Amsterdam po tym, jak przegrał mistrzostwo Holandii w niewiarygodny, absurdalny i niemal okrutny sposób: mając dziewięciopunktową przewagę na pięć kolejek przed końcem. Porto zupełnie nie zraziło się potknięciem 36-letniego szkoleniowca. Miało go na radarze od dawna i natychmiast zareagowało na plotki o ofertach napływających z jego rodzimych stron. Działacze zdecydowali się powierzyć mu misję “odrodzenia zespołu” po kilku trudnych latach, bez tytułu i bez choćby ćwierćfinału Ligi Mistrzów.
Proces odbudowy rozpoczął się od otwarcia okna transferowego z przytupem. Cele były dwojakie, lecz tylko z pozoru sprzeczne. Przywrócenie solidności w defensywie poprzez pozyskanie doświadczonych Jana Bednarka z Southampton i Nehuena Pereza z Udinese oraz odmłodzenie składu poprzez nabycie Victora Forholdta za 20 milionów euro, który natychmiast stał się podstawowym pomocnikiem. Portugalczycy polowali też na okazje, co poskutkowało transferem ostatniego dnia letniego okna: Jakub Kiwior dołączył do swojego rodaka, tworząc z Bednarkiem stabilną parę stoperów.
Nowy trener dopełnił resztę, nadając drużynie wyraźną tożsamość. W jaki sposób? Wprowadzając styl kierowania zespołem graniczący niemal z obsesją. Jeśli ktoś grał w Football Managera, wie, że część obowiązków można scedować na swoich asystentów. Farioli wszystko bierze na własne barki. Przygotowania do meczów, analiza rywali, organizacja treningów, wypracowanie schematów gry. Te i inne aspekty stały się dla niego mantrą codziennej pracy od zakończenia Klubowych Mistrzostw Świata w USA. Starania okazały się niezbędne, by Porto ponownie zaczęło budzić lęk u bezpośrednich rywali w walce o mistrzostwo Portugalii.
Siedem ligowych meczów i siedem zwycięstw. Początek obecnej kampanii był tak piorunujący, że kibice na Estadio Dragao zaczęli śpiewać piosenki na cześć włoskiego trenera już na początku września. Zmodyfikowana wersja starego hitu “Dragostea Din Tei” z nieśmiałym włoskim akcentem wciąż krąży po mediach społecznościowych. Niedługo potem ogłoszono przedłużenie kontraktu ze szkoleniowcem do 2028 roku.
Z Polską mu do twarzy
W drugim największym mieście w Portugalii były trener Nicei i Alanyasporu stworzył idealne środowisko do wyrażenia swojego futbolu. Solidność w defensywie i dynamika w ataku. Dzięki tej filozofii jego ekipa była w stanie grać cierpliwie, a także wyrafinowanie, opierając się na zwartej obronie, szybkich, skonsolidowanych przejściach i ciągłym poszukiwaniu przewagi w różnych miejscach na boisku.
Jeśli zastanowić się nad jeszcze krótką, ale już bogatą karierą Francesco, to za każdym razem pisał ciekawą historię. Został bowiem pierwszym włoskim trenerem zarówno Ajaksu, jak i Porto, a mowa przecież o dwóch zasłużonych i dużych markach europejskiego futbolu. O dwóch klubach, które w swoim DNA mają obowiązek grania ofensywnego i miłego dla futbolu. I Farioli był w stanie to udźwignąć. Teraz, mając na koncie pierwsze trofeum, udowodnił, że włoski trener nie zawsze sprowadza piłkę do “catenaccio”, ale też potrafi nadać swojej drużynie pięknego charakteru. I jeszcze z nią wygrywać.
Wciąż jest bardzo młody, więc nie może być jeszcze taką ikoną, jaką jest choćby rywal, którego pokonał, a więc Mourinho. Pokazał natomiast, że ma odwagę i ambicję tworzenia rzeczy, których nie robili jego poprzednicy. Do niego należało ostatnie słowo w kwestii sprowadzenia 17-letniego Oskara Pietuszewskiego z Jagiellonii Białystok. Znany z promowania młodych talentów, uczynił z Polaka istotny element kadry “Smoków”, kładąc duży nacisk na jego rozwój taktyczny i mentalny.
Farioli publicznie chwali swojego zawodnika, ale jednocześnie otwarcie mówi o obszarach, które Polak musi poprawić, takich jak panowanie nad emocjami czy adaptacja fizyczna. Po wygranym 2:1 meczu z Bragą, opisywał dyspozycję Pietuszewskiego.
- W pierwszej połowie nie radził sobie najlepiej, ale potem potrafił tworzyć kilka okazji, to bardzo inteligentny gracz.Poprawia się fizycznie. Jest bardzo młody, pochodzi z innego piłkarskiego środowiska, ma inne przyzwyczajenia, ale wysoko sobie stawia poprzeczkę pod względem intensywności i wytrzymałości - zauważył trener Porto.
Nie tylko młody Polak skorzystał na otwartej postawie trenera do młodszych roczników. Alberto Costa, wspomniany Froholdt, Samu czy wyciągnięty z niebytu Gabri Veiga. Wszyscy wymienieni to zawodnicy poniżej 25. roku życia, którzy odegrali kluczowe role w tym świetnym sezonie i wciąż mający ogromny potencjał. To również wielka praca Farioliego, być może nawet większa niż samo zdobycie mistrzostwa kraju. Włoch zasługuje również na pochwałę za inteligentny sposób, w jaki rotował składem, prawdopodobnie wyciągając wnioski z doświadczeń sprzed roku, co pozwoliło zniwelować skutki nagromadzenia meczów i kontuzji kluczowych zawodników.
Jednym głosem
Jest jeszcze coś. Piłka nożna w Portugalii ma charakter silnie plemienny, zwłaszcza gdy mowa o nienawiści między Porto a jego dwoma głównymi rywalami ze stolicy: Benficą i Sportingiem. W tym sezonie wojna na słowa była wyjątkowo zajadła, a gorące oskarżenia o faworyzowanie przez sędziów często graniczyły z jawnymi zarzutami korupcji. Niezależnie od tego, ile “dowodów” przedstawia dany klub na poparcie swoich twierdzeń, można je łatwo zbić podobnymi na błędy sędziowskie działające w drugą stronę. Coś jak odwieczna wojna między Realem a Barceloną.
W takiej rywalizacji nie liczy się wygrywanie sporów, których wygrać się nie da. Chodzi o prezentowanie wspólnego frontu. Farioli wraz z zespołem mówili całkowicie jednym głosem, a ten sam przekaz płynął od nich w każdych okolicznościach i we wszystkich mediach. To, czy rzeczywiście wierzą w teorie spiskowe, nie jest istotne. Liczy się to, że razem podążają w tym samym kierunku.
Trudno znaleźć minusy w pracy włoskiego szkoleniowca. Na upartego za rozczarowujący można uznać finisz w Lidze Europy, gdzie Porto miało na pewno większy apetyt niż tylko ćwierćfinał. W pozostałych przypadkach nie należy czynić żadnego zarzutu. Włoch potwierdził swoją pozycję jednego z najbardziej obiecujących trenerów w Europie, dochodząc do siebie po traumie, jakiej doznał w Ajaksie rok temu. Obarczony podobnym zadaniem, co w Holandii, tym razem nie zawiódł. W nagrodę otrzymał potężny kredyt zaufania.