Trener z "Milionerów" wprowadził kopciuszka do Ligi Mistrzów. To historia jak z filmu!

Trener z "Milionerów" wprowadził kopciuszka do Ligi Mistrzów. To historia jak z filmu!
X screen
Paweł - Grabowski
Paweł GrabowskiDzisiaj · 13:52
Kiedy dwie dekady temu startował w “Milionerach”, zatrzymał się na pytaniu, który kraj wydaje najwięcej gazet. Później żartował, że gdyby wydawcy zaprosili go tydzień wcześniej, to wygrałby milion, bo znał odpowiedzi do samego końca. 49-letni Valdas Dambrauskas w teleturnieju zarobił pieniądze, które pozwoliły mu rozpocząć naukę i trenerską przygodę. Teraz sensacyjnie wprowadził Sabah do Ligi Mistrzów.
Gdy rok temu był przymierzany do Żalgirisu Wilno, szefowa Vilma Venslovaitienė kpiła z jego CV. Nazywała go gościem, który co chwilę szuka pracy, bo Dambrauskas od 2021 roku pracował w sześciu krajach. Jeszcze przed chwilą przeciętny kibic nawet go nie kojarzył. Dziś się to błyskawicznie zmienia. Dambrauskas jako pierwszy Litwin w historii wprowadził klub do Ligi Mistrzów. Zrobił to w filmowym anturażu, z asystą Tymoteusza Puchacza, która pozwoliła w ostatniej akcji meczu doprowadzić do dogrywki. Droga litewskiego trenera jest inspiracją, jak wiedzą, pracą i odwagą wydrapać swoje i nie pozwolić, by miejsce urodzenia wyznaczyło sufit.
Dalsza część tekstu pod wideo

Głowa w rozumie

Te obrazki z 2002 roku momentalnie zaczęły fruwać po Internecie. Dambrauskas już na zawsze będzie miał etykietkę “trenera z Milionerów”, ale on sam doskonale wie, że bez tego nie byłoby niczego. Miał 25 lat, kiedy wziął udział w litewskiej wersji słynnego programu, wygrał cztery tysiące litów, a dzięki wygranej mógł przenieść się do Anglii i rozpocząć tam edukację. W kluczowym pytaniu o gazety nie chciał strzelać. Nie urodził się z dużą łyżką przy stole. Dostał małą i musiał sam znaleźć sposób, żeby sięgnąć po więcej.
Jego historia to opowieść o człowieku, który nie był zawodowym piłkarzem, bo grał najwyżej w trzeciej lidze. W Anglii widział okno do większego świata, więc łapał staże w Manchesterze United i Fulham, a jednocześnie za półdarmo prowadził zajęcia w lokalnych klubach. Dorabiał w tym czasie w sklepie w galerii handlowej. Jak sam mówił: największą cenę zapłaciła jego żona Ingrid i dwaj synowie, bo nie mając znajomości i nazwiska wielokrotnie musiał stawiać pracę ponad rodzinę. Musiał zasuwać ekstra bez gwarancji, że to się kiedyś spłaci.

Szachista z książkami

Na Litwie od dawna wiedzą, że Dambrauskas nie jest trenerem, którego łatwo zamknąć w ramy. Jeszcze w 2022 roku brał udział w turnieju szachów i był klasyfikowany w FIDE. Dawniej prowadził blog o taktyce i życiu trenera, a pasję do książek dokumentował w serwisie “Goodreads”. Zresztą parę lat temu udzielił długiego wywiadu tylko o literaturze: opowiadał tam o Knausgårdzie i Kazuo Ishiguro. Wspominał też o tym, że “Tajemniczą Wyspę” Verne’a w dzieciństwie przeczytał kilkanaście razy, bo rodzinny dom otoczony był książkami. Do dziś uważa, że to jego największy kapitał.
- Kiedy jestem w hotelu, zawsze zostawiam na półce jakąś książkę, żeby służyła innym - mówił Dambrauskas w podcaście “11x11”.
Sportową biblią są dla niego pozycje Billa Walsha, trenera NFL i Phila Jacksona, architekta Chicago Bulls. Często do nich wraca, bo to one przypominają mu, że wszystko zaczyna się od budowy systemu i konsekwencji w jego realizacji. Wynik sam się o siebie zatroszczy, jeśli każdy na swoim stanowisku wykonuje pracę najlepiej, jak potrafi.

