Tylko jeden klub może nas godnie reprezentować w Europie. Ekstraklasa się rozwija? Niedoczekanie
Coraz mniejsze szanse na to, że ten sezon z pucharami będzie dla polskich klubów piękny. Jakąkolwiek opowieść o rozwoju Ekstraklasy możemy włożyć między bajki, jeśli żaden z zespołów nie awansuje do Ligi Europy.
Ja naprawdę lubię piłkę. Na mistrzostwach świata ekscytował mnie niemal każdy mecz, zarywałem noce nie tylko z poczucia obowiązku. A jednak po takim czwartku w wykonaniu polskich zespołów zostałem wyzuty z emocji, umęczony. Wszystko to, chociaż udało się wygrać dwa z czterech meczów, a kolejny został zremisowany.
Szkopuł w tym, że jeśli kogoś chwalić, to naprawdę jedynie Jagiellonię. Ta sprawiła niespodziankę, ograła Rangersów na własnym terenie. Remis zostałby przyjęty ze spokojem, tymczasem zespół Adriana Siemieńca znów pokazał, że stać go na rzeczy duże. Ekipa ze Szkocji prezentowała się po prostu słabiej, największym problemem Jagiellonii okazała się jej nieskuteczność. Kapitalną okazję miał Rodrigo Conceicao, blisko trafienia byli też Norbert Wojtuszek oraz Nik Prelec. Ten drugi swoją drogą zaliczył naprawdę udane wejście do ekipy Białostoczan, zaskakująco szybko przestano płakać po Afimico Pululu.
Jasne, w drugiej połowie Rangersi się odgryzali, ale finalnie Jagiellonia zrobiła rzecz niebywale trudną. Pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie w eliminacyjnym meczu z silniejszym rywalem, a na dodatek mecz ten wygrała. Taka sztuka nie udała się w bieżącym sezonie żadnemu z naszych pucharowiczów. Najbliżej był Górnik Zabrze, ale z Fenerbahce zremisował.
Dobrze, że to spotkanie na Podlasiu się przytrafiło, bo bez niego byłoby naprawdę krucho. Jagiellonia - nazwana przez Brytyjczyków hasłem do wi-fi lub moszną Phila Jagielki - podtrzymała przy życiu tezę dotyczącą faktycznego rozwoju polskiej piłki. Rankingi są super, dziesiąte miejsce cieszy, ale, jak słusznie zauważył Paweł Paczul, nie mówmy, ze Ekstraklasa zrobiła krok do przodu, jeśli będziemy czekali trzy lata na rodzimą drużynę w Lidze Europy. Liga Konferencji pozwala nam nabijać punkty, lecz ten współczynnik powinien służyć czemuś więcej niż tylko ładnemu wyglądowi. Na tym etapie Liga Europy powinna być dla nas bare minimum a nie princess treatment.
Jeśli "Jaga" przejdzie Szkotów - chociaż po popisach Lecha w walce o Ligę Mistrzów niczego nie można być pewnym - realizacja wspomnianego celu stanie się bardzo rzeczywista. W ostatniej rundzie czeka Larne lub Iberia. Pierwsze spotkanie Irlandczyków z Gruzinami zakończyło się bezbramkowym remisem. Wcześniej jednak Larne dostało lanie od Crveny (0:9 w dwumeczu), natomiast Iberia powalczyła trochę ze Slovanem (1:3 w dwumeczu).
Coraz mniejsze nadzieje wiążę natomiast ze wspomnianym już Lechem. Przy Bułgarskiej była szansa na to, aby wypracować zaliczkę przed wyjazdem na niekorzystny teren, a nade wszystko zmyć plamę po Aarhus. Nie wyszło, wymęczone zwycięstwo nad Klaksvikiem trudno uznać za sukces. Mistrzowie Polski potrzebowali ponad 80 minut, aby sforsować bramkę Islandczyków. Mikael Ishak irytował w większości zagrań, Farerzy obili poprzeczkę, w samej końcówce wygraną uratował Mateusz Lis. Ktoś powie, że "Kolejorz" zmarnował wiele okazji i ten wynik mógł wyglądać zupełnie inaczej, a ja powiem, że niezbyt mnie to interesuje. Za często pobłażamy zespołom, szukamy usprawiedliwienia. Jeśli Klaksvik można było pokonać wyżej, trzeba było to zrobić.
Jedna bramka przewagi sprawia, że na wyjeździe będzie gorąco. Lech nie rozegrał jeszcze idealnego spotkania w tym sezonie i niewiele wskazuje na to, aby do zmiany miało dojść na Wyspach Owczych. Szykuje się spotkanie przepełnione stresem, a przecież w ostatniej rundzie nikt czerwonego dywanu nie rozłoży. Tam niemal na pewno czeka Thun, Szwajcarzy bezwzględnie wykorzystali wyjazdową słabość Vikingura (3:0).
Jagiellonia i Lech wygrały, czego nie da się powiedzieć o Rakowie. Momentami senny mecz z Hammarby zakończył się koniec końców zasłużonym remisem. "Medaliki" pod wodzą Dawida Kroczka zanotowały bardzo ciężki, po prostu nieudany początek zmagań. W dwumeczu rozbiły wprawdzie Vallettę (7:1), ale na wyniku rywalizacji z Maltańczykami plusy się kończą. Starcie ze Szwedami pokazało, jak wiele dzieli ten zespół od optymalnej dyspozycji.
Nie chodzi tylko o taktykę, ale również przygotowanie fizyczne. Gospodarzom brakowało niekiedy wybiegania, natomiast Marko Bulat już w 25. minucie dosłownie słaniał się na nogach i wykazywał zaangażowaniem mniejszym niż niejeden zawodnik niedzielnej ligi szóstek. Pod Jasną Górą Raków nie zasłużył na zwycięstwo, co jest wnioskiem bardzo alarmującym.
Wiele z amatorskim graniem miały też wspólnego popisy GKS-u. Katowiczanie rywalizowali z klubem, który nie powinien zostać dopuszczony do rozgrywek UEFA, ale jeśli chodzi o walory piłkarskie, wszystkie argumenty leżały po stronie rywala. Drużyna Rafała Góraka w zupełnie nieporadny sposób próbowała radzić sobie z atakami przeciwników. Gabriel Kobylak zawalił jednego gola, choć z drugiej strony bez jego kilku interwencji wynik byłby jeszcze gorszy.
Cały GKS zasłużył na manto po starciu na Węgrzech, lecz trudno uciec przed wrażeniem, że największy problem leży w nieruchawej defensywie. Arkadiusz Jędrych po prostu nie dawał rady w każdym kolejnym pojedynku. Źle podawał, dawał się minąć bez żadnego trudu. Sprokurował nawet rzut karny, który został cofnięty ze względu na spalonego. W poprzednim sezonie Katowiczanie napisali piękną kartę, jednak ta historia najpewniej niebawem się skończy. Tak grająca drużyna nie ma nawet prawa śnić o potyczce z Atalantą. Większy problem, że Ekstraklasie coraz trudniej śnić o licznej reprezentacji we właściwej części europejskich pucharów.