Trudno uwierzyć, czego "dokonała" Legia. Katastrofa zagląda w oczy

Trudno uwierzyć, czego "dokonała" Legia. Katastrofa zagląda w oczy
Piotr Matusewicz / pressfocus
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiWczoraj · 23:07
Legia Warszawa czeka na ligowe zwycięstwo od 28 września 2025 roku. I jeszcze sobie poczeka. Tym razem “Wojskowi” tylko zremisowali w Katowicach z tamtejszym GKS-em (1:1). Grali na trudnym terenie, momentami wyglądali nieźle, ale… remisami utrzymania nie wywalczą. Sytuacja robi się coraz bardziej poważna.
Od pierwszych minut był to mecz, który mógł potoczyć się w absolutnie każdym kierunku. GKS Katowice, do spotkania przystępujący jako najlepszy zespół ostatnich 10 kolejek PKO BP Ekstraklasy, ruszył z animuszem, ale i pogrążona w kryzysie Legia nie pozostawała mu dłużna.
Dalsza część tekstu pod wideo
Najpierw znakomitą okazję zmarnował jeszcze Patryk Kun, ale w 26. minucie stało się coś, na co “Wojskowi” czekali od wspomnianego już 28 września 2025 roku. Wtedy nie tylko ostatni raz bowiem w lidze wygrali (z Pogonią), ale też ostatni raz objęli w niej jakiekolwiek prowadzenie. Teraz w końcu znów to zrobili. Do siatki trafił ten, który w ofensywie gości był zdecydowanie najjaśniejszym punktem. Wahan Biczahczjan głową pokonał Rafała Strączka, a chwalić za tę akcję można było też asystującego Kuna i wcześniej napędzającego akcję Kacpra Urbańskiego.
Po golu na 1:0 mogliśmy obserwować prawdziwą wymianę ciosów, choć wówczas jeszcze nie w postaci goli, a naprawdę groźnych akcji. Strzał Nowaka został zablokowany, Szkurin niemal wpadł z piłką do bramki, domagając się przy okazji rzutu karnego, a Colak zmarnował kapitalną okazję, by podwyższyć prowadzenie Legii. Potężnie huknął jednak nad poprzeczką. A wiadomo, co mawia stare porzekadło…
Niewykorzystane sytuacje lubią się mścić. I dobitnie przekonała się o tym ekipa z Warszawy. Chwilę po zmarnowanej “setce” Chorwata było już 1:1. Gości bolało to podwójnie, a pewnie i potrójnie. Dlaczego? Bo chwilę wcześniej powinni prowadzić 2:0, bo gola stracili w zasadzie tuż przed zejściem na przerwę, bo znów dał o sobie znać ich koszmar, czyli nieumiejętność bronienia przy stałych fragmentach gry. Nowak dośrodkował na głowę Galana, a ten doprowadził do remisu.
Druga połowa była już zdecydowanie spokojniejsza. Nie wiało może nudą, ale sytuacji naprawdę bardzo groźnych oglądaliśmy znacznie mniej. Najlepszą z nich miał w doliczonym czasie niezwykle aktywny tego wieczora Borja Galan. Hiszpan odpoczywał ostatnio pauzując za kartki, a dziś chciał chyba odrobić zaległości, bo był niemal wszędzie. Tobiasza w ostatnich minutach próbował pokonać podcinką. Tym razem nieskutecznie.
Remis trzeba uznać za wynik sprawiedliwy, co potwierdzają też liczby. 13:11 w strzałach, 2:4 w uderzeniach celnych, 45-55% w posiadaniu piłki, 6:7 w rzutach rożnych. Co natomiast ciekawe, według xG, czyli współczynnika goli oczekiwanych, lepsze okazje stworzyli sobie gospodarze z Katowic. W tej statystyce “wygrali” 1.55 do 0.68.
Krytykowana przez ostatnie tygodnie Legia tym razem naprawdę nie wypadła aż tak źle. Biorąc pod uwagę, z jak napędzonym rywalem grała, na jak trudnym terenie rywalizowała, spisała się przyzwoicie. Problem w tym, że kolejny raz straciła punkty. Trudno będzie jej cieszyć się z jednego oczka, biorąc pod uwagę sytuację w tabeli.
Zwycięstwo dałoby “Wojskowym”, przynajmniej na moment, wyjście ze strefy spadkowej. Teraz wiemy już, że po tej kolejce Legia wciąż będzie pod kreską. Pozostaje pytanie, z jak dużą stratą do drużyn będących wyżej. Dowiemy się tego w najbliższych dniach, gdy do gry wejdą m.in. Arka Gdynia, Pogoń Szczecin, Motor Lublin czy Lechia Gdańsk. “Wojskowi” muszą też jednak oglądać się za plecy. Póki co wyprzedzają Widzew i Bruk-Bet, ale i to może zmienić się jutro czy w poniedziałek.
Przed Legią zatem 13 kolejek prawdy. I dużo, i mało. Presja będzie rosła z tygodnia na tydzień, a terminarz nie napawa szczególnym optymizmem. Dwie najbliższe kolejki to mecze z wiceliderem (Wisłą Płock) i liderem (Jagiellonią Białystok). A następnie bardzo wymagające starcia przeciwko Cracovii, Radomiakowi i Rakowowi Częstochowa. Martwić Papszuna mogą też dzisiejsze kartki. W najbliższym spotkaniu pauzować będą bowiem Bartosz Kapustka i Radovan Pankov.
Jak to jest cieszyć się z ligowego zwycięstwa? Lepiej nie pytajcie kibiców Legii. Nie zaznali tego smaku od prawie pięciu miesięcy. Aż trudno w to uwierzyć.

Przeczytaj również