Wielki klub spadnie po 48 latach?! Zadziwił wyborem trenera. Kibice są wściekli
Tottenham Hotspur pojechał po bandzie, ściągając Roberto de Zerbiego w chwili, kiedy drużyna walczy o utrzymanie, a do końca sezonu zostało raptem siedem spotkań. Włoch nigdy nie wchodził w buty “strażaka”. Jego wybuchowy charakter bardziej podpala niż gasi, a mimo to ktoś dał mu pięcioletni kontrakt z klauzulą pozostania w Londynie nawet po spadku. Odliczanie do katastrofy właśnie się zaczęło. De Zerbi gwarantuje show. Z punktami może być różnie.
O takich decyzjach mówi się, że balansują między wizjonerstwem a szaleństwem. Tottenham w tym sezonie wszystko robi źle. Odpadł już z każdego pucharu. Od stycznia nie zaliczył czystego konta z tyłu. Poza tym miał dwóch trenerów, z czego ostatni pracował 44 dni. Igor Tudor zapamiętany został w tym czasie z dwóch rzeczy: to on w meczu z Atletico ściągnął bramkarza Antonina Kinsyky’ego już po 17 minutach, a potem w innym spotkaniu pomylił Arne Slota z członkiem własnego sztabu. Obaj są łysi, więc miał na to wytłumaczenie - nie zmienia to jednak faktu, że cała scena wyglądała jakby na murawę wkroczył Frank Drebin z “Nagiej Broni”.
Tudor zostawił drużynę w rozsypce. Tottenham ostatni mecz wygrał 20 stycznia - w Lidze Mistrzów, bo żeby znaleźć takie spotkanie w Premier League, trzeba cofnąć się do grudnia. Fakty są takie, że jeden z najbogatszych klubów świata jest punkt od strefy spadkowej i pierwszy raz od 1977 roku może zlecieć z ligi. Normalnie w takim wypadku