To nie żart! Oni mogą uratować Legię, Papszun wyciągnął duet z piłkarskiego niebytu

To nie żart! Oni mogą uratować Legię, Papszun wyciągnął duet z piłkarskiego niebytu
Wojciech Dobrzynski / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 17:25
Obecna sytuacja Legii sprzyja kreowaniu nieoczywistych bohaterów. Jednocześnie Legia takich potrzebuje. Bo jeśli zawodzą ci, którzy naprawdę mieli nieść tę drużynę, w ich miejsce muszą wkroczyć inni, choćby kilka miesięcy temu byli na wylocie z klubu.
Legia pozostaje w strefie spadkowej i przy Łazienkowskiej długo jeszcze nie zabrzmią fanfary, ale ostatnie mecze dają nadzieję, że jest na czym budować. Początek kadencji Marka Papszuna był słaby, ale ostatnie dwa spotkania ułożyły się korzystnie wynikowo, a nawet ze względów czysto sportowych. Zwłaszcza druga połowa z Jagiellonią pokazała, że Legia ma sposób ma drużyny mocniejsze.
Dalsza część tekstu pod wideo
W tych pięciu spotkaniach pod wodzą Papszuna Warszawiacy zdobyli sześć punktów. Dorobek nie przynosi chluby, lecz stołeczni nie o chlubę walczą, tylko utrzymanie. To zaś gra często pozbawiona większych sentymentów i dbałości o wrażenia artystyczne. Trzeba przetrwać, trzeba więc punktować. Wspomniane sześć "oczek" stanowi przyzwoity dorobek na tle reszty stawki - w tyle są Radomiak, Widzew, Wisła, Górnik, a nawet Raków, który gorzej niż Legia znosi transformacyjny trud, chociaż z Lechem zaprezentował się porywająco.
"Wojskowych" czekają teraz mecze niezwykle ważne, być może kluczowe w kontekście całego sezonu. Najpierw Cracovia, następnie Radomiak - rywale bez formy, rywale pogubieni, rywale spadający o kolejne pozycje. Legia zamierza pozostać w elicie, zatem musi wygrać. Jednak nikt jej punktów nie wręcz na złotej tacy, trzeba zrobić cokolwiek w trosce o wynik. Choćby zbudować nieoczywistych liderów.
Jednym z nich niewątpliwie Rafał Adamski. Napastnik sprowadzony w wątpliwej atmosferze i stylu, bo Legia oglądała każdą złotówkę z dwóch stron i starała się skłonić pierwszoligową Pogoń do łagodniejszych negocjacji. Napastnik, który jeszcze rok temu nie dawał rady w Warcie Poznań. Teraz zaś Adamski jest najlepszym napastnikiem Legii. Walczy z Nikim, lecz to mniej istotne wobec udanego wejścia do pierwszego składu, pokazywania jakości, a przede wszystkim zaangażowania. To ostatnie odgrywa niebagatelną rolę w bitwie o Ekstraklasę.
Adamski pokazał, że ma więcej szczęścia i skuteczności niż na swój sposób wyjątkowy Mileta Rajović, ale przede wszystkim góruje nad Duńczykiem w kwestii wybiegania. Mobilność Adamskiego sprawiała Jagiellonii spore problemy, więc można zakładać, że trudności czekają też słabszych kadrowo rywali. Adamski nie strzeli pewnie dziesięciu kolejnych goli w tym sezonie, lecz i tak wpuścił do drużyny niezbędne odświeżenie oraz nadzieję. To z jednej strony jego zasługa, z drugiej zaś kolejny dowód na poważny kryzys Legii.
Adamski przychodził na Łazienkowską z czystą kartą. W innej sytuacji znajdowali się Patryk Kun i Kacper Chodyna. O ile bowiem do napastnika podchodzono z pewnym dystansem, o tyle na wahadłowych patrzono całkowicie krytycznie. Argumentów ku temu nie brakowało - żaden z nich nie zachwycał od początku bieżącego sezonu, ale i poprzedzających go miesięcy. Kun i Chodyna grali po prostu słabo, grali też mało. Przed styczniową zmianą trenera pierwszy miał w nogach 233 minuty w Ekstraklasie, drugi 323 minuty.
Przyjście Papszuna, wprowadzona taktyka, a także kontuzja Rubena Vinagre - wszystko to złożyło się w czasie i pomogło w odzyskaniu zawodników dla Legii. W końcu zaczęli grać w pierwszym składzie. Wykorzystują nadarzające się okazję. Niespodziewanie wskakują w role najlepszych zawodników Warszawiaków. Nie Kamil Piątkowski, nie Kacper Urbański, nie Antonio Colak. Chodyna razem z Kunem.
Chodyna ma na koncie niezwykle ważnego gola z Wisłą, a do tego asystę z Jagiellonią. Dorobek powinien być lepszy, gdyby nie Rajović. Niemniej, 26-latek wreszcie wygląda jak porządny piłkarz. Ma pełne prawo do zadowolenia zwłaszcza po występie w Białymstoku. Odżył po niemrawym początku, a w drugiej połowie wprowadzał niebywały zamęt w obronie gospodarzy. Jego akcje skrzydłem i groźne dośrodkowania stały się kluczem do wywiezienia bezcennego remisu.
Kun natomiast konkret dał z GKS-em, natomiast z "Jagą" zagrał bardzo solidnie. Można się z tego określenia śmiać, ale to naprawdę jest żołnierz Papszuna. Obecny trener Legii umie skorzystać z walorów 30-latka. Doskonale wie, że najłatwiej wyeksponować je na wahadle. Kun to żaden lewy obrońca, jednak ustawiony nieco wyżej potrafi okazać się pożyteczny. Być może nie w kontekście walki o najwyższe cele, ale utrzymanie. Z całą pewnością nie można odmówić mu ambicji - w niedzielnym meczu był drugi w drużynie pod względem przebiegniętych kilometrów, wygrał też każdy z ośmiu pojedynków.
Doszło do tego, że czytelnicy kibicowskiej strony Legia.net uznali Chodynę za najlepszego zawodnika po meczu z Jagiellonią. Drugie miejsce zajął... Kun. Dopiero czwarty okazał się Radovan Pankov, po którym bardziej można było oczekiwać solidnego występu. Będąca w kryzysie punktowości Legia potrzebowała nieoczywistych bohaterów. I ich znalazła.
To dobrze pokazuje, jak istotny dla każdego zawodnika jest szkoleniowiec. Nie ma pół powodu, aby sądzić, że Kun i Chodyna zdołaliby się odbudować po wodzą Edwarda Iordanescu lub Inakiego Astiza. Nie to podejście, nie to ustawienie, nie to zaufanie. Papszun znalazł sposób, a plony przyszły zaskakująco szybko. Nawet jeśli obaj wahadłowi odejdą po zakończeniu sezonu - szczególnie prawdopodobne wobec Kuna, którego umowa zaraz wygaśnie - to pojawiła się szansa, aby zrobić to w godnym stylu.

Przeczytaj również