Widzew znów przepala kasę. Kolejny transfer, w który trudno uwierzyć

Siostra zbiera aktorów, Widzew Łódź piłkarzy. Problem w tym, że to hobby nieporównywalnie droższe z tym kazikowego brata, a i pod względem generalnej koncepcji wydaje się wypadać słabiej.
Widzew pokazuje, że może. A właściwie robi to Robert Dobrzycki, który na swój ukochany klub przeznacza więcej pieniędzy niż ktokolwiek śmiał przypuszczać. Ponad 20 milionów euro wyłożonych na kwoty odstępnego to wynik spotykany bardziej w Bundeslidze niż Ekstraklasie. A przecież suma po stronie Łodzian będzie jeszcze większa, bo w drodze do klubu jest Steve Kapuadi. Nikt więc nie stwierdzi, że w Widzewie nie ma funduszy. Problemem pozostaje plan sportowy.
Euforia po spotkaniu z Wisłą okazała się krótkotrwała. Już w następnej kolejce Widzew zremisował z Cracovią w spotkaniu, w którym każda ze stron usilnie walczyła o to, aby zaprezentować się słabiej. W sytuacji Widzewa każdy punkt jest oczywiście cenny, ale styl jego zdobycia był wielce nieprzekonujący, a i końcowy wynik niknął gdzieś wobec wygranych Legii oraz Pogoni. Po weekendzie Łodzianie znów zawitali do strefy spadkowej i nieprędko ją opuszczą, jeśli będą dalej grali w ten sposób.
Dotychczasowe wyniki Widzewa są dowodem na to, że pieniądze w futbolu mają gigantyczne znaczenie, ale pod warunkiem, że są wydawane z głową. Widzew natomiast przepłaca i nie potrafi się zatrzymać. W całym zalewie zawodników trudno znaleźć takiego, którego cena w pełni odzwierciedlałaby umiejętności. Nie chodzi nawet o Mariusza Fornalczyka, bo ten - wbrew liczbom - jest najlepszym skrzydłowym zespołu. Bardziej o Andiego Zeqiriego, Osmana Bukariego, Samuela Akere czy Steliosa Andreou. Żaden nie wniósł oczekiwanej jakości, a Widzew, chociaż niektórzy starają się czarować rzeczywistość, nie może czekać. Drużynie bliżej do spadku niż miejsca pucharowego, co trzeba kwalifikować jako porażkę, chociażby w klubie zarzekano się, że trwający sezon to okres przejściowy.
Ale, jako się rzekło, bez koncepcji trudno funkcjonować. Jej brak pokazuje między innymi kwestia środkowych obrońców. Widzew przedłużył kontrakt z Mateuszem Żyrą, a na Andreou, Przemysława Wiśniewskiego, Ricarda Visusa i Kapuadiego przeznaczył ponad osiem milionów euro. Kupa kasy. Przecież Łodzianie tylu piłkarzy nie potrzebują - Igor Jovićević nie gra formacją z trzema stoperami, ustawienie nie było również realnie testowane podczas okresu przygotowawczego. Trzech graczy niejako się więc marnuje, a co za tym idzie marnują się środki konsekwentnie wyciągane z przepastnej kieszeni Dobrzyckiego.
Nie brakuje argumentów, że Widzew na to stać, bo stać pana Roberta, ale jakie to ma znaczenie? Czy różnica między obecną Legią a Widzewem ma polegać przede wszystkim na tym, że jedni przepłacają, chociaż nie mogą, a drudzy przepłacają, ale w razie konieczności ich właściciel przepłaci raz jeszcze? Czym na ten moment różni się kupno takiego Zeqiriego od Milety Rajovicia?
Nie daję również wiary w to, że Łodzianie muszą przepłacać, bo są na początku swojej drogi ku wielkości. To słabiutki argument w świetle tego, jak wielu kapitalnych fachowców pracuje w Polsce i znacznie skuteczniej działa z mniejszymi budżetami. Aktualne podejście Widzewa niczym nie różni się od brzęczkowego "Krystian, próbuj", za które selekcjoner był przecież bezlitośnie krytykowany. Efekt tych prób pozostaje zaś bliźniaczo podobny.
Brak wyciągnięcia wniosków pokazuje transakcja Kapuadiego. Ruch imponuje pod względem samego faktu wyciągnięcia podstawowego zawodnika Legii przez polski klub, co nie wydarzyło się od jakichś 30 lat, ale czy idzie za tym coś więcej niż bicie wewnętrznego rekordu? Widzew jest bardzo skuteczny, jeśli chodzi o prężenie muskułów, lecz wystarczy nieco poskrobać powierzchnię, aby zobaczyć, że to, co wydawało się złotem, okazuje się tylko posrebrzane.
Kapuadi był w ostatnich tygodniach krytykowany za swoją postawę. Cała Legia grała (gra) słabo, ale stoper nie wybijał się ponad ogólny marazm. Mowa o zawodniku sprawdzonym w Ekstraklasie, jednak niedającym się sklasyfikować jako gwiazda rozgrywek. To nie tak, że Widzew bije rekord i bierze bezwzględnie najlepszego defensora w Polsce. Bierze zawodnika z problemami i ograniczeniami. Trudno mówić o złowieniu rynkowej okazji. Nawet w kwestii lewonożnych obrońców ten transfer można zakwestionować - mniej kosztowali choćby Jordan Torunarigha i Tarik Muharemović, czyli podstawowi zawodnicy HSV oraz Sassuolo.
Kapuadi nie poszedł do Włoch, bo tamtejsze kluby nie były w stanie spełnić żądań Legii. Widzew zapłaci stołecznym mniej niż Torino, ale zrobi to od razu. Nic więc dziwnego, że "Wojskowi" zaakceptowali takie warunki. Dariusz Mioduski, niczym biznesmen z krwi i kości, zgodził się zejść nieco z ceny pod warunkiem płatności gotóweczką. To tym bardziej zrozumiałe, że kondycja finansowa Legii pozostaje niestabilna od czasów, gdy na naszej planecie biegały dinozaury. Legia potrzebuje kasy na teraz, a manna zaczęła spadać z nieba. Tylko głupi by się nie skusił.
Podobnie do sprawy musiał podejść Kapuadi, na którego czeka kontrakt życia. Gość może rozgościć się w Polsce na kolejne lata, zaaklimatyzować, nawet założyć rodzinę. Różne są wersje dotyczące tego, ile 27-latek będzie inkasował, z moich informacji wynika, że około 900 tysięcy euro. Za sezon, rzecz jasna. To więcej niż proponowało Torino, a piłkarzowi odpadł kłopot związany z koniecznością całkowitej zmiany otoczenia. Po co wyjeżdżać na Bliski Wschód, skoro mamy szejków w domu?