W Realu był memem, czekał 1135 dni na gola. Niebywałe, co teraz wyprawia
W Realu Madryt stracił bezcenne lata, nie tak dawno notował koszmarną serię 1135 dni bez strzelonego gola. Kiedy wydawało się, że w tej karierze nie wydarzy się już nic dobrego, doszło do sensacyjnego zwrotu akcji. Mariano Diaz niespodziewanie wystrzelił z formą.
Trzy występy, dwa gole, dwie asysty, udział przy bramce co 24 rozegrane minuty. Raczej nie ma napastnika na świecie, który pogardziłby takim startem sezonu. Co nieoczekiwane, liczby te wykręcił piłkarz, na którym wielu mogło już postawić krzyżyk. Mariano Diaz przeżył bowiem znacznie więcej upadków niż wzlotów, przez długie lata tkwił w miejscu, w praktyce oznaczało to regres. Parę miesięcy temu dostał ostatnią szansę, aby odzyskać blask. I wreszcie z niej skorzystał.
Deportivo Alaves to jedna z najbardziej pozytywnych niespodzianek początku sezonu w La Liga. Podopieczni Quique Sancheza Floresa po meczach z Getafe, Rayo Vallecano i Villarrealem mają na koncie aż siedem punktów. Ponad połowę z nich osobiście zapewnił właśnie Mariano. 33-latek w trzech spotkaniach strzelił więcej goli ligowych niż w pięciu poprzednich latach. Być może tylko jedna osoba na świecie wierzyła, że reprezentantowi Dominikany jeszcze uda się wyjść na prostą. Na szczęście tą osobą był sam zainteresowany.
Szokujący “spadkobierca” Ronaldo
Mariano urodził się niedaleko Camp Nou, karierę juniorską rozpoczynał w Espanyolu. Gra w mieście Gaudiego nie była mu jednak pisana. W wieku 18 lat dołączył do akademii Realu Madryt, gdzie w pewnym momencie przykuł uwagę Zinedine’a Zidane’a. Legendarny Francuz zaczął zapraszać obiecującego snajpera na treningi pierwszego zespołu. O regularnej grze nie mogło być mowy, konkurując z Cristiano Ronaldo, Karimem Benzemą czy Alvaro Moratą. W 2017 roku Diaz został zatem sprzedany do Lyonu za 8 mln euro. I to właśnie we Francji rozegrał sezon życia - w 48 występach strzelił 21 goli i dorzucił do tego sześć asyst.
W klasyfikacji strzelców Ligue 1 ścigał się wówczas z Cavanim, Neymarem, Depayem czy Falcao. Grał tak dobrze, że po roku “Królewscy” odkupili go za 21,5 mln euro. Mało tego, odziedziczył jeszcze legendarny numer siedem, który pozostawił Ronaldo, odchodząc do Juventusu.
Niespodziewana decyzja klubu niestety wystawiła Mariano na śmieszność. Wszyscy dobrze wiedzieli, że nawet nie zbliży się do osiągnięć CR7, ponieważ po prostu było to niemożliwe. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że to tylko numer, kawałek materiału na koszulce. Wiemy jednak, jak działa świat. Dominikańczyk stał się łatwym celem dla kibiców, którzy nie mieli litości, porównując go do legendarnego Portugalczyka.
- Przejęcie “siódemki” po Cristiano oczywiście było bardzo miłym gestem, ale nałożyło to na mnie dodatkową presję. Wiadomo było, że nie zastąpię Ronaldo. Nie możesz się wykazać, kiedy nie dostajesz zaufania. Trudno pokazać, na co cię stać, kiedy wchodzisz co trzy mecze na kilka minut. Real to największy klub świata, ale nie każdy może tam grać. Prawda jest taka, że istnieje życie poza Madrytem, w końcu to zrozumiałem - wspominał na łamach The Athletic.
