Trudny start Polaka w wielkim klubie. Trener wyłożył kawę na ławę

Lizbono, mamy problem. Jakub Kamiński równie szybko zadebiutował w Benfice, co został oddelegowany na ławkę. Polak nie jest przyzwyczajony do roli rezerwowego, ale kolejka do gry na Estadio da Luz niestety się nie zmniejsza.
Bez wątpienia to był jeden z najbardziej intrygujących transferów z perspektywy polskiego kibica w tym okienku. Oczywiście chcielibyśmy, żeby biało-czerwoni regularnie wzmacniali topowe kluby, wielokrotnych mistrzów i regularnych bywalców Champions League. Wiemy jednak, że aż tak dobrze nie ma, zatem przenosiny naszego reprezentanta do ekipy pokroju Benfiki musiały być wydarzeniem konkretnego kalibru.
Po cichu można było liczyć na to, że Jakub Kamiński wkroczy do Portugalii niczym polskie trio z FC Porto. Z drzwiami i futryną, bez kompleksów, bez potrzeby aklimatyzacji, niemal prosto do pierwszego składu. O ile Francesco Farioli błyskawicznie zakochał się w umiejętnościach Bednarka, Kiwiora, a następnie Pietuszewskiego, o tyle Marco Silva podchodzi do tematu znacznie chłodniej. Na dziś “Kamyk” jest dopiero trzecim wyborem trenera na preferowanej przez siebie pozycji. I będzie musiał wspiąć się na znacznie wyższy poziom, aby wywrócić hierarchię do góry nogami.
Orzeł wylądował
Od razu trzeba zaznaczyć, że same przenosiny Kamińskiego do Lizbony były całkowicie zrozumiałe. Nie jest tak, że wybrał się z motyką na słońce i mówimy o zbyt mocnym klubie jak na jego możliwości. Nie. W ostatnich miesiącach dobitnie pokazał, że jest gotowy na wielkie granie. W FC Koeln stał się absolutnym liderem, zawodnikiem, od którego Lukas Kwasniok i Rene Wagner właściwie za każdym razem rozpoczynali ustalanie wyjściowego składu. W poprzednim sezonie Bundesligi rozegrał 3023 minuty na 3060 możliwych. Był stachanowcem, który gwarantował jakość i pracowitość. W Kolonii zaliczył siedem goli i pięć asyst, średnio w każdym meczu wykręcał 1,5 kluczowego podania i ponad 11 przebiegniętych kilometrów. Sprawdzał się na obu skrzydłach, bliżej środka ataku, jako “ósemka” czy “dziesiątka”, a miewał też epizody na wahadłach. Grał wszędzie, robił wszystko.
Patrząc na tak udany okres Kamińskiego, naprawdę nie mogło dziwić, że zgłosił się po niego klub pokroju Benfiki. Wielki, utytułowany, z gablotą wypchaną po brzegi, ale jednocześnie mający swoje aktualne problemy. W poprzednim sezonie “Orły” zajęły dopiero trzecie miejsce w tabeli, tracąc możliwość gry w Lidze Mistrzów. Jose Mourinho odszedł, dzięki czemu wszyscy zawodnicy mogli zacząć u Marco Silvy z czystą kartą. Dodatkowo na początku okienka mówiło się o potencjalnym odejściu Andreasa Schjelderupa. Droga do pierwszego składu miała nie być tak kręta i wyboista. Przynajmniej na papierze.
- Kiedy dzwoni Benfica, nie zastanawiasz się dwa razy. Bardzo łatwo było podjąć decyzję o dołączeniu do tak wspaniałego klubu. Na ulicach Lizbony od razu widać, jak wielka jest Benfica. Myślę, że mogę wiele wnieść do drużyny. Za mną dobry sezon w Bundeslidze, rozegrałem tam łącznie ponad 100 meczów, w kadrze grałem na mistrzostwach świata. W wieku 24 lat mogę zapewnić jakość i doświadczenie. Jestem szybkim zawodnikiem, który odnajdzie się na obu skrzydłach, na “dziesiątce” lub jeszcze na innej pozycji. Przede wszystkim chcę brać na siebie odpowiedzialność na boisku - podkreślił po podpisaniu umowy.
- Kamiński potrafi grać na kilku pozycjach i bez wątpienia będzie bardzo wartościowym zawodnikiem dla Benfiki. Trzeba jeszcze zobaczyć, jaki plan ma na niego klub, ale jeśli ma rywalizować ze Schjelderupem o miejsce na lewym skrzydle, to zapowiada się bardzo ciekawa walka między nimi. To piłkarz, który bardzo ciężko pracuje i jest niezwykle zaangażowany. To są cechy szczególnie cenione w Portugalii i Benfice. Wierzę, że może odnieść sukces - powiedział w rozmowie z WP Sportowe Fakty Valter Marques z dziennika Record.
Potężna konkurencja
Kamiński nie tracił czasu w Lizbonie. Dzień po ogłoszeniu transferu wystąpił w sparingu z Flamengo. 12 dni później zadebiutował od pierwszej minuty w meczu o stawkę. Było to starcie z St. Gallen w drugiej rundzie eliminacji Ligi Europy. Silva nie mógł skorzystać z usług Schjelderupa, który jeszcze odpoczywał po mundialu, a także Prestianniego, zawieszonego przez UEFA za obrażanie Viniciusa. Polak dostał szansę, z której niestety nie skorzystał. Przeciwko St. Gallen wygrał dwa pojedynki na osiem prób, ani razu nie podał celnie w pole karne rywali, nie oddał strzału, nie miał udanego dryblingu. Dostosował się do słabej postawy drużyny, która sensacyjnie przegrała 1:2.