Kręta droga

Dzisiaj oczywiście łatwo widzieć w nim znakomitego fachowca, chociaż on sam wie, że to była droga przez mękę: nieustanna kolejka górska, w której tytuły na Litwie, Łotwie, w Bułgarii albo Chorwacji mieszały się z upadkami. Nie poszło mu w węgierskim Diósgyőr, gdzie wytrwał tylko 12 meczów. Nie spełnił też oczekiwań w Grecji (OFI) i na Cyprze (Omonia). Po latach opowiadał, że rok tam, to jak pięć na Litwie. Bójki w tunelach, powybijane szyby w autokarze, sędziowie doliczający siedem minut zamiast dwóch. Raz dostał od ochroniarza w twarz.
Sensacyjny awans do Ligi Mistrzów z Sabah jest dziś jak nagroda za wytrwałość. Cztery razy dobijał się do tych bram. Najbliżej było w bułgarskim Łudogorcu Razgrad w 2021 roku, kiedy w ostatniej rundzie do dogrywki zabrakło mu jednej bramki w starciu z Malmoe. Potem znowu musiał swoje odczekać.
Cały czas w zagranicznych klubach, a było ich osiem, funkcjonował jako ktoś “spoza kraju”. W dodatku Litwa nigdy nie grała na wielkich imprezach. Jej kluby nie przebiły się do Ligi Mistrzów, a jedyny zawodnik, który mocniej zaistniał w Europie, to Edgaras Jankauskas (Liga Mistrzów z Porto, dzisiejszy selekcjoner). Patrząc na tę perspektywę, Dambrauskas startował z peryferii. Miał dużo trudniej niż przykładowi trenerzy z Polski, choć o tych za granicą przecież też nikt się nie zabija. Największe sukcesy osiągał ostatnio Maciej Skorża, ale robił to akurat w Azji, a nie w Europie.

Otwarte wrota

Dambrauskasowi od początku pomagała świetna znajomość angielskiego, bo mieszkał tam osiem lat. Na Litwę wrócił dopiero w 2010 roku, zaczynając pracę od kadry U-17 i U-19. Potem był Ekranas Poniewież i dwa mistrzostwa z Żalgirisem Wilno. To tam poznał Mindaugasa Nikoličiusa, dyrektora sportowego, który po sukcesach na Łotwie (2017-2020) otworzył mu rynek chorwacki.
W pewnym momencie o jego zatrudnieniu myślał też Widzew, właśnie przez kontakty z Nikoliciusem. Zresztą polski wątek jest dość ciekawy, bo Dambrauskasa na różnych etapach kariery miały pod lupą Legia Warszawa i Wisła Kraków. W grudniu 2024 roku był już praktycznie dogadany ze Śląskiem Wrocław, ale wycofał się porażce Wrocławian z Radomiakiem Radom. Drużynę niedługo później objął Ante Šimundža.
Azerbejdżan jest dla niego dziewiątym krajem w CV. Kontakt z Sabah miał już od dwóch lat, ale klub dopiero budował bazę treningową. Fakt, że nie istnieje nawet dekadę, sprawia, że nie wszystko było tam w takim stanie, w jakim jest dzisiaj. Na początku dostał pytanie: jakich zawodników chcesz sprowadzić? Zdziwił się, bo podobnie jak Juergen Klopp w swoim słynnym zdaniu - najpierw wierzy w trening, a dopiero potem w transfery. Dopóki dokładnie nie obejrzał całego zespołu, nie chciał nawet siadać do raportów scoutingowych.

Laboratorium Dextera

Kiedy latem 2025 roku Dambrauskas objął zespół, ten był po sezonie, w którym stracił dziewięć punktów do Karabachu. Klub z Agdam aż 11 razy wygrał ligę w ciągu ostatnich 13 lat. Po roku udało się jednak przełamać tę dominację. Do tego Sabah dołożył Puchar Azerbejdżanu i miał serię 33 meczów bez porażki. Litewski trener nie zawłaszczył zasług: chwalił pion sportowy, który wolny jest od agencyjnych układów i opiera się na merytokracji. Świetną robotę wykonuje też sztab, m.in. analityk Jonas Skinderis, syn asystenta, Mariusa Skinderisa, który w latach 1998-2001 grał w GKS-ie Bełchatów.
Teraz całe to “Laboratorium Dextera”, jak kiedyś określiła ich chorwacka prasa, czeka na wielkie wieczory Ligi Mistrzów w Baku. Sabah w tym gronie będzie kopciuszkiem. Kiedy powstawał w 2017 roku, azerskie media nazywały ich “studentami”, bo kopali tam głównie młodzi piłkarze. Ale Yaguba Huseynov, biznesmen po Harvardzie, zarobiony w budownictwie i nieruchomościach, od początku celował wysoko - w Ligę Mistrzów. Podobnie jak Dambrauskas 24 lata temu, siedząc na fotelu w “Milionerach’, miał wizję i wiedział, dokąd dokładnie zmierza.
Jak sam mówił: cztery razy próbował się tam dostać, co jeszcze raz pokazuje jego upór. Dzisiaj, kiedy na Litwie fraza “Valdas Dambrauskas” w Google wzrosła o 5000 procent, nie musi już odpowiadać na żadne pytania, bo sam stał się odpowiedzią, jak z piłkarskiego końca świata dojść do Ligi Mistrzów. Zagadka o gazetach, na której się zatrzymał, dotyczyła Japonii, ale teraz nie ma to już znaczenia.

Dyskusja

Przeczytaj również