Mariano po roku oddał “siódemkę” Edenowi Hazardowi, który też nie oczarował Bernabeu. Z kolei Diaz w kolejnych latach stał się balastem dla drużyny. Nie pełnił żadnej istotnej funkcji, od sezonu 2019/20 do 2022/23 spędził na murawie raptem 1322 minuty. Grał rzadko, a najczęściej wcale. Teoretycznie miał być zmiennikiem Benzemy, w praktyce jedynie wypełniał miejsce w kadrze. Włodarze kilka razy próbowali pozbyć się zbędnego piłkarza, natomiast miał on odrzucać wszystkie oferty. Marca informowała, że napastnik odprawił z kwitkiem m.in. Monaco, Benficę, Romę, Milan czy Tottenham. Wolał ławkę w Madrycie.
- Mariano jest wielkim fanem “Los Blancos”. To klub jego życia. Dlatego tak trudno było mu odejść. Przez lata miał wiele różnych opcji na stole, ale nie chciał opuszczać Realu - powiedział dziennikowi AS Manolo Romero, były skaut odpowiedzialny za sprowadzenie Mariano do Madrytu.
Chichot losu polega na tym, że nawet przy skrajnie ograniczonym czasie gry potrafił zapisać się w historii. W marcu 2020 roku został autorem jednej z najlepszych zmian w El Clasico. Wystarczyło mu 13 sekund, aby trafić do siatki i dobić Barcelonę. Sam mówił później, że to najlepszy wieczór w jego karierze. Przez ten jeden moment miał Bernabeu u stóp.
Wyczekiwane przełamanie
Realowi nie udało się przekonać Mariano do opuszczenia klubu, więc trzeba było poczekać na wygaśnięcie kontraktu. Latem 2023 roku musiał opuścić ukochany zespół, po czym na zasadzie wolnego transferu dołączył do Sevilli. Nie używamy słowa “wzmocnił”, ponieważ byłaby to nie tyle przesada, co kłamstwo. Diaz nie był żadnym wzmocnieniem dla “Los Nervionenses”. W sezonie 2023/24 rozegrał tylko 319 minut, nie notując w tym czasie żadnej bramki czy asysty. Sporą część pobytu w Andaluzji spędził na leczeniu stopy i kolana, w którym pojawiło się zapalenie.
- Sprowadzenie Mariano wiązało się z niewielkimi kosztami i stosunkowo niskim ryzykiem. Niestety to i tak nie wyszło, nie pokazał się z najlepszej strony, nie był w optymalnej formie. Starał się jednak dać z siebie wszystko. Po ostatnim meczu w sezonie porozmawiał ze mną i prezesem klubu, przepraszając za swoje występy. Powiedział, że próbował wszystkiego, miał łzy w oczach. Tak to już jest, że kiedy przez dłuższy czas nie jesteś w rytmie treningowym, trudno znów wrócić na właściwe tory - opowiedział Victor Orta, ówczesny dyrektor sportowy Sevilli.
Po opuszczeniu Sevilli przez 304 dni był bezrobotny. Jeszcze dłużej czekał na gola, jego strzelecka posucha trwała aż 1135 dni. W maju 2022 roku, jeszcze jako gracz Realu, strzelił z Cadiz, po czym na kolejne trafienie czekał do marca ubiegłego roku. Wtedy pomocną dłoń wyciągnęła do niego reprezentacja Dominikany, do której wrócił po 12 latach. Wystąpił w sparingu z Portoryko i przełamał dramatycznie niechlubną serię.
Kolejne wertepy
Wspomnianym występem w kadrze delikatnie przypomniał światu o swoim istnieniu. Niedługo potem trafił do Deportivo Alaves, które potrzebowało “dziewiątki” po odejściu Kike Garcii do Espanyolu. Mariano na wstępie podkreślał, że zostawił za sobą problemy zdrowotne, jest w dobrej formie i nawet jako zawodnik bez klubu codziennie trenował na pełnych obrotach. Mógł tym samym rozpalić oczekiwania kibiców z Estadio Mendizorrotza.
