Widzew robi kolejny głośny transfer! "Daje drużynie więcej opcji"

Nieco w cieniu rozkręcającego się mundialu polskie kluby zaczynają rozpychać się łokciami i szukać miejsca na rynku transferowym. Najwięcej uwagi zdaje się skupiać Lech, ale to do Widzewa może należeć najgłośniejszy ruch początku okienka. Czy tym razem Łodzianie w końcu trafią? Czy Karol Świderski to dobry pomysł?
Kilka wielkich transferów Widzewa - wykładającego w poprzednim sezonie niespotykane w polskich warunkach blisko 23 mln euro - okazało się udanych. W tym gronie nie ma oczywiście Osmana Bukariego, który pozostaje największą wpadką, być może nawet w całej historii Ekstraklasy. Nikt przecież nie kosztował więcej, a niewielu dało swojej drużynie mniej. Co zaś szczególne w przypadku Bukariego, to kompletny brak zaufania ze strony Aleksandara Vukovicia. Ghańczyk nie oderwie łatki, bo po prostu nie gra. Serb nie chciał na niego stawiać nawet wtedy, gdy Łodzianie walczyli o przetrwanie i potrzebowali goli.
Widzewowi udał się transfer Przemysława Wiśniewskiego, a i ze Steve'a Kapuadiego są w Łodzi raczej zadowoleni. Spore nadzieje pokłada się ponadto w Emilu Kornvigu, Sebastianie Bergierze, Bartłomieju Drągowskim czy Mariuszu Fornalczyku. Skuteczność ruchów nie wyniosła nawet 50%, lecz nie warto całego narybku spisywać na straty. Tamto okienko, inauguracyjne dla Widzewa po wielkich rozpoczęciu wielkich inwestycji Roberta Dobrzyckiego, powinno stanowić przede wszystkim lekcję, okazję do wyciągnięcia wniosków i minimalizacji błędów w przyszłości. Czy tak się w istocie stanie?
Drugi do tanga
Widzew nie chce wydawać tyle, ile w poprzednim sezonie. Klub musi się otrząsnąć i odejść od płacenia frycowego za samo bycie Widzewem. Posiadanie gigantycznych możliwości finansowych nie obliguje do tego, aby za właściwie każdego zawodnika przepłacać. Dobrze pokazuje to sytuacja z Karolem Świderskim. Reprezentant Polski ma kosztować milion euro.
Łodzianie długo negocjowali z Panathinaikosem, zainteresowanie "Świderkiem" pojawiło się już w zimowym okienku. Wtedy jednak do porozumienia nie doszło. Teraz Grecy, mający słabszą pozycję negocjacyjną wobec jeszcze mniejszego znaczenia napastnika w układance pożegnanego już Rafaela Beniteza, skłaniają się ku warunkom Widzewa. I właśnie ten milion sprawia, że ściągnięcie 29-latka wydaje się grą wartą świeczki. To nie tylko kwota mała w realiach Widzewa, ale, co za szczęście, powoli także całej Ekstraklasy.
Dla Świderskiego przewidziano rolę drugiego snajpera. Nie w znaczeniu bycia rezerwowym, ale napastnika pracującego na Sebastiana Bergiera. Taki układ wydaje się oczywisty wobec poprzedniego, bardzo dobrego sezonu w wykonaniu byłego gracza GKS-u Katowice, ale nade wszystko charakterystyki samego Świderskiego. To nigdy nie był zawodnik gwarantujący zdobycie kilkunastu bramek. W ostatnich 10 latach taka sztuka udała mu się pięciokrotnie, a rekordem pozostaje 15 strzelonych goli.
Trudno przy tym postrzegać duet Bergier - Świderski jako archetyp niskiego i rosłego napastnika. Są zawodnikami bardzo zbliżonymi wzrostem, żaden też nie jest demonem szybkości. Pod względem dynamiki zdecydowanie odstają od Afimico Pululu, również łączonego z transferem do Łodzi. Jako się jednak rzekło - Widzew przepłacać nie będzie i skoro bierze Świderskiego, rezygnuje z gwiazdora Jagiellonii. Tym samym Łodzianie zamierzają grać "dziewiątkami" względnie do siebie zbliżonymi, chociaż na pewno nie w takim zakresie jak Bergier z szalenie rozczarowującym Andim Zeqirim. W ustawieniu ze Szwajcarem obowiązki się rozmywały i żaden z piłkarzy nie był w stanie pokazać umiejętności. Nic więc dziwnego, że z takiego rozwiązania "Vuko" korzystał nader rzadko, a nigdy od pierwszej minuty.
Kolejny powrót
Świderski jest zawodnikiem zupełnie innym niż Pululu, przede wszystkim w kwestii rozegrania. Piłkarz Jagiellonii wyróżniał się na plus w Ekstraklasie, natomiast gracz Panathinaikosu wypadał w Grecji co najwyżej przeciętnie. Pululu charakteryzuje nie tylko lepsza dokładność podań, ale nade wszystko zaangażowanie w kreowanie akcji. Potrafi, w przeciwieństwie do reprezentanta Polski, zabrać się z piłką i ruszyć na bramkę rywala. "Świder" tego nie ma, w Grecji wypadał pod tym względem gorzej niż większość napastników.
Pululu był także czołówką, jeśli chodzi o strzały - 22% celnych uderzeń kończyło się trafieniem, to wynik niemal elitarny. W wypadku Świderskiego mówimy o rezultacie znacznie, znacznie gorszym - 14,29%, co znów plasuje go w ogonie zawodników w Grecji. Nic więc dziwnego, że Panathinaikos zdecydował się sprzedać zawodnika, który grał dość mało, a otrzymanych szans zwyczajnie nie wykorzystywał. Z drugiej strony należy mieć na uwadze, że główny rywal Polaka, Grek Andreas Tetteh, uderzał ze skutecznością raptem 12,33%.
Wspomniane statystyki działają na niekorzyść Świderskiego i w istocie wydaje się, że Polak jest gorszym typowym napastnikiem niż Pululu. Przebija lidera ekipy Adriana Siemieńca właściwie wyłącznie pod względem liczby kontaktów z piłką w polu karnym i wygranych pojedynków główkowych. Jeśli więc Widzew miałby kupować główną "dziewiątkę", pewnie postawiłby na Pululu. Ale Świderski daje Widzewowi więcej opcji.
Nade wszystko w oczywisty sposób umożliwia grę na dwóch snajperów. W takim układzie Świderski najlepiej wyglądał też w reprezentacji, gdzie korzystał z gry za plecami Roberta Lewandowskiego. Kiedy w Świderskim upatrywano jedynego napastnika, nie kończyło się dobrze. Wątpliwe więc, aby w Widzewie otrzymał takie zadanie. Aleksandar Vuković zdaje się szykować kilka zmian taktycznych, chociaż najpewniej pozostanie przy hołdowaniu prostym środkom i sporej liczbie górnych piłek. To również pasuje Świderskiemu, bardzo dobrze radzącemu sobie w powietrzu.
Wreszcie zaś 29-latek pokazuje, że Widzew będzie kontynuował przyjętą taktykę sprowadzania reprezentantów Polski. To ważne nie tylko pod względem sportowym, ale i marketingowym. Mówimy przecież o absolutnie podstawowym zawodniku dla każdego kolejnego selekcjonera biało-czerwonych. Być może w ostatnim czasie wydawało się, że Świderski otrzymuje powołania wyłącznie dla zasady, a jego występy na kolana nie rzucały, lecz Łodzianie podjęli podobne ryzyko z Drągowskim oraz Wiśniewskim. I chociaż względem nich były pewne zarzuty (szczególnie dotyczące bramkarza), to nikt w klubie nie uzna, że jest czego żałować.