Trudno uwierzyć, co zrobili Argentyńczycy. "Spory wstyd"

Trudno uwierzyć, co zrobili Argentyńczycy. "Spory wstyd"
IMAGO / pressfocus
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Jeśli obrońca tytułu mistrza świata wychodzi na kolejny finał mundialu i przez prawie 120 minut nie oddaje strzału, to trzeba pisać i mówić o prawdziwej kompromitacji. Argentyna nawet nie udawała, że chce grać z Hiszpanią w piłkę. Próbowała jedynie psim swędem doczłapać się do konkursu rzutów karnych, po drodze nabijając rywalom trochę siniaków. O dziwo była nawet blisko realizacji celu. Wtedy jednak objawił się nieoczekiwany bohater “La Roja”.
W sobotni wieczór Francja i Anglia zabrały nas na istny rollercoaster w meczu o trzecie miejsce tegorocznych mistrzostw świata. Dzień później Hiszpania i Argentyna zaprosiły już natomiast na niezbyt interesującą partię szachów. I choć oczywiście trudno dziwić się, że w starciu o mundialowe złoto było więcej pragmatyzmu, to jednak niesmak pozostał. Przede wszystkim wobec postawy “Albicelestes”.
Dalsza część tekstu pod wideo
Poniekąd Lionela Scaloniego można zrozumieć. Mimo że jako selekcjoner już drugi raz z rzędu awansował z Argentyną do wielkiego finału mistrzostw świata, to przez ostatnie tygodnie w funkcjonowaniu swojej drużyny mógł obserwować coraz więcej mankamentów. “Albicelestes” przedzierali się przez kolejne etapy rywalizacji, ale już w fazie pucharowej okrutnie męczyli się w zasadzie z każdym kolejnym przeciwnikiem - Wyspami Zielonego Przylądka, Egiptem, Szwajcarią, Anglią. Przebrnęli przez dwie dogrywki, w jednym spotkaniu wrócili ze stanu 0:2 do 3:2, w jeszcze innym przegrywali aż do 85. minuty.
Gdy Argentyna z tygodnia na tydzień gasła, Hiszpania jedynie się rozkręcała. Praktycznie nie traciła goli, punktowała kolejnych rywali, na etapie półfinału rozegrała wręcz perfekcyjny mecz przeciwko rozpędzonej wcześniej Francji. Scaloni i jego ludzie musieli zdawać sobie sprawę, że w meczu o złoto faworytem nie będą. Ale respekt, a może bardziej strach, trochę za bardzo namieszał im w głowach.
Argentyńczycy jak zwykle wyszli na murawę wyjątkowo nabuzowani. Aż za bardzo. Urządzili sobie festiwal polowania na kości rywali, ale najwidoczniej zapomnieli, że w tym sporcie chodzi też, a raczej przede wszystkim, o granie w piłkę. Może gdyby bardzo kiepsko radzący sobie z gwizdkiem Slavko Vincić szybciej utemperował gorące głowy piłkarzy z Ameryki Południowej, pokazując jedną czy drugą żółtą kartkę, skierowaliby oni więcej uwagi na posługiwanie się futbolówką. A tak, oszczędzeni przez arbitra raz, drugi i trzeci, piłkarskie boisko praktycznie zamienili w oktagon.
Hiszpania zaczęła mocno, od bardzo groźnej sytuacji Lamine’a Yamala, który przegrał pojedynek oko w oko z Emiliano Martinezem, ale wraz z upływem pierwszej połowy też coraz mocniej spuszczała z tonu, dając wciągnąć się w wyjątkowo szarpaną grę, jaką preferowała Argentyna. Przed przerwą zobaczyliśmy zaledwie trzy strzały, dwa rzuty rożne, a obie ekipy wypracowały xG (współczynnik goli oczekiwanych) na poziomie… 0,23. W zasadzie, żeby być bardziej precyzyjnym, wykręciła je Hiszpania, bo po stronie “Albicelestes” widniały wyłącznie zera.
