167 mln euro w błoto?! Szokujące, co zrobił Real Madryt

167 mln euro w błoto?! Szokujące, co zrobił Real Madryt
ninopavisic / shutterstock
Mateusz - Jankowski
Mateusz JankowskiDzisiaj · 10:00
Drogo nie znaczy dobrze. Przed startem tego sezonu Real Madryt dokonał wielu sporych inwestycji na rynku transferowym. Po roku większość z tych ruchów po prostu się nie broni. Efekt? Praktycznie przegrana walka o mistrzostwo Hiszpanii, które już w ten weekend może zapewnić sobie FC Barcelona. Transmisja El Clasico w tę niedzielę o 21:00 w Eleven Sports 1, początek studia z Barcelony o 19:30.
167,5 mln euro - tyle w ubiegłym roku wydał Real Madryt na kwoty odstępnego. Na Santiago Bernabeu przenieśli się Trent Alexander-Arnold, Alvaro Carreras, Dean Huijsen i Franco Mastantuono. Zawodnicy młodzi, na pewno utalentowani i w większości na pozycjach, które wymagały wzmocnienia w ekipie “Królewskich”. Na papierze wszystko się zgadzało. Rzeczywistość na razie weryfikuje jednak dobre intencje włodarzy.
Dalsza część tekstu pod wideo
Nowe nabytki zdecydowanie nie zasługują na miano fantastycznej czwórki. O ich przydatności wiele mówi fakt, że w potencjalnie najważniejszym meczu sezonu, czyli rewanżu z Bayernem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, tylko Trent był w podstawowym składzie. Mastantuono rozegrał kilka minut w końcówce, a Huijsen i Carreras nie wstali z ławki. To nie powinno tak wyglądać w przypadku zawodników, którzy teoretycznie mieli stanowić o sile zespołu.

Trent Alexander-Arnold - 10 mln euro

Zdecydowanie najlepszy ruch z ubiegłorocznego zaciągu. “Królewscy” mogli nawet ściągnąć prawego obrońcę bez płacenia Liverpoolowi, ale nie chcieli czekać do 1 lipca, kiedy wygasała mu umowa. W czerwcu przelali zatem 10 mln euro, aby Trent zadebiutował już na Klubowych Mistrzostwach Świata. Podczas tamtego turnieju Anglik zaliczył asysty z Juventusem i BVB, w sumie ma na koncie siedem otwierających podań w barwach “Los Blancos”. Na etapie rozegrania robi dokładnie to, czego od niego wymagano.
Problemem Anglika pozostaje gra w tyłach, co nie powinno nikogo dziwić. W tym sezonie wygrywa tylko 37% pojedynków w defensywie. Wiadomo jednak było, że skoro przez długie lata na Anfield nie stał się ścianą nie do przejścia, to w Madrycie raczej nie dojdzie do spektakularnego przełomu. Mimo wszystko widoczne braki w sztuce obronnej stara się nadrabiać elitarnymi umiejętnościami w zakresie kreacji. Real wiedział, że bierze defensora, który myśli głównie o grze do przodu i dokładnie takiego dostał. Tak naprawdę jedynym problemem 27-latka są kwestie zdrowotne, bo z powodu urazów przegapił aż 22 mecze Madrytczyków. Kiedy jednak już jest na boisku, to trudno mieć do niego większe zarzuty.

Alvaro Carreras - 50 mln euro

Chyba największy zjazd w Realu na przestrzeni tego konkretnego sezonu. W rundzie jesiennej Carreras grał kapitalnie, był fundamentalną postacią w układance Xabiego Alonso. Tuż po zmianie trenera też nie wyglądało to źle. Wraz z biegiem czasu 23-latek tracił jednak na znaczeniu w oczach Alvaro Arbeloi. Ważnym momentem był pierwszy mecz z Bayernem, kiedy Hiszpan kompletnie zawiódł, Michael Olise raz po raz wkręcał go w ziemię. Defensor zaliczył w tamtym spotkaniu 14 strat, popełnił trzy faule, wygrał zaledwie trzy z 10 pojedynków. Praktycznie każdy rywal “Die Roten” ma problemy z francuską gwiazdą, ale są pewne granice.
Od tamtej pory 23-latek rozegrał tylko 90 minut w pięciu meczach. W międzyczasie pojawiły się doniesienia o tym, że ma na pieńku z Arbeloą. Abraham Romero z El Mundo informował o pewnych zachowaniach piłkarza, które miały zostać uznane przez trenera za nieprofesjonalne. Szczegółów nie ujawniono, zatem na razie poruszamy się w sferze domysłów. Faktem jest natomiast, że zawodnik sprowadzony za 50 mln euro spadł w hierarchii lewych obrońców na trzecie miejsce. W ostatnim spotkaniu z Espanyolem Ferland Mendy wyszedł w pierwszym składzie, po czym doznał kontuzji. Zmienił go Fran Garcia, na co Carreras zareagował jedynie uśmiechem. Mógł to być śmiech przez łzy, ponieważ jeszcze pół roku temu właściwie nikt nie przypuszczałby, że pozycja byłej gwiazdy Benfiki będzie tak słaba.

