To kadra genetycznych potworów! Podbiją mundial? "Porażające. Zabiegali giganta"
Ekwador od 24 lat prawie zawsze gra na mundialach, choć nigdy nie przebrnął przez pierwszy etap fazy pucharowej. Dawniej kojarzył się z tym, że maltretuje rywali w stolicy Quito, gdzie powietrze jest rzadkie, a gra toczy się na wysokościach. Dzisiaj potrafi wygrywać wszędzie - ma zawodników w topowych ligach i tajemniczy region Esmeraldas, który wyrósł na najbardziej żyzną glebę futbolu.
Rozkręcają się na tym mundialu dość powoli. Zaczęli od porażki z Wybrzeżem Kości Słoniowej (0:1), choć bramkę stracili w końcówce, a wcześniej mieli dwie poprzeczki. Po drugim meczu z Curacao (0:0) bliscy byli łatki rozczarowania, ale każdy, kto oglądał ten mecz widział, jak wiele sytuacji stworzyli i że show skradł wówczas bramkarz Eloy Room. Dopiero kluczowe starcie grupowe z Niemcami (2:1) pokazało siłę ognia Ekwadoru. Ich intensywność była porażająca. Moises Caicedo i Pedro Vite w środku polu dosłownie zabiegali rywala.
Ludzie z dżungli
Ekwador tym meczem przypomniał, że ma w kadrze czterech graczy, którzy od 2023 roku byli bohaterami transferów za sumę 200 mln funtów. Moises Caicedo jest gwiazdą Chelsea. William Pacho niedawno wygrał Ligę Mistrzów z PSG, a Piero Hincapie grał w finale tych rozgrywek w barwach Arsenalu. Jest jeszcze Pervis Estupinan z Milanu, który w swoim złotym czasie w Premier League był lokomotywą nie do zatrzymania. Ekwador po cichu stał się nacją produkującą zawodników świetnie przystosowanych do nowoczesnej piłki. Każdy z nich łączy szybkość i atletyzm. Trenerzy chcą mieć w zespole graczy, którzy zasuwają jak roboty i nie proszą o przerwę.
Ekwador idealnie odpowiada na potrzeby rynku, a do tego nie zamyka się w wąskiej specjalizacji. W ostatnich latach wypuszczał w świat zawodników o różnych profilach: defensywnych pomocników, stoperów, bocznych obrońców, ale w ofensywie też ma co zaproponować - chociażby 19-letniego Kendry’ego Paeza, którego ma już u siebie Chelsea. Co ciekawe, blisko 40 procent dzisiejszej kadry Ekwador to gracze pochodzący z prowincji Esmeraldas. Region ten skupia zaledwie trzy procent populacji kraju, 600 tysięcy mieszkańców z 18 milionów. Niewiele się o tym mówi, choć jest to fenomen globalny - coś jak Gipuzkoa w Kraju Basków, która wypuściła w świat tabun topowych trenerów z Mikelem Artetą i Unaiem Emerym na czele.
Budowa systemu
Ta historia sięga XVI wieku, kiedy statek ze zniewolonymi Afrykanami z Panamy rozbił się u wybrzeży regionu. Ocalali schronili się w trudno dostępnej dżungli, zakładając wspólnoty, do których hiszpańscy kolonizatorzy nie byli w stanie dotrzeć. Z tej izolacji wyrosła populacja mówiąca o sobie Afroekwadorczycy. Szacuje się, że stanowią sześć procent kraju. Ich biotyp idealnie odpowiada wymaganiom piłki, w której trenerzy chcą coraz większej intensywności. Paradoks polega na tym, że Esmeraldas nie ma ani jednego klubu w pierwszej lidze. To region biedy, w którym futbol przejmuje funkcję windy społecznej.
Oczywiście surowy talent to jedno - takich miejsc na świecie jest wiele, ale to Ekwador umiał bardzo dobrze tym zarządzić, tworząc specjalne instytucje i systemy, by nie marnować swoich pereł. Kluczem w całej tej ekwadorskiej układance jest 80-tysięczne miasto Sangolquí. To tam powstało Independiente del Valle, przez które przewinęła się połowa reprezentacji Ekwadoru. Przedsiębiorca Michel Deller miał prosty plan: stworzyć akademię z prawdziwego zdarzenia, inwestować w zaplecze ludzi i przestać myśleć o rywalizacji z wielkimi klubami z Brazylii czy Argentyny. Celem Independiente nie było to, by stać się najlepszym zespołem Ekwadoru, ale najlepszym systemem szkolenia i to nie tylko w granicach własnego państwa.
Talenty w kolejce
Model jest prosty i bezwzględnie konsekwentny: klub identyfikuje najszybszych i najsilniejszych fizycznie chłopców z najuboższych regionów kraju, inwestuje w ich rozwój przez lata, a następnie sprzedaje do Europy z klauzulami udziału w przyszłych transferach. Gdy Moisés Caicedo trafił z Brighton do Chelsea za 133 miliony euro, Independiente dzięki zapisowi o 20 procentach zainkasowało ponad 20 mln. Zainwestowali to m.in. w boiska i budynek mieszkalny dla młodych chłopców. Nie tak dawno 16-letni Justin Lerma został został zaklepany przez Borussię Dortmund, mimo że nie skończył jeszcze szkoły średniej.
W ten sposób Ekwador przestał być ciekawostką i kontynentalnym dodatkiem do wielkich piłkarskich nacji. Stał się rynkiem, który jest oczkiem w głowie gigantów i do którego najwięksi chętnie wracają. Zaczynają ufać tej drodze, bo ekwadorskie talenty nie są jednorazowym strzałem, tylko systemem. To nie jest bajka o jednym genialnym pokoleniu. To raczej splot biedy, geografii, migracji, biologii, klubowej wizji i globalnego rynku transferowego.
Nauka dla reszty
W drugim szeregu czekają już Joel Ordonez, czyli środkowy obrońca Club Brugge, ponadto Nilson Angulo, lewy obrońca Sunderlandu. Obaj mają kolejno 22 i 23 lata. Jest jeszcze 22-letni Denil Castillo, którego wypatrzyło już duński FC Midtjylland, słynące ze świetnego rozeznania rynku. Ekwador co jakiś czas zaskakuje też w piłce młodzieżowej, bo przecież pokolenie Caicedo było mistrzem Ameryki Południowej U-20 w 2019 roku. Kadra U-17 zdobyła srebrne medale cztery lata później. Na razie nie widać sygnałów, by ta dobra aura miała wygasnąć.
Ekwador przez cały XX wiek nie zakwalifikował się na żaden mundial. Debiutowali w meczu z Włochami (0:2) w 2002 roku, choć po latach Włochów na mundialu nie ma, a oni są i buchają ambicją, czego przykładem było zwycięstwo nad Niemcami (2:1). Wygrali tam wielką determinacją, bo przecież zaczęli od błędu arbitrów i straconego gola na 0:1. Na ich drodze w 1/16 finału stoi teraz Meksyk. To szansa na napisanie nowej historii. Ekwador jest dziś jedną z najciekawszych opowieści w futbolu. Nie dlatego, że nagle odkrył talent, tylko dlatego, że nauczył się go nie gubić.