Kompromitacja klubu Ekstraklasy. "To, co zrobili, przejdzie do historii"

Kompromitacja klubu Ekstraklasy. "To, co zrobili, przejdzie do historii"
Marta Badowska / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 08:09
Na cztery kolejki przed końcem ryzyko spadku Widzewa wyliczono na ponad 60%. Łodzianie, zaraz obok Arki, byli głównym kandydatem, by dołączyć do Termaliki. Przeznaczenie oszukali, cieszyć się wypada, ale szampan niech lepiej jeszcze trochę poczeka. Pluć w brodę może natomiast sobie Lechia, która dokonała rzeczy niebywałej.
Zanosiło się na historyczną kompromitację w polskiej piłce. Jeszcze żaden klub nie wydał tak dużo pieniędzy i jednocześnie grał tak słabo. Widzew z łatwością pobił wszelakie rekordy transferowe i na tak zwane wzmocnienia przeznaczył przeszło 20 milionów euro. Efekt łapanki był boleśnie żaden, Łodzianie przez większość czasu błąkali się w okolicach strefy spadkowej.
Dalsza część tekstu pod wideo
Na cztery kolejki przed końcem ich sytuacja wyglądała naprawdę źle. Matematyka wskazywała, że nawet sześć punktów może okazać się niewystarczające do utrzymania. Pokaz dobrej gry z Motorem na chwilę rozgonił czarne chmury, ale zaraz potem przyszła porażka z Legią zadziwiająco bagatelizowana przez Aleksandara Vukovicia. I liga zaglądała w oczy bardzo głęboko, lecz z pomocą przyszła Lechia.
To, co zrobili Gdańszczanie, przejdzie do historii polskiej piłki. Przesada? Niekoniecznie. Podopieczni Johna Carvera mieli jeszcze pięć meczów do zagrania, gdy wyliczono, że spadną z elity na... 3,5%. Przed nimi były spotkania z Rakowem, Radomiakiem, Widzewem, Legią i Termalicą. Tak, kilku trudnych rywali się znalazło, ale wszystko pozostawało w rękach Pomorzan. I wszystko postanowili wypuścić w stylu iście zawstydzającym.
Ani jednego punktu we wspomnianej serii. Lechię przeskoczył niemal każdy, który tylko mógł to zrobić. Legia odstawiła ją o trzy długości, ale najważniejsze dla Gdańszczan, że wyżej skończyły też Widzew i Piast. Lechia, o której nie bez powodu mówiło się, że swoją ofensywną grą pracuje na występy w europejskich pucharach, posypała się, jakby była chatką z patyków zaatakowaną przez Wilka. Szkopuł w tym, że w tej historii to Lechia dmuchała we własny dom.
Mistrzowskie włożenie kija w szprychy przyniosło katastrofalny rezultat. Gdańszczanie zasłużenie wylądowali na zapleczu, w ostatnich dziesięciu meczach żaden (sic!) zespół nie zdobył mniejszej liczby punktów. Przegrali sportowo, przegrali też charakterem. W Niecieczy to nie była ekipa zabijająca się o wynik do ostatniej minuty, lecz licząca, że wszystko jakoś się ułoży. Niezależnie od rezultatu spotkania Widzewa z Motorem, musiało wyglądać to inaczej.
Ktoś może powiedzieć, że Widzew też się nie zabijał, momentami w starciu z Piastem miał sporo szczęścia - prowadził po pierwszej połowie, chociaż gospodarze obili słupek i poprzeczkę. Wcześniej zaś przegrał arcyważne spotkanie z Koroną i, jako się rzekło, Legią. Z Radomiakiem też mu nie poszło, bo Vuković obstawał przy murowaniu za wszelką cenę, bez względu na okoliczności, czyniąc z zespołu worek treningowy dla ofensywy przeciwnika. Jednocześnie jednak Widzew zdołał wytrwać.
Ciułał te punkty, sprzyjał mu los, kapitalny był Przemysław Wiśniewski, w końcu przełamał się Mariusz Fornalczyk, z Lechią błysnął Sebastian Bergier, który był też bohaterem wyszarpanego rzutem na taśmę zwycięstwa z Bruk-Betem. Widzew zrealizował absolutne minimum, ale zrobił swoje. W pewnym sensie dokonał cudu - drużyna, która miała spaść na 60%, przetrwała i może przygotowywać się do kolejnego sezonu. A jest nad czym pracować i to na wszystkich frontach.
Przed Robertem Dobrzyckim trudne zadanie zapanowanie nad górą. Bo o ile sami piłkarze nie dojechali do Widzewa, to ktoś jest za te całe tabuny odpowiedzialny. Ktoś lekką ręką rozrzucił przeszło 20 milionów za piłkarzy absolutnie niewartych tak szalonej w naszych realiach kwoty. Łodzian, nie bójmy się tych słów, strasznie łatwo było wykorzystać, nabrać, naciągnąć na tylko pozornie dobry interes. Z całego niekontrolowanego zaciągu pozytywne ruchy policzymy na palcach jednej ręki. Tym razem udało się przetrwać, jednak dalsze kuszenie losu to skrajna nieodpowiedzialność.
Jeśli Widzew naprawdę chce być mocny, nie może ponieść się euforii utrzymania. Powinien jak najszybciej zabrać się za rozliczenia, podsumować cały katalog popełnionych błędów i najważniejsze - wyciągnąć wnioski. Niewykluczone, że oznacza to konieczność kolejnej zmiany trenera. Vuković plan zrealizował, jednak wielokrotnie igrał z losem na tyle poważnie, że podpisanie długiej umowy z Serbem zaczęto postrzegać jako błąd. Gdyby to ode mnie zależało, szukałbym kogoś innego, kto nie sprawia, że zespół odruchowo chowa głowę w piasek.
Jeśli jednak "Vuko" zostanie, niech okienko zostanie zorganizowane pod preferowany przez niego styl. Niech powstaną jakieś fundamenty, bo budowanie zespołu to nie jest kwestia kwartału lub dwóch. Mistrzowski Lech nauczył się na własnych porażkach, rewelacyjny GKS wzrósł na konsekwencji i trzymaniu się trenera mimo utyskiwań kibiców. Jeśli Widzew marzy o dołączeniu do tego grona, powinien podążyć podobną ścieżką.
Być może to wszystko brzmi jak frazes, jak oczywistość największa ze wszystkich. Ale to właśnie kłopot z realizacją tak podstawowych założeń sprawił, że Łodzianie drżeli o swój los do samego końca sezonu. A naprawdę nie musieli. Bo chociaż kadrę skonstruowali fatalnie, wiele rzeczy rozbijało się o kwestie pozasportowe.

Dyskusja

Przeczytaj również