- Nie było ani jednego momentu, w którym pomyślałbym o przejściu na emeryturę. Wiedziałem, że muszę być cierpliwy i w końcu zostanę za to wynagrodzony. Kocham piłkę, poza rodziną to całe moje życie. W trudnych momentach najważniejsza jest siła mentalna, trzeba myśleć pozytywnie i czekać na szansę, z której możesz skorzystać. Taki już jestem, że nigdy się nie poddaję - podkreślał w rozmowie z Guillermo Raiem.
Poprzedni sezon niestety był kolejnym, niezliczonym już krokiem w tył. W lidze Mariano rozegrał 10 spotkań, w których ani razu nie trafił do siatki. Błysnął jedynie hat-trickiem w Copa del Rey przeciwko CD Getxo z ósmej ligi. W grudniu przestał być powoływany na mecze. Dlaczego? Lokalne media podawały, że napastnik oraz Moussa Diarra wdali się w kłótnię z Eduardo Coudetem. Trener pytany o całą sprawę stwierdził jedynie, że piłkarze, którzy zboczyli z obranej ścieżki, muszą sami chcieć na nią wrócić. Między słowami sugerował, że akty niesubordynacji nie będą tolerowane.
La Zabawa na całego
W marcu Coudet wyfrunął z Alaves, aby objąć River Plate. Jego następcą został Quique Sanchez Flores, u którego wszyscy zaczęli z czystą kartą. Pod koniec poprzednich rozgrywek Mariano oczywiście nie grał, ponieważ nie był w rytmie meczowym, a Deportivo do samego końca musiało walczyć o utrzymanie. Dopiero w okresie przygotowawczym weteran wrócił do łask i wywalczył miejsce w kadrze. Raczej najwięksi optymiści w Baskonii nie spodziewali się jednak aż takiego wystrzału.
Diaz rozpoczął sezon od gola i dwóch asyst przeciwko Getafe. Po raz pierwszy od 2022 roku zmiennik wykręcił takie liczby w meczu ligi hiszpańskiej. Cztery lata wcześniej dokonał tego nie byle kto, bo Robert Lewandowski - przeciwko Cadiz. Z kolei Dominikańczyk poszedł za ciosem, dokładając trafienie w drugiej kolejce przeciwko Rayo. Może nigdy nie powinien dostać “siódemki” w Realu, ale teraz jak najbardziej zasługuje na numer dziewięć w Alaves.
- Mariano w najlepszej wersji nie byłby piłkarzem w naszym zasięgu. Ale mamy go i wspólnie robimy wszystko, aby utrzymał wysoką dyspozycję. Musi zrozumieć, że przeszłość to historia, przyszłość to tajemnica, a teraźniejszość jest darem. Musi wykorzystywać każdy dzień, skupiając się na pozytywnych rzeczach. Wiem, że przeżył trudny okres, dźwigał wiele na barkach, ale musi zostawić to za sobą. Wtedy będzie dla nas bardzo ważnym piłkarzem - przyznał Sanchez Flores.
Próbka jest niewielka, nikt nie wie, czy 33-latek utrzyma tę formę i np. zakończy sezon z dwucyfrową liczbą trafień. Sukcesem można jednak nazwać nawet fakt, że w ogóle gra i to na solidnym poziomie w La Liga. Nie było to takie oczywiste, kiedy spędził rok na bezrobociu, a na bramkę w oficjalnym meczu czekał prawie trzy lata. W pewnym momencie naprawdę nikogo nie zdziwiłoby, gdyby wylądował nie w kolejnym hiszpańskim klubie, a np. Wieczystej Kraków.
Z perspektywy czasu Mariano może żałować, że tak wiele lat spędził w Realu, gdzie nie był ani pierwszą, ani nawet piątą opcją w ataku. Być zawodnikiem “Królewskich” - to brzmi dumnie, aczkolwiek od etatowego siedzenia na ławce jeszcze nikt nie stał się lepszym piłkarzem. A dawny epizod w Lyonie oraz obecna forma sugerują, że tu naprawdę istniał potencjał na wielkie granie. Szkoda, że nie został wykorzystany. I to na własne życzenie.