Wielki klub spadnie po 26 latach?! Kibice mają dość, ruszyli na piłkarzy
Sevilla stoi nad przepaścią. Cztery porażki z rzędu wpędziły ją w strefę spadkową na zaledwie pięć kolejek przed końcem rozgrywek, a dane malują coraz bardziej ponury obraz klubu, który nie może sobie poradzić z wieloma kwestiami.
- Nie mam słów. Walczyliśmy przez 90 minut, a przegraliśmy w ostatnim momencie. Musimy dać z siebie więcej na boisku. Nie zamierzam zapisać się w historii tego klubu jako ktoś, kto doprowadził drużynę do spadku - mówił po przegranym 1:2 meczu z Osasuną Neal Maupay. On akurat nie powinien mieć do siebie większych pretensji, bo jako pierwszy wpisał się na listę strzelców. Zawiedli inni.
Obrońca Sevilli, Gabriel Suazo, wciąż wierzy, że zespół nie utonie. - Niesamowicie bolesna porażka. Pewnie dzisiaj nie zasnę. Musimy iść naprzód, walczyć, nie ma innej drogi. Wciąż jest pięć finałów do rozegrania, żeby utrzymać się w La Lidze - stwierdził.
Luis Garcia prowadzi Sevillę od marca. Z miernym skutkiem. Wyniki drużyny są żałosne, ale słuchanie trenera na konferencjach prasowych to czysta przyjemność. Po porażce 0:2 z Levente w zeszłym miesiącu zakomunikował: powiedziałem piłkarzom, że ich nie rozpoznaję. Chcą się tylko pozbyć piłki. Boją się rozgrywać, to nienormalne. Kompletnie tego nie rozumiem. Jesteście piłkarzami, powinniście w końcu wykonywać swój zawód.
Pod wodzą Garcii ekipa z Andaluzji zanotowała cztery porażki i jedno zwycięstwo, wydawało się znaczące, bo z Atletico Madryt 2:1. Ale prawda jest taka, że “Rojiblancos” przyjechali na Estadio Pizjuan z młodym składem, a Diego Simeone oszczędzał swój pierwszy garnitur, mając z tyłu głowy starcia w Lidze Mistrzów. Nikt nie ma wątpliwości. Tak źle w czerwonej części Sewilli jeszcze nie było.
Wojna domowa
Trzeba powiedzieć jednak, że epicentrum trzęsienia ziemi, które wstrząsnęło ekipą, nie wykryto na boisku, ale w najwyższych kręgach. Zacięta walka o kontrolę nad akcjonariuszami pogrążyła Sevillę w nieustannym koszmarze prawnym. Bohaterami kilkuletniego konfliktu są ojciec i syn. Były prezes Jose Maria del Nido Benevente oraz jego pierworodny, obecny szef zarządu - Jose Maria de Nido Carrasco.
Benavente robi, co może, by odzyskać władzę i publicznie atakuje swojego syna, nazywając obecne rządy “najgorszymi w historii”, podczas gdy syn zarzuca ojcu przedkładanie własnych ambicji ponad dobro klubu. To patowa sytuacja, w której największy akcjonariusz próbuje obalić obecnego prezesa i jego sojuszników, a obie strony regularnie spotykają się w sądzie.
Nieustanna wojna na górze ma bezpośrednie przełożenie na kondycję Sevilli. Klub zmaga się z deficytem i koniecznością cięcia kosztów, co utrudnia rywalizację na rynku transferowym. Przez dwie dekady sukces Sevilli opierał się na mistrzowskiej formule “kupuj tanio, sprzedawaj drogo”. Ramon Rodriguez Vardejo, znany powszechnie jako Monchi, był architektem i realizatorem tego niezawodnego systemu. Jednak po jego odejściu silnik modelu zatarł się bezpowrotnie.
Kierując się ambicją podbicia Ligi Mistrzów i rywalizacji na równych zasadach z europejskimi gigantami, porzucono fundamentalne wartości. Zamiast inwestować w młode talenty, wydano ogromne sumy na doświadczonych zawodników z wysokimi pensjami, takich jak Ivan Rakitić, Papu Gomez czy Isco. Ze względu na swój wiek, nie mieli oni absolutnie żadnej wartości w kontekście odsprzedaży. Nie generując tradycyjnych, wielomilionowych zysków, które zasilały finanse, model szybko upadł.
Dymy na trybunach
Krater, jaki pozostawił Monchi, był nie do przeskoczenia. Victor Orta odziedziczył projekt w ruinie, bez miejsca w pułapie płacowym i płynności ekonomicznej, a teraz Antonio Cardon, dysponując bardzo ograniczonymi środkami, próbuje zbudować konkurencyjny skład w oparciu o wypożyczenia i wolnych agentów. Z naciskiem na “próbuje”, bo wyniki mówią same za siebie.
Kibice są zszokowani i wściekli. Trudno im się dziwić. Po porażce z Oviedo w 30. kolejce obrzucili swoich zawodników mało parlamentarnymi słowami “Sku***syny, wynoście się”. Jak to często bywa, nie oszczędzili również prezesa Jose Marii del Nido Carrasco. “Pokaż się, tchórzu!”. Tego typu okrzyki słychać od dawna.
Fani byli również obecni na boisku treningowym, niektórzy próbowali wedrzeć się na murawę z zakrytymi twarzami. Działacze wezwali nawet policję do pomocy w rozładowaniu napięcia. Chuliganów potępiła liga w specjalnym oświadczeniu. “Każdy, kto przekracza granicę między krytyką, a zastraszaniem, przestaje być kibicem, a staje się agresorem”.
Apel nic nie dał. Około 50 najbardziej agresywnych osób ze środowiska przybyło do bazy treningowej Sevilli już o drugiej w nocy, kiedy piłkarze wracali z ostatniego wyjazdowego spotkania. Kibole dążyli do starcia z graczami, a kiedy uniemożliwiła im to policja, zdemolowali ogrodzenie. Nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się uspokoić.
Ligowa ścieżka zdrowia
Sevilla należy do najbardziej długowiecznych pierwszoligowców. Ostatni raz spadła do Segunda Division jeszcze w poprzednim stuleciu, w sezonie 1999/2000. Trenowana wówczas przez ojca Marcosa Alonso drużyna, zajęła ostatnie miejsce w lidze. Dwa lata później “Blanquirrojos” wrócili do elity, bynajmniej nie po to, by walczyć o utrzymanie.
Od pierwszego sezonu zajmowali miejsca w górnej strefie tabeli, poza dziesiątkę zaczęli wypadać od kampanii 2022/23. Mimo że w tym samym czasie triumfowali w Lidze Europy, nikogo to nie zaskoczyło. Gołym okiem widać, że zespół jest niedoinwestowany. Już poprzednie ligowe rozgrywki były ostrzeżeniem, gdy Sevilla ulokowała się na ostatnim bezpiecznym miejscu.
Statystyki są bezwzględne. W ciągu ostatnich czterech sezonów Sevilla poniosła 66 porażek w La Liga, więcej niż jakikolwiek inny klub. Skończyła się rywalizacja z Realem Madryt, Barceloną i Atletico, teraz nadludzkim wysiłkiem jest konkurowanie z Alaves, Celtą czy Mallorcą.
Misja utrzymania wydaje się być ekstremalnie trudna. Wystarczy zerknąć na kalendarz. U siebie mecze z Realem Sociedad, który dopiero co zdobył Puchar Hiszpanii oraz zawsze trudnym Espanyolem. Potem zaczyna się jazda bez trzymanki. Wyjazd do walczącego o ligowe podium Villarreal, następnie powrót na swój stadion po to, by zmierzyć się z Realem Madryt. Na koniec starcie na Balaidos z Celtą Vigo.
Na pięć kolejek przed końcem sezonu zadanie Sevilli jest jasne. Albo uda im się doprowadzić do późnej remontady, by zamienić katastrofalny sezon w odkupienie, albo wyniki potwierdzą to, co już sugeruje forma: bolesny, koszący lot w dół.