Trenerski kozak przejmuje słynny klub! Niesamowite, czego ostatnio dokonał
Rayo Vallecano to jedyny hiszpański klub, który w tym sezonie dotarł do finału europejskich pucharów. Za sukcesami madryckiego “Kopciuszka” stoi uczeń, który próbuje przerastać mistrza. Inigo Perez kiedyś był tylko asystentem Andoniego Iraoli, a teraz sam pracuje na miano topowego trenera.
Dla takich historii powstała Liga Konferencji. UEFA utworzyła rozgrywki trzeciej kategorii właśnie po to, aby stosunkowo mniejsze kluby mogły przeżyć niezapomniane przygody. Korzystają na tym nie tylko przedstawiciele naszej Ekstraklasy, ale też ekipy z mocniejszych lig. Choćby w Hiszpanii możliwość pokazania się na europejskiej scenie nie jest już zarezerwowana wyłącznie dla “grubych ryb” pokroju Realu, Barcelony i Atletico. W tym roku po raz pierwszy w historii Rayo mogło powalczyć o skalp na arenie międzynarodowej.
Ekipa z Campo de Vallecas w dopiero co zakończonym sezonie rozkręcała się stopniowo. Jeszcze w fazie ligowej toczyła wyrównane boje z Lechem i Jagiellonią, wygrywając odpowiednio 3:2 i 2:1. W play-offach podopieczni Inigo Pereza zaprezentowali już inną twarz - bardziej dojrzałą i do bólu skuteczną. Wyeliminowanie Samsunsporu, AEK-u Ateny i Strasbourgu otworzyło Madrytczykom bramy finału. I chociaż decydujący mecz z Crystal Palace przegrali 0:1, to i tak napisali kawał historii.
- Nasza droga do finału jest potwierdzeniem tego, że ci, którzy zwykle cierpią, też mogą poznać w końcu słodki smak sukcesu. Akceptacja cierpienia czyni nas wyjątkowymi. Dla mnie wspomnienia są bardzo ważne. Mam nadzieję, że za kilka lat kibice Rayo przypomną sobie o tym sezonie i pomyślą, że to jedno z najlepszych wspomnień w ich życiu - mówił Perez jeszcze przed finałem.
Trener w korkach
Inigo Perez w nie tak odległej przeszłości był środkowym pomocnikiem, sam opisał własną karierę jako przeciętną. W barwach Osasuny i Athletiku rozegrał 87 meczów na poziomie La Liga i prawie 200 w drugiej lidze hiszpańskiej. Rzadko się wyróżniał, należał raczej do grona tych graczy, którzy noszą fortepian, a nie na nim grają. Najważniejsze było jednak to, że miał się od kogo uczyć. Pracował pod okiem m.in. Marcelo Bielsy i Ernesto Valverde, dzięki czemu pokochał futbol oparty na intensywności, wysokim pressingu, ale też łączeniu ofensywy z niezbędnym pragmatyzmem.
- W swoim ostatnim sezonie Inigo siadał po meczach i w autokarze przygotowywał analizy. Zawsze starał się nam pomóc, tłumaczył wiele niuansów. Kiedy on się odzywał, wszyscy zamykali się i słuchali. To była lekcja futbolu. Dlatego nie dziwi mnie, gdzie teraz jest - mówił dziennikowi Marca Roberto Torres, były piłkarz Osasuny.
W 2022 roku Perez w wieku 34 lat zawiesił buty na kołku, aby zostać asystentem Andoniego Iraoli w Rayo. Obaj doskonale znali się z czasów wspólnej gry w Athletiku, zatem współpraca układała się bez zarzutu. W sezonie 2022/23 Madrytczycy zajęli 11. miejsce w lidze, co wystarczyło, aby przykuć uwagę Anglików. Iraola wyfrunął do Bournemouth, jednak pomimo chęci nie mógł zabrać ze sobą Pereza. Były pomocnik nie dostał bowiem pozwolenia na pracę w Wielkiej Brytanii. Przez kilka miesięcy jedynie nieformalnie pomagał koledze, zajmując się analizą rywali “Wisienek”. W końcu musiał jednak pójść na swoje. W lutym 2024 roku Rayo potrzebowało nowego trenera ze względu na fatalne wyniki Francisco Rodrigueza, który zostawił zespół nad strefą spadkową. Nie było szans na powrót Iraoli, więc zatrudniono jego prawą rękę.
- Andoni to Andoni, a ja jestem Inigo. Nie będę nikogo oszukiwał, nasze idee są do siebie zbliżone, spędziliśmy razem mnóstwo czasu, więc w podobny sposób odbieramy i rozumiemy piłkę. Ale nasze filozofie nie są identyczne. Andoni zresztą wiedział od dawna, że chcę zostać trenerem, rozmawialiśmy o tym jeszcze, kiedy wspólnie graliśmy. Mogę przyznać, że o wiele bardziej cieszę się karierą trenera niż piłkarza - zaznaczał Perez na jednej z pierwszych konferencji w Rayo.
Strusie pędziwiatry
Perez najpierw utrzymał Rayo, a w pierwszym pełnym sezonie wprowadził do Ligi Konferencji. Zarówno bieżące, jak i poprzednie rozgrywki “Los Vallecanos” zakończyli na ósmym miejscu w tabeli. I to przy niemal identycznym bilansie bramkowym (41:45 w kampanii 2024/25 i 41:44 w 2025/26). Powtarzalność jest imponująca, po raz pierwszy w historii zespół ten zdobył co najmniej 50 punktów w dwóch kolejnych latach w La Liga.
Jak oni to robią? Kluczem jest ciągły pressing i gra dosłownie do upadłego. Nie ma takiego rywala, którego Rayo nie potrafiłoby zabiegać. Bardzo dobrym przykładem był mecz z początku sezonu przeciwko Barcelonie. Mistrzowie Hiszpanii byli wówczas bezradni, zasłużyli na wysoką porażkę, ale Joan Garcia niemal w pojedynkę uratował remis 1:1. Skrót tego meczu stanowi najlepszą wizytówkę piłkarskiej filozofii Pereza.
- Naszym celem jest odzyskanie piłki jak najwyżej i wyprowadzenie szybkiego ataku. Chcemy, aby rywale nigdy nie czuli się komfortowo na boisku, narzucamy na nich dużą presję, wymagam od piłkarzy wysokiego poziomu intensywności. To właśnie lubię w naszym Rayo - wysoki pressing, bezpośrednia gra, duża dynamika i swego rodzaju uporządkowany chaos - opisywał Perez w wywiadzie dla The Athletic.
- Pod względem strukturalnym i logistycznym Rayo na pewno ma pole do poprawy. Ale myślę, że to jeden z najlepszych klubów w Hiszpanii, jeśli chodzi o możliwość rozwoju. Nigdzie indziej nie znalazłbym takich warunków. Jeśli chodzi o moje metody, to ważne jest, aby zawodnicy rozumieli twoje pomysły. Piłkarze muszą wiedzieć, czego od nich oczekujesz, aby wdrożyć to na boisku. Później, kiedy zobaczą, że coś działa, że w wypracowany sposób strzeliłeś gola, wygrałeś mecz, to wiedzą, że to wszystko ma sens. Trenujemy na dużej intensywności, staramy się, aby ćwiczenia były bardzo dynamiczne. Jeśli zawodnicy rozumieją wszystko, nie ma potrzeby, abym ciągle im przerywał i interweniował w czasie treningów. Kiedy ja byłem piłkarzem, często słyszałem: "Nie myśl, tylko działaj". Nie zgadzam się. Na boisku trzeba robić obie te rzeczy - myśleć i działać, a wtedy wszystko przychodzi łatwiej - dodał.
38-latek jest elastycznym trenerem, który kocha bezpośrednią grę. W fazie ataku jego drużyna często ustawia się w formacji 3-3-4 czy nawet 2-3-5 z ofensywnie usposobionymi Pachą Espino i Andreiem Ratiu na bokach obrony. Za zabezpieczenie tyłów odpowiadają Pathe Ciss i Oscar Valentin, którzy zwykle tworzą duet pivotów. W ofensywie najważniejszą rolę odgrywa Isi Palazon, którego w Hiszpanii nazywają “Messim z przedmieść”. Lewonożny wirtuoz ma pełną swobodę operowania, jest wolnym elektronem, którego można spodziewać się w każdym sektorze boiska.
Efekty są piorunujące. Rayo zakończyło sezon, mając piątą najszczelniejszą defensywę w La Liga. Zajęło też piąte miejsce pod względem wykreowanych tzw. dużych okazji i czwarte w liczbie strzałów. Problemem była nieskuteczność, podopieczni Pereza zmarnowali aż 68 dogodnych sytuacji, najwięcej po Barcelonie, Realu i Atletico. W próbach odbioru ustępowali jedynie Alaves i Sevilli. Nie boją się też grać ostro, w bieżących rozgrywkach otrzymali 100 żółtych kartek (trzeci wynik w lidze hiszpańskiej) i dziewięć czerwonych (drugi).
A to wszystko przy minimalnych nakładach finansowych. Powszechnie wiadomo, że na Vallecas, delikatnie mówiąc, nigdy się nie przelewa. To skromny, nieco staroświecki klub, można powiedzieć, że relikt przeszłości. Jeśli już dokonuje się tam głośnych wzmocnień, to zwykle z powodu zachcianek prezesa Raula Martina Presy. Upodobał on sobie kolumbijskich weteranów, ściągając Radamela Falcao i Jamesa Rodrigueza. Ofensywny pomocnik kompletnie nie pasował do stylu Pereza opartego na morderczym pressingu, więc już po pół roku został pożegnany. Jedynymi transferami gotówkowymi za kadencji obecnego trenera są zaś Alemao, Fran Perez i Augusto Batalla, za których zapłacono łącznie 7 mln euro. Każdy z nich spłaca się na boisku. Napastnik z polskimi korzeniami strzelił w minionym sezonie osiem goli, w tym cztery ważne w Lidze Konferencji. Fran zanotował siedem bramek i trzy asysty, a Batalla stał się ostoją między słupkami. Jest tanio? Jest. Jest dobrze? Nawet świetnie.