Jeśli kogoś w ekipie Scaloniego mogliśmy chwalić, to przede wszystkim wspomnianego już “Dibu” Martineza, który z minuty na minutę coraz mocniej musiał uwijać się między słupkami. Zatrzymywał Yamala, Oyarzabala, Baenę, Olmo, Ferrana, Pedriego, Nico Williamsa czy Cubarsiego. Wszyscy oni strzelali celnie, takich uderzeń w ostatecznym rozrachunku uzbierało się aż 12, natomiast przez większość spotkania argentyński bramkarz był ścianą nie do przejścia. Inna sprawa, że duża część tych prób po prostu pozostawiała wiele do życzenia.
Argentyna miała w tym meczu jeden cel - przetrwać. Najpierw do dogrywki, potem najlepiej aż do konkursu rzutów karnych. Zrealizowała tylko pierwszą część planu, choć kto wie, może wytrzymałaby do jedenastek, gdyby sprawy nie skomplikował Enzo Fernandez. Bohater z półfinału przeciwko Anglii tym razem okazał się dla “Albicelestes” kulą u nogi. Napierw w 82. minucie zobaczył żółtą kartkę za protesty, a niedługo później ostro potraktował Cubarsiego i mógł przedwcześnie udać się pod prysznic. O dziwo jego losu nie podzielił wprowadzony w przerwie Leandro Paredes, który miał chyba jeszcze większą “chrapkę” na szybki zjazd do bazy. Faulował czterokrotnie, momentami bardzo ostro, ale ostatecznie Vincić upomniał go tylko raz.
Hiszpania w końcu skruszyła zaś argentyński mur. Potrzebowała do tego prawie 106 minut, ale ostatecznie dopięła swego. Bohaterami, nie pierwszy raz podczas tego mundialu, zostali piłkarze wprowadzeni z ławki, choć tym razem zupełnie inni. Głową piłkę zgrał Nico Williams, a do siatki skierował ją Ferran Torres. Jak się przełamywać, to właśnie tak. Dla napastnika Barcelony był to pierwszy gol na tych mistrzostwach. Od razu na wagę mundialowego złota.
Argentyna natomiast dopiero po stracie gola przypomniała sobie, że czasami po prostu warto zaatakować. Pierwsze i jedyne dwa strzały, w dodatku niecelne, zanotowała w samej końcówce dogrywki. Naprawdę blisko wyrównania był wówczas Giuliano Simeone. Ostatecznie natomiast “Albicelestes” pobili kilka niechlubnych rekordów. Zostali m.in. pierwszym finalistą mundialu w historii, który w trakcie regulaminowych 90 minut nie oddał żadnego strzału. Spory wstyd.
Kilka słów poświęcić warto też temu, który najprawdopodobniej zaliczył swój mundialowy last dance. Leo Messi rozegrał kapitalny turniej, kończąc go ostatecznie z bilansem ośmiu goli i czterech asyst. W wielkim finale, podobnie jak cała Argentyna, był jednak bezradny.
Hiszpania udowodniła natomiast, że kiedy w futbolu reprezentacyjnym nadchodzi jej era, potrafi odnosić sukcesy seriami. Gdy w 2008 roku sięgnęła po mistrzostwo Europy, dwa lata później dorzuciła złoto na mundialu (a w 2012 znów wygrała EURO). Tym razem też po sukcesie na kontynencie przyszedł wielki triumf w mistrzostwach świata. Triumf jak najbardziej zasłużony. Nawet mimo słabszej dyspozycji takich gwiazd jak Lamine Yamal czy Pedri, “La Roja” była w stanie osiągnąć sukces. Do wielkiej formy wrócił wybrany MVP całych mistrzostw Rodri, światu pokazał się Pedro Porro, swoje nastrzelał Mikel Oyarzabal, a prawdziwym szefem defensywy był 19-letni Pau Cubarsi. Sam fakt, że Hiszpania przez cały turniej straciła jednego (!) gola brzmi wręcz nieprawdopodobnie. Luis de la Fuente stworzył idealnie zbalansowaną maszynę.
Futbol tym razem był sprawiedliwy. Wygrała drużyna lepsza. Argentyna może natomiast pluć sobie w brodę, że na dobrą sprawę nawet nie spróbowała.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google

Przeczytaj również