- Występ, o którym pewnie chciałby szybko zapomnieć. Był niewidoczny, nie miał okazji, aby zaprezentować swój największy atut, czyli szybkość i korzystanie z wolnych przestrzeni. Przytrafiły mu się też błędy techniczne - pisał wtedy portal Zerozero.pt. - Starał się, ale jego dynamika nie przełożyła się na stworzenia realnego zagrożenia. Miał problemy z kontrolą nad piłką - oceniła A Bola po meczu w Szwajcarii.
W rewanżu było już lepiej. Benfica rozbiła St. Gallen 5:0, a Kamiński zaliczył asystę przy jednej z czterech bramek Pavlidisa. Wciąż nie był to jednak występ na tyle dobry, aby ugruntować pozycję w składzie. A konkurencja nie spała. Przede wszystkim trzeba tu zwrócić uwagę na Prestianniego, który rozpoczął sezon z przytupem. W pięciu występach zebrał trzy gole i jedno otwierające podanie. Argentyńczyk już zawsze będzie kojarzony ze skandalicznym zachowaniem względem Viniciusa, natomiast pod kątem czysto sportowym nie można odmówić mu pokaźnej skali talentu.
Prestianni gra ostatnio tak dobrze, że Schjelderup, który przecież na ostatnim mundialu był częścią rewelacyjnej Norwegii, stał się jego zmiennikiem. Teraz 22-latek jest drugi do gry na lewym skrzydle, a Kamiński dopiero trzeci. Polak mógłby teoretycznie występować na prawej flance, ale ta jest zajęta przez Rafę Silvę, który też imponuje formą. W tym sezonie uzbierał już cztery bramki i asystę. Portugalczyk sprawił, że Dodi Lukebakio też musi akceptować rolę rezerwowego. Jak widać, Marco Silva ma naprawdę sporo jakościowych opcji.
- Dlaczego Kamiński dostaje mniej minut? Myślę, że to całkiem proste. Pierwszy powód nazywa się Prestianni, a drugi Schjelderup. Na drugim skrzydle mamy jeszcze Lukebakio. Chodzi o rywalizację. Jakub przyszedł, szybko wskoczył do pierwszego składu, kiedy nie znał jeszcze w pełni naszych pomysłów. Grał po krótkim okresie w zespole, ale to był odpowiedni moment, żeby go wprowadzić, bo nie mieliśmy Prestianniego, Andreasa i Dodiego. Kamiński musi pokazać jakość i wywalczyć pozycję. To samo dotyczy Durana, który walczy o miejsce z Pavlidisem. Takie są realia w moim zespole - tłumaczył Silva, cytowany przez O Jogo.
Test cierpliwości
Sytuacja Kamińskiego nie jest najlepsza. W pięciu ostatnich meczach spędził na murawie tylko 22 minuty. Początkowo można było mieć nadzieję, że skoro nie zadebiutował jeszcze w lidze, to będzie grał w pierwszym składzie w pucharach, ale tak się nie stało. W efekcie Polak z wysokości ławki oglądał choćby, jak jego koledzy demolują Casa Pię 7:0. Prestianni, Silva i spółka na razie nie dają powodów, aby przemeblowywać ofensywę.
Szansą na podskoczenie “Kamyka” w hierarchii byłaby potencjalna sprzedaż Schjelderupa. W przeszłości lewoskrzydłowy był łączony z Barceloną i angielskimi klubami, jednak zainteresowanie nie przerodziło się w nic konkretnego. Niedawno portugalski Record podał, że Norweg odrzucił ofertę przedłużenia umowy z “Orłami”. Problem w tym, że według piłkarza nic takiego nie miało miejsca. Poprosił on media, aby przestały kłamać na jego temat. Na dziś 22-latek jest bliżej pozostania w Benfice, co w jakiś sposób oddala naszego reprezentanta od regularnej gry.
Przed przeprowadzką do Lizbony Kamiński był na celowniku Brighton. Wtedy istniały obawy, że to za wcześnie, że może przepaść i na Premier League przyjdzie jeszcze czas. Paradoks całej sytuacji polega na tym, że dziś konkurencja na skrzydłach w ekipie “Mew” jest znacznie, ale to znacznie słabsza niż na Estadio da Luz. Kontuzje Kaoru Mitomy i Yankuby Minteha sprawiły, że na razie boczne strefy ataku są obstawiona jedynie przez Maxima De Cuypera i Diego Gomeza. Łatwiej byłoby pewnie wygryźć jednego z nich niż wygrać rywalizację jednocześnie z Prestiannim i Schjelderupem.
Jest jeszcze za wcześnie, aby podważać sens transferu Kamińskiego. Trzeba jedynie zwrócić uwagę na to, że musi odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. W FC Koeln nie musiał drżeć o minuty, tydzień w tydzień grał od deski do deski i to na prawie wszystkich możliwych pozycjach. Marco Silva dotychczas próbował go jedynie na lewym skrzydle, gdzie o wywalczenie pierwszego składu będzie bardzo trudno. Konkurenci brylują, strzelają, regularnie dokładają punkty w klasyfikacji kanadyjskiej. Pozytyw jest jeden. Jeśli Polakowi uda się wywalczyć skład, będzie to oznaczało, że poczynił ogromny progres. Zyskać na tym powinna nie tylko Benfica, ale także reprezentacja.