Widzew na drodze do katastrofy. Jeden z faktów poraża. "Wygląda absurdalnie"
Widzew Łódź znów bardzo rozczarowująco wchodzi w sezon. Spojrzenie na zespół może byłoby inne, gdyby nie fatalne końcówki podopiecznych Aleksandara Vukovicia. To nie przypadek, że zespół z al. Piłsudskiego znów jest łatwy do ukąszenia, gdy mecz wchodzi w decydującą fazę.
Widzew ma już niejako po sezonie. W środę pożegnał się z Pucharem Polski, została liga. W niej trzeba oczywiście skupić się na wywalczeniu utrzymania, ale Łodzianie raczej się wywiną. Jednocześnie nic w tym momencie nie wskazuje na to, żeby mieli powalczyć o europejskie puchary. Do piątego miejsca Łodzianie wcale nie tracą dużo, ale tylko teoretycznie. Będący tam GKS Katowice, który zgromadził trzy oczka więcej, ma zaległy mecz. Podobnie jak mogąca pochwalić się takim dorobkiem Jagiellonia. Nie mówiąc o tym, że odjechały takie kluby jak Lech czy Górnik. Widzew, w drugim roku swojej rewolucji, myśli już raczej o środku tabeli.
Halo, transfery?
Da się to odczuć również za sprawą transferów. Żaden nie powalił na kolana. Ściągnięcie Karola Świderskiego jest głośne jedynie z tytułu, ale sportowo większe wrażenie robiłoby pewnie dokooptowanie Efthymiosa Koulourisa. Generalnie z nowego zaciągu nie ma się kim obecnie zachwycać poza Mario Garcią, który bardzo dobrze wygląda w ofensywie. Jusuf Gazibegović i Paulinho Boia już mają urazy, a ten drugi w debiucie z Koroną Kielce powinien wylecieć z boiska. Giannis Papanikolaou też zmaga się z problemami zdrowotnymi, póki co przez zespół tylko przemyka. Stipe Biuk w pucharze wypadł przeciętnie, natomiast Darian Males ledwo wszedł na murawę. Na pierwsze spotkanie czeka jeszcze Dani Silva, co nie dziwi, bo Duńczyka ściągnięto we wtorek.
Na ferowanie wyroków jeszcze za wcześnie, ale na pierwszy rzut oka za dużo tu bylejakości. Wzięto zaciąg zagranicznych zawodników (obecnie w pierwszym zespole Widzewa jest ośmiu Polaków, a siedmiu, jeśli skreślić kontuzjowanego Szymona Czyża), którzy są niegotowi na tu i teraz. To schemat znany z poprzednich okienek, z których klub odkręca się wypożyczając Osmana Bukariego, Andiego Zeqiriego czy rozwiązując umowę Papy Meissy Ba. Coś mi podpowiada, że podobny los czeka przynajmniej kilku piłkarzy ściągniętych tego lata.
Widzew przykręcił kurek z pieniędzmi, szuka okazji, ale, było nie było, sięgnął po ośmiu nowych piłkarzy. Zatrważające, że wśród nich jest tylko jedna “dziewiątka”, w dodatku taka, która nie może funkcjonować samodzielnie na środku ataku. Mimo tego Aleksandar Vuković ma do dyspozycji dwóch napastników - Świderskiego właśnie i Sebastiana Bergiera. Tyle, na tym koniec. Jeśli do końca okienka nie uda się ściągnąć żadnego konkretnego snajpera, pozostanie mi tylko współczuć kibicom Łodzian. Jak ta drużyna ma wygrywać cokolwiek z taką obsadą ataku?
Bergier i Świderski mają swoje zalety, jednak nie w tak skonstruowanym, czy właściwie zdekonstruowanym zespole. Duet napastników nie daje ci absolutnie niczego. Pewnie ktoś jeszcze do Widzewa dołączy, ale raczej zawodnik nieprzekonujący na pierwszy rzut oka. To dziwne o tyle, że Robert Dobrzycki powinien być już zmęczony przeciętniactwem. A jednak jego podwładni wciąż biorą piłkarzy wielu, ale nie takich, którzy gwarantują konkrety. Biorą ich niegotowych, przepłaconych, a na dodatek bardzo późno, co negatywnie odbija się na wprowadzeniu do drużyny.
Bezradność Vukovicia
Vuković wywiązał się z trudnego zadania, utrzymał zespół w Ekstraklasie. Uznano to za wystarczający powód do zatrzymania Serba na stanowisku. Niejako rozumiem, bo zwolnienie szkoleniowca, który zrealizował plan, nie należy ani do rzeczy łatwych, ani powszechnie rozumianych. Tylko czy istniały głębsze powody, żeby ten związek ciągnąć? “Vuko” to znakomity specjalista, jeśli chodzi o gaszenie pożarów, jednak w dotychczasowej karierze zbudował niewiele. Widzew tymczasem, przynajmniej teoretycznie, ma ambicje wykraczające dużo dalej niż bycie średniakiem.