Dean Huijsen - 62,5 mln euro

Przedstawiciel nowej szkoły defensorów. I nie musi być to uznane za komplement. Huijsen zdaje się być obrońcą, który lepiej radzi sobie z piłką przy nodze niż rywalem do podkrycia. Umiejętności rozgrywania są oczywiście dużą zaletą u stopera, ale muszą one iść w parze z innymi atutami. Antonio Ruediger i Eder Militao biją młodszego kolegę na głowę pod kątem koncentracji, skuteczności w pojedynkach, boiskowej agresji w granicach rozsądku. W przypadku Niemca czasami poza tymi granicami, ale to już temat na inną dyskusję. Najważniejsze dla Realu jest to, że może ufać weteranom. Tymczasem 21-latek mecze dobre przeplata z takimi, w których nie stanowi większej przeszkody dla przeciwników.
- Real jest przekonany, że dokonał właściwego ruchu, kupując Huijsena. Ale klub widzi też, że piłkarz potrzebuje czasu, aby zaadaptować się do gry na najwyższym poziomie. Trwający sezon jest pełen wzlotów i upadków. Początek rozgrywek miał spektakularny, jednak punktem zwrotnym okazała się porażka 2:5 z Atletico. Później popadł w kryzys, doszła do tego kontuzja łydki. Kiedy Militao wrócił do zdrowia, pozycja Huijsena zaczęła być kwestionowana - pisał niedawno madrycki AS.
Huijsen powinien mieć sporo okazji na zebranie niezbędnego doświadczenia, ponieważ raczej nie straci miejsca w składzie. Militao doznał bowiem kolejnej kontuzji, Raul Asencio to kolejny z graczy zakopanych na ławce rezerwowych, a Davida Alaby zaraz nie będzie na Bernabeu. Były stoper Bournemouth nie ma zatem wielkiej konkurencji, chociaż będzie musiał pokazać znacznie więcej, aby pozostać w Madrycie na długie lata.

Franco Mastantuono - 45 mln euro

Zawód. W rundzie jesiennej Xabi Alonso dość odważnie stawiał na niedoświadczonego Mastantuono. Argentyńczyk miewał dobre momenty, chociaż brakowało mu liczb. Zbliża się koniec sezonu, a jego statystyki wciąż prezentują się naprawdę mizernie. Od ofensywnego gracza Realu trzeba wymagać więcej niż trzech goli i asysty po rozegraniu 1300 minut. Zwłaszcza, że udziały przy bramkach kolekcjonował w starciach z Levante, Kajratem, Albacete i AS Monaco, czyli rywalami z niekoniecznie najwyższej półki. Od lutego spędził na murawie 207 minut w 19 meczach, zbierając w tym czasie więcej czerwonych kartek niż punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. Na przestrzeni sezonu jego celność dośrodkowań wynosi 32%, skuteczność dryblingów 39%, średnio jeden na pięć strzałów leci w światło bramki. Wygląda to źle, żeby nie powiedzieć fatalnie.
- Franco stopniowo tracił na znaczeniu, aż w końcu praktycznie zniknął. Jedynie sporadyczne przebłyski nie wystarczyły, aby utrzymać miejsce w składzie. Nikt w Realu nie wątpi w jego talent, ale pojawia się pomysł, aby trafił do mniej wymagającego środowiska, gdzie mógłby lepiej się rozwinąć. Jego przypadek może przypominać niedawną sytuację Endricka, który odrodził się na wypożyczeniu w Lyonie - opisał Joel Del Rio z dziennika Marca.
Wydaje się, że wypożyczenie to najlepsza opcja dla Mastantuono. 18-latek powinien trafić do drużyny, w której grałby więcej przy znacznie niższych oczekiwaniach. Spędzenie kolejnego sezonu w Realu mogłoby wstrzymać jego rozwój, zwłaszcza mając na uwadze prawdopodobne odkupienie Nico Paza z Como. On też jest lewonożnym Argentyńczykiem, który potrafi brylować jako “dziesiątka” lub prawoskrzydłowy. Dwa lata temu opuścił Madryt jako nieopierzony chłopiec, a wróci, będąc dojrzałym piłkarzem. Franco powinien wzorować się na starszym koledze z kadry.
***
Przebieg tego sezonu pokazuje, że wielkie transfery nie muszą być gwarantem sukcesu. Real najprawdopodobniej przegra walkę o mistrzostwo z Barceloną, której sytuacja finansowa wciąż jest bardzo daleka od ideału. Rok temu Katalończycy wydali tylko 27,5 mln euro na Joana Garcię, Roony’ego Bardghjiego i Marcusa Rashforda. Następcą Inigo Martineza musiał zostać Gerard Martin awaryjnie przesunięty na środek obrony. W zimie jedynym usprawnieniem Katalończyków było wypożyczenie Joao Cancelo, którego Simone Inzaghi skreślił w Al-Hilal. Umówmy się, to nie były ekskluzywne wzmocnienia.
Koniec końców to zespół spinany na trytytki przystąpi do El Clasico z 11-punktową przewagą i szansą na przypieczętowanie mistrzostwa w starciu z bezpośrednim rywalem. Widocznie sprawdzają się słowa, że pieniądze to nie wszystko.

Przeczytaj również