Totalny koszmar gwiazdy Realu Madryt. "To jedyne, co widział"

Totalny koszmar gwiazdy Realu Madryt. "To jedyne, co widział"
IMAGO / pressfocus
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 10:10
Jak się kompromitować, to na całego. Real Madryt przegrał na wyjeździe z Benficą 2:4 i ostatecznie, po raz drugi z rzędu, nie zakwalifikował się bezpośrednio do 1/8 finału Ligi Mistrzów. “Królewscy” dokonali rzeczy, która wydawała się niemożliwa. Spadli z trzeciego na dziewiąte miejsce w tabeli.
Środowy mecz w Lizbonie jeszcze przed pierwszym gwizdkiem był awizowany w jeden sposób: Jose Mourinho kontra starzy przyjaciele. “The Special One” został mianowany trenerem Benfiki we wrześniu, ale bynajmniej nie doświadczył miesiąca miodowego z nową ekipą. “Orły” odpadły bowiem z obu krajowych pucharów i choć nadal są niepokonane w Primeira Liga, sytuację komplikują im liczne remisy, przez które obecnie tracą 10 punktów do liderującego i pewnie zmierzającego po mistrzostwo FC Porto.
Dalsza część tekstu pod wideo
W Lidze Mistrzów były szkoleniowiec “Królewskich” odniósł zwycięstwa nad Ajaksem oraz Napoli, ale ostatnia porażka z Juventusem oznaczała, że Portugalczycy praktycznie pogodzili się z wypadnięciem za burtę elitarnych rozgrywek. Musiał wydarzyć się cud. Real zaś miał tylko postawić kropkę nad “i”, do bezpośredniego awansu wystarczał remis. W dodatku na korzyść ekipy z Madrytu działało coś jeszcze. Konkretnie jedna ciekawa statystyka historyczna.
W meczach ze swoimi ex-drużynami, Mourinho do tej pory operował wyrównanym bilansem. W 53 takich spotkaniach jego piłkarze wygrali 21 razy i notowali tyle samo porażek. Pół na pół. Wóz albo przewóz. Ale z Realem Madryt nie potrafił akurat wygrać ani razu. To jedyny spośród siedmiu dawnych klubów legendarnego szkoleniowca, z którymi zmierzył się po odejściu i nie mógł świętować zwycięstwa. Tak było. Do ubiegłego wieczora. 63-latek wymierzył policzek swojemu dawnemu podopiecznemu. Głośny i bolesny.

Same rozczarowania

Mourinho i jego nowi podopieczni stworzyli gościom, jak napisał Ruben Canizares z ABC, swoistą krwawą łaźnię. Dosłownie przygotowali dla nich masakrę. Trudno sobie przypomnieć, kiedy ostatnio Real został tak brutalnie stłamszony i zdominowany. Gospodarze przez pierwsze pół godziny trafiali wszędzie, w słupki, poprzeczkę, w bramkarza, ale nie do siatki. Dopiero gol Kyliana Mbappe “odblokował” lizbończyków, którzy nie ustawali w atakach, ale tym razem zaczęli być skuteczniejsi i wykorzystywali to, co na złotej tacy przynosili im gracze z Madrytu. A trochę tego było.
Po stronie Realu trudno nawet wymienić głównego winowajcę. Najprościej - każdy wniósł jakąś cegiełkę w historyczną wpadkę. Może oprócz strzelca dwóch goli, Kyliana Mbappe, który po meczu chyba sam nie dowierzał, w jakim przedstawieniu właśnie brał udział. Alvaro Carreras, mający za sobą dość udane półrocze, dopingowany przez swoich byłych kibiców, przeżył totalny koszmar w starciu z Prestianim i Dediciem. Na ogół jedyne, co widział, to ich plecy.
Vinicius? Wrócił do swojego “grania”. Czyli więcej gadania z sędziami niż solidnych zagrań. Alvaro Arbeloa na konferencjach stawia Brazylijczykowi pomniki, ale jeśli skrzydłowy wciąż będzie notował jeden dobry mecz na pięć, to żadne zakłamywanie rzeczywistości nie pomoże. Gdy ktoś nie pomaga ani w ataku, ani w obronie, prosi się o ławkę rezerwowych. Wydaje się jednak, że obecny trener nie chce iść drogą Xabiego Alonso i nie zaryzykuje konfliktu w szatni.
Tragiczne minuty zaliczył Franco Mastantuono i, co jest dosyć przerażające, Arda Guler. Turek był całkowicie bezużyteczny zwłaszcza w defensywie. Wiecznie spóźniony, przegrywał wszystkie przebitki, tracił piłki i nie wznosił się na wyżyny swoich umiejętności, jeśli chodzi o rozgrywanie. Młodemu Argentyńczykowi natomiast znów brakowało boiskowej ogłady i można się zastanawiać, czym na treningach przekonuje, skoro Arbeloa woli w bój wysyłać jego, a nie Rodrygo.
Po kilku spokojnych meczach, ponownie w szykach obronnych widać więcej chaosu niż jakiegoś planu. Dean Huijsen nadal szuka formy, która wyfrunęła wraz z ostatnią kontuzją, a na Raula Asencio ktoś musiał rzucić klątwę, bo gdy padają bramki dla rywali, młody stoper musi być w nie w jakiś sposób zamieszany. Thibaut Courtois jak zwykle uwijał się jak w ukropie, ale i on nie może znieść tego, co przed nim wyczyniają jego koledzy. Na koniec zostawili mu wisienkę na torcie, czyli gola bramkarza Benfiki. Gola na uratowanie 24. miejsca i dalsze występy w Champions League.

Potrzebny wstrząs

- Jestem odpowiedzialny za tę porażkę, tak jak w Albacete - przyznał skruszony Arbeloa, ale nikt nie oczekuje ani przeprosin, ani tłumaczeń. Klub tak wielki jak Real potrzebuje zwycięstw i kolejnych trofeów. Tak samo, jak i dyscypliny. Powtórzyła się sytuacja z ligowego starcia z Celtą Vigo, gdy zawodnicy nie trzymają ciśnienia, protestują i wylatują z boiska po obejrzeniu czerwonych kartek.
Teraz przed wicemistrzami Hiszpanii kolejne trudne tygodnie. A powinni byli robić wszystko, żeby było łatwiej. Benfica wybiła im z głowy dwutygodniową przerwę od Ligi Mistrzów, a może ich całkowicie wyeliminować z rozgrywek, jeśli los znowu połączy ich w parę, tym razem przy okazji baraży (losowanie w piątek o 12:00).
Gdy wydawało się, że przynajmniej na dłużej ucichł sztorm, znów potężne fale wdarły się na pokład i zachwiały niespokojną łajbą. Ale po kroku naprzód, nastąpiły trzy kroki w tył. Po kompromitacji z drugoligowcem w Pucharze Hiszpanii, przyszła kolejna klęska, która na długo pozostanie traumą dla sympatyków drużyny. Piłkarze wrócą w niedzielę na Santiago Bernabeu i ponownie zmierzą się z kocią muzyką, białymi chustami, sfrustrowanymi twarzami kibiców.

Przeczytaj również