Tymczasem, na jaki parametr nie spojrzymy, tam Łodzianie wypadają przeciętnie. Należy oczywiście pamiętać, że wciąż operujemy na małej próbce, a kilka drużyn ma mniej rozegranych meczów, ale wciąż: Widzew nie blokuje 77% uderzeń rywala (6. najgorszy wynik), xGA na poziomie 9,99 (5. najgorszy wynik), rywale oddają celne strzały na poziomie 37% (3. najgorszy wynik), posiadanie piłki na poziomie 46% (2. najgorszy wynik). Widzew operuje bardzo prostymi środkami, nieco nawet prostackimi.
Vuković nie jest zainteresowany rozgrywaniem piłki od bramki, nigdy nie był. Ale to nie do końca efekt braku odpowiednich wykonawców. Nikt mnie nie przekona, że Łodzianie mają w tym momencie gorszą kadrę niż Piast, a to właśnie ekipa Daniela Myśliwca przewodzi (!) w Ekstraklasie pod względem posiadania piłki i podań. Tego samego Myśliwca z Widzewa pogoniono, a Widzew poszedł w zupełnie inną stronę. Pochłonęła go mania natychmiastowych wyników. W pewnym sensie nie było wyjścia, spadek zaglądał bardzo głęboko w oczy. Problem w tym, że po utrzymaniu nadeszło lato, a lato zmarnowano.
Wyniki już nie bronią Vukovicia. Pierwszy raz od 12 lat Widzew wygrał tylko jeden z siedmiu pierwszych meczów w sezonie. O tym, jaki był efekt, nikt w Łodzi nie chciałby pamiętać. A może warto.
A może oni są słabi *tu*?
Bo ewidentny kryzys związany z rezultatami nie pozostaje problemem samym w sobie. Ważne są te czynniki, które się na niego składają. Widzew wygląda na drużynę słabą w dużej mierze pod względem mentalnym. Jedna statystyka wygląda wręcz absurdalnie - Michał Zachodny podał, że za kadencji Vukovicia 1 z 66 zawodników, który wszedł na boisko z ławki, strzelił gola. Jeden!
Można zwrócić uwagę na indywidualności, pewnie nawet trzeba. Mariusz Fornalczyk z Koroną znów wyglądał na ugotowanego, zdecydowanie zasłużył na czerwoną kartkę. Chociaż skrzydłowy nieźle wszedł w sezon, jedynym trenerem klubowym, który tak naprawdę potrafił do niego dotrzeć i uwypuklić walory piłkarskie, pozostaje Jacek Zieliński. Emil Kornvig natomiast jest gdzieś po drugiej stronie medalu i wygląda, jakby nie interesowało go nic. A kiedy nachodzi końcówka spotkań, to negatywna energia rozlewa się na cały Widzew. Nie ma równie słabej drużyny w ostatnich 20 minutach. Schemat, widoczny już w poprzednim sezonie, może w końcu zatopić Łodzian.
Tylko w tym sezonie Widzew:
- odpadł z Pucharu Polski po golu w 73. minucie,
- przegrał z Lechem Poznań po golu w 96. minucie,
- zremisował ze Śląskiem Wrocław po golach w 78. i 89. minucie.
Sporo, jak na siedem meczów. Do tego należy dodać, że Łodzianie nie utrzymali korzystnego wyniku z Koroną i Motorem Lublin. Poza tym zaliczyli bezbramkowy mecz z Wisłą Płock i niespodziewanie wygrane starcie z Jagiellonią Białystok. W pierwszej połowie tamtego starcia Widzew uratował Bartłomiej Drągowski, w drugiej pucharowicza udało się faktycznie zaskoczyć i wypunktować. Sumarycznie jakieś półtora udanego meczu, co staje się znakiem rozpoznawczym dla całego projektu Wielkiego Widzewa. Ten zespół nie potrafi zabić spotkania, a gdy rywal wchodzi na wyższe obroty, rozkłada ręce.
Od momentu przejęcia sterów przez Dobrzyckiego klub zdobył 58 punktów w 49 spotkaniach. Ze wszystkich drużyn, które w tym momencie przewinęły się przez Ekstraklasę, gorzej wypadają jedynie Wisła Płock (39 meczów), Arka Gdynia (36), Termalica (34), Śląsk Wrocław (18), Wisła Kraków (10), Stal Mielec (8), Wieczysta (3) i Puszcza (3). Widzew trzyma się blisko Lechii, Piasta, Radomiaka, Motoru, Korony i Cracovii. Bardzo bolesna lekcja. Może w końcu zostaną z niej wyciągnięte wnioski. Pewnego dnia rozgoryczenie przy al. Piłsudskiego zniknie, ale nie sądzę, aby stało się to dziś.