Podbój Europy
Rayo czekało na występ w Europie od 2001 roku, kiedy odpadło w ćwierćfinale Pucharu UEFA. Na początku tej edycji Ligi Konferencji Madrytczycy musieli oswoić się z nową rzeczywistością, przystosować do rytmu gry co trzy dni. W pierwszych czterech kolejkach fazy ligowej pogubili punkty z Hacken i Slovanem Bratysława oraz rzutem na taśmę wyrwali zwycięstwo z Lechem. W końcu zaczęli jednak siać postrach wśród rywali.
- Nie obiecuję, że awansujemy do finału. Obiecuję za to, że będziemy wierni ideom, które doprowadziły nas w to miejsce. Zawodnicy wierzą, ja wierzę, wspólnie możemy napisać historię. W takich chwilach trzeba się cieszyć, nie można się bać - podkreślał Perez przed półfinałem LK.
Dwumecz ze Strasbourgiem był popisem w wykonaniu Rayo. Hiszpanie kompletnie zdominowali klub, w który BlueCo pompuje niemałe pieniądze. Ekipa będąca małym przedsionkiem Chelsea została zdominowana i zapędzona w kozi róg. W pierwszym spotkaniu podopieczni Pereza oddali 24 strzały, a rywale siedem. W rewanżu “Los Vallecanos” posłali 22 uderzenia i jedynie brak dobrze nastawionych celowników sprawił, że wygrali tylko 1:0.
Wspomniany półfinał potwierdził, że w piłce nie zawsze warto stawiać wyłącznie na wschodzące gwiazdy. Średnia wieku wyjściowego składu Strasbourga wynosiła około 22 lata, a w przypadku Rayo ponad 30. Na Campo de Vallecas czas jakby się zatrzymał, o czym świadczy nie tylko delikatnie zmurszały stadion, ale też stan kadry. Oscar Valentin, Isi Palazon, Florian Lejeune czy Unai Lopez nie są najmłodsi, jednak wciąż prezentują wystarczającą jakość.
We all live in a yellow submarine
- Andoni Iraola sprawił, że uwierzyliśmy, że pieniądze nie mają znaczenia na boisku. Liczy się futbol. A Inigo Perez umocnił nas w tym przekonaniu. Pod jego wodzą staliśmy się jeszcze lepszą drużyną - mówił Valentin, kapitan Rayo. - To wspaniały trener, który ma przed sobą wielką przyszłość. Pamiętam, że przed meczem z AEK-iem powiedział nam: "Chłopaki, zobaczymy, czy uda nam się dzisiaj wygrać 3:0". Po czym zwyciężyliśmy dokładnie takim wynikiem. To nie była arogancja, ale sposób, aby nas dodatkowo zmotywować - zdradził Palazon w rozmowie z Cope.
Osiągnięcia trenera naturalnie nie przeszły niezauważone. W mediach od kilku tygodni pojawiały się informacje o tym, że zajmuje on pierwsze miejsce na liście życzeń Villarrealu. Z Estadio de la Ceramica pożegnał się już Marcelino Garcia Toral, który nie przedłużył kontraktu. Włodarze “Żółtej Łodzi Podwodnej” marzą o tym, aby utrzymać wysoki poziom w lidze i dodać do tego lepszą grę na arenie międzynarodowej. Marcelino osiągnął trzecie miejsce w La Liga, ale też przyłożył rękę do kompromitacji, jaką był jeden zdobyty punkt w ośmiu kolejkach Ligi Mistrzów. Villarreal chciał zatrudnić młodego hiszpańskiego trenera, który dysponowałby doświadczeniem w Europie, więc wybrał najlepszą z możliwych opcji.
Sam zainteresowany oczywiście nie przejmował się medialnym szumem. Kilka tygodni temu podkreślił, że dalsze pytania o jego przyszłość są nie na miejscu, ponieważ na razie liczy się tylko Rayo. Skupiał się na finale Ligi Konferencji, w którym lepsze było Crystal Palace. Przy czym przegraną Hiszpanów 0:1 trudno nawet traktować jako porażkę. “Orły” funkcjonują w innej rzeczywistości, jeśli chodzi o warunki, stadion czy możliwości finansowe. W mijającym sezonie działacze z Selhurst Park wydali na nowych piłkarzy 145 mln euro, na Vallecas takie kwoty znajdują się poza strefą marzeń.
Można śmiało założyć, że Perez kiedyś sam dostanie szansę pracy w angielskim klubie przy niemal nieograniczonym budżecie. Andoni Iraola przetarł mu szlak, osiągając z Bournemouth historyczny sukces w postaci awansu do Ligi Europy. Jeśli były asystent potwierdzi swój warsztat w Villarrealu, pewnie na jego stole wylądują oferty z Wysp Brytyjskich. Premier League kocha jakość. I dlatego kocha hiszpańskich trenerów.