Transfer z kapelusza Barcelony. "Duże ryzyko niewypału"

Transfer z kapelusza Barcelony. "Duże ryzyko niewypału"
Alter Photos / pressfocus
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 17:15
FC Barcelona zaskoczyła wszystkich na finiszu okienka transferowego. Przed startem mercato nikt nie wymyśliłby, że Gabriel Jesus będzie jedyną nominalną “dziewiątką” w talii Hansiego Flicka. A właśnie w takiej rzeczywistości przyszło nam żyć.
Barcelona jest ofensywną maszyną, chociaż jej sposób zarządzania środkiem ataku musi budzić wątpliwości. W ostatnich miesiącach włodarze z Camp Nou pokazali, że improwizacja w działaniach transferowych nie zawsze popłaca. Odszedł Robert Lewandowski? Spokojnie, powalczymy o Alvareza. Sprzedajemy Ferrana Torresa? Pewnie, przecież zaraz kupimy Juliana. Atletico zgodnie z zapowiedziami nie puści swojej największej gwiazdy, a okienko zamyka się za trzy dni? No dobrze, czas poszukać alternatyw. Mniej więcej taka seria wydarzeń doprowadziła do tego, że ostatecznie na Camp Nou wylądował Gabriel Jesus.
Dalsza część tekstu pod wideo
Nikogo nie zdziwiłoby, gdyby “Blaugrana” ściągnęła tego zawodnika z Palmeiras. Transfer prosto z Manchesteru City też miałby ręce i nogi. Sęk w tym, że Katalończycy biorą go z Arsenalu, gdzie spora część pobytu wiązała się z bólem, kontuzjami i wahaniami formy. To już nie jest wonderkid, który przywitał się z Europą dubletem na Etihad, będąc nową nadzieją brazylijskiej piłki. Obecnie mówimy o napastniku po przejściach u progu trzydziestki. Przed startem sezonu wydawało się, że mistrzowie Hiszpanii będą celować w snajpera z mimo wszystko innej półki.

Droga krzyżowa

Transfer Jesusa niesie ze sobą duże ryzyko niewypału z jednego głównego powodu. Zdrowia. W dwóch poprzednich sezonach pauzował przez ponad 330 dni, momentami można było zapomnieć, że jeszcze jest częścią Arsenalu. Jego kolana przeszły bardzo wiele, w lewym miał zerwane więzadło krzyżowe, w prawym zerwane więzadło poboczne i uszkodzoną łąkotkę. W tym roku cały czas był do dyspozycji Mikela Artety, natomiast odgrywał jedynie rolę drugoplanową. Tak poważne urazy zawsze odciskają swoje piętno, doprowadzając do spadku w klubowej hierarchii. Oczywiście nie oznacza to, że ma już po karierze, jednak trudno jednocześnie oczekiwać, aby po tylu perypetiach zdrowotnych mógł odzyskać szczytową formę fizyczną.
- Moje kolano jest w perfekcyjnym stanie. Przyszedłem tutaj, żeby strzelić mnóstwo goli - powiedział Jesus tuż po wylądowaniu na lotnisku El Prat.
Nawet przy założeniu, że będzie zdrów jak ryba, pojawia się kolejny problem. Nieskuteczność. Brazylijczyk dał się poznać jako piłkarz, który potrzebuje trzech, czterech dogodnych okazji, aby chociaż raz trafić do siatki. Paradoksalnie prędzej strzeli z trudnej pozycji niż wykorzysta tzw. setkę. W siedmiu z dziewięciu pełnych sezonów spędzonych w Premier League strzelił mniej goli niż wynosił jego wskaźnik expected goals. Próbka jest zbyt duża, aby w wieku 29 lat oczekiwać spektakularnego progresu w tym aspekcie gry.
Generalnie patrząc na suche statystyki, zakup Jesusa raczej nie może elektryzować. W trzech ostatnich sezonach zdobył raptem dziesięć bramek w lidze angielskiej. W tym okresie praktycznie nigdy nie miał pewnego miejsca w składzie, przy czym nie brało się to znikąd. Po prostu nie dał wystarczających argumentów, aby wygrać rywalizację z Kaiem Havertzem i Viktorem Gyokeresem. Tak oto Barcelona skończyła z trzecią opcją “Kanonierów”. I nie musi na tym wyjść najgorzej.

Poszukiwany profil

Było o minusach, czas znaleźć parę pozytywów. Przede wszystkim Jesus nie jest człowiekiem z przypadku, nikt ot tak nie notuje 124 G/A w Premier League i 35 G/A w Lidze Mistrzów. Minione lata faktycznie miał zdecydowanie gorsze, jednak w przeszłości potrafił wykręcać naprawdę solidne statystyki w City i Arsenalu. To klasyczny przykład piłkarza, który dysponuje sporymi pokładami naturalnego talentu, ale musi się odbudować.
- To napastnik, który od dawna był na radarach klubu. Obunożny, z dobrym dryblingiem, świetnie czujący się w grze na małych przestrzeniach. Potrafi operować bliżej skrzydła, a to ważne w kontekście tego, że Hansi wymaga od napastników wszechstronności i wymienności pozycji. Dodatkowo to bardzo pracowity piłkarz, który zawsze gra z pełnym zaangażowaniem - opowiedział na łamach Sportu Bojan Krkić Senior, członek dyrekcji technicznej Barcelony i ojciec byłego napastnika.
Barcelona postawiła na Jesusa, ponieważ pod kątem profilu znakomicie wpisuje się w jej potrzeby. Jest mobilny, wszechstronny, znakomicie wyszkolony technicznie, dobrze operuje między liniami, łącząc cechy napastnika i “dziesiątki”. Do tego nieobca jest mu ciężka praca w pressingu, a to prawdopodobnie najważniejszy element dla Hansiego Flicka. U tego trenera skuteczność gry w obronie głównie zależy od tego, co zrobią zawodnicy ofensywni. To oni mają w pierwszej linii zdusić rywala, zamknąć na jego połowie i wybić z głowy myśli o kontratakach. Po sposobie, w jaki zastąpiono Rashforda czy Lewandowskiego, doskonale widać, czego oczekuje opiekun “Dumy Katalonii” od swoich napastników. I wcale nie chodzi o gole, strzały czy kluczowe podania. To przyjdzie samo, jeśli zespół będzie skutecznie wywierał presję na przeciwniku.
- Najpierw Gordon, później Adeyemi, teraz Jesus. Dla Flicka praca w pressingu jest czymś, co nie podlega negocjacji. Praca w obronie zaczyna się od ataku, co potwierdzają tegoroczne wzmocnienia - opisał Alex Pintanel z RAC 1. - Transfer Jesusa stanowi dobre uzupełnienie kadry. W drużynie brakowało klasycznej “dziewiątki”, więc Deco wypełnił tę pozycję. Nie zmienia to planów Barcelony związanych z przyszłością Juliana Alvareza - zaznaczył Fernando Polo z Mundo Deportivo. - Jesus to nie jest kiler, ale posiada wiele przydatnych atutów. Jego transfer pozwala skompletować linię ataku, w której dotychczas brakowało napastnika - dodał Alfredo Martinez z dziennika Sport.

Niedrogie ryzyko

Na korzyść nowego nabytku Barcelony działa fakt, że powinien mieć czas na wdrożenie i aklimatyzację. Raphinha zaczął sezon w tak spektakularny sposób, że spokojnie będzie nadal okupować miejsce na środku ataku. Młodszy z Brazylijczyków raczej nie zostanie wrzucony na głęboką wodę, w pierwszych tygodniach należy spodziewać się pojedynczych minut w końcówkach. Dopiero wraz z rozwojem rozgrywek Flick stanie przed koniecznością odpowiedniego zarządzania poziomem zmęczenia napastników. Na razie Jesus może patrzeć i uczyć się, jak to robią w tym momencie lepsi zawodnicy od niego.
- Gabriel ma coś, czego nie da się wytrenować - naturalny talent. Zawsze wnosi do drużyny energię i jakość, ciągle chce uczyć się nowych rzeczy, do każdego wyzwania podchodzi z dużą pokorą. Wyróżnia go to, że im ważniejszy jest mecz, tym lepiej gra - chwalił kilka lat temu Mikel Arteta.
Trzeba też poruszyć aspekt finansowy, który z perspektywy “Barcy” jest bardzo ważny. Katalończycy nie ściągnęli wymarzonej opcji do ataku, ale dzięki temu nie musieli też rozbijać banku. Przy obecnych cenach w piłce 10 mln euro to są grosze, drobniaki. Zakładając nawet czarny scenariusz, w którym Jesus nie strzela goli, marnuje wszystkie sytuacje i, odpukać, doznaje kontuzji, klubowy portfel aż tak tego nie odczuje. A można też przyjąć optymistyczne założenie, że Brazylijczyk odzyska blask, zagwarantuje dwucyfrową liczbę trafień w sezonie i okaże się strzałem w dziesiątkę.
Każdy, kto regularnie ogląda Barcelonę, zgodzi się, że to ofensywne monstrum. Z niezwykłą regularnością generuje dogodne okazje, niemal od niechcenia potrafi wbijać po cztery, pięć goli na mecz. Takie środowisko to prawdziwy raj dla środkowego napastnika. Gabriel Jesus nie mógł zatem znaleźć dla siebie lepszego klubu. Za to Katalończycy raczej mogli pofatygować się o “dziewiątkę” z wyższej półki. Chyba jednak zbyt późno dostrzegli, że świat nie kończy się na Julianie Alvarezie.

Dyskusja

Przeczytaj również