Katastrofa Widzewa, a Vuković zaprzecza sam sobie. "To nam się udało"
Widzew raz za razem ma mecz ostatniej szansy, ale konsekwentnie nic sobie z tego nie robi. Ta drużyna, grająca jak z Legią, zwyczajnie nie zasługuje na Ekstraklasę.
"Antyfutbol" ma się świetnie we współczesnym świecie piłki, czego przykładem dla wielu jest Arsenal, a najlepszym w ogóle wydaje się Getafe. Istnieje jednak diametralna różnica między tym, co robią podopieczni Mikela Artety czy Jose Bordalasa, a tym, co próbuje robić Widzew. A właściwie tym, czego Widzew nie próbuje.
Pierwsza połowa spotkania z Legią była karygodna i to w wykonaniu obu zespołów. Czasami na TikToku wyświetlają mi się mecze seniorów w futbolu chodzonym, gdzie zawodnicy (i zawodniczki), często naprawdę leciwi, wykazują się po stokroć większym zaangażowaniem. W tym, co widzieliśmy przy Łazienkowskiej, nie było nawet zaangażowania, które rekompensowałoby piłkarskie niedostatki. Trudno uwierzyć, że piłkarze biorący udział w tym spektaklu uprawiają ten sam zawód, co gracze PSG i Bayernu.
Ktoś powie, że przesadzam, że się zbyt wyzłośliwiam. Nie mogę jednak przejść obojętnie wobec dysonansu. W środę zobaczyłem najlepszy mecz w tym sezonie, w piątek zdecydowanie najgorszy. Sprawy nie ratuje wyraźnie lepsza druga połowa - startowano z poziomu zerowego, poprzeczkę udało się podnieść o kilka milimetrów. W dodatku przede wszystkim Legii, bo Widzew był niezmiennie fatalny.
Ta drużyna pokazała, że potrafi zagrać odważnie i przynosi to wymierne efekty - trzy punkty zainkasowane w starciu z Motorem dały Łodzianom oddech. Jednocześnie ta drużyna pokazała, że chowanie głowy w piasek to zgubna taktyka. Nie zakończyło się to dobrze ani z Radomiakiem, ani z Legią. Widzew bezwzględnie oddał pole rywalom i został przykładnie skarcony.
Drużyna mierząca się z bezpośrednim rywalem o utrzymanie nie może sobie pozwolić na oddanie jednego celnego strzału, w dodatku zupełnie niegroźnego dla bramkarza. Widzewowi powinno zależeć na zwycięstwie, tymczasem wystarczającym podejściem wykazali się wyłącznie kibice i może Fran Alvarez. Zespół znów wyszedł na boisko z myślą byle nie przegrać, a co gorsza nie potrafił zrealizować nawet tak zawstydzającego planu.
Widzew stracił gola w nieprawdopodobnych okolicznościach, jednak o kłopoty prosił się już wcześniej. Swoją niezłą okazję miał Rafał Adamski, gola powinien strzelił Jean-Pierre Nsame. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że "Wojskowi" zrobili więcej, żeby osiągnąć korzystny wynik, a przecież w gruncie rzeczy zrobili bardzo niewiele.
W zespole Aleksandara Vukovicia nie ma mentalności wystarczającej na utrzymanie w Ekstraklasie. Serb poświęcił charakter zespołu na ołtarzu minimalizmu, nie zadbał o balans, czego znacznie bliżej jest choćby Marek Papszun. Widzew podchodzi do większości spotkań w sposób zerojedynkowy, a kiedy coś się w jego planie wywraca - najczęściej w końcówkach - nie potrafi wstać z kolan.
Z całego kilkudziesięciomilionowego zaciągu pochwalić można czterech, pięciu piłkarzy, chociaż to i tak dość optymistyczne rachunki, biorąc pod uwagę błędy popełniane przez Bartłomieja Drągowskiego. To fatalny bilans, ale jeszcze mniej optymistycznie mogą wyglądać wyliczenia poświęcone trenerom. "Vuko" wydawał się najlepszym rozwiązaniem na walkę o utrzymanie, ale nawet tak doświadczony w Polsce trener nie wytrzymuje konfrontacji z powierzonym mu zadaniem. Zdaje się też zaprzeczać sam sobie.
- Pomysłem na grę było zminimalizowanie zagrożenia pod naszą bramkę ze strony Legii, co myślę nam się udało, poza jednym zamieszaniem, także po stałym fragmencie gry. Uważam, że zrobiliśmy to bardzo dobrze. (...) Nigdy nie zakładam gry na remis, choć czasami można odnieść takie wrażenie. Szukamy sposobu na poprawę gry w ofensywie, w poprzednim spotkaniu się to udało, dzisiaj wyglądało to gorzej. Ale na pewno nie było takiego założenia - stwierdził na pomeczowej konferencji, cytowany przez WTM.
Vuković upiera się również, że nawet punkt nie zmieniłby położenia Widzewa, bo wciąż obowiązkowa pozostawała dobra postawa w trzech ostatnich kolejkach. Pozwolę się z tym nie zgodzić. Podział punktów przy Łazienkowskiej miałby gigantyczne znaczenie psychologiczne, w dodatku trzymałby w zasięgu ręki największego rywala w lidze. Brak choćby punktu skazuje Łodzian na łaskę cudu. Muszą wygrać przynajmniej dwa z trzech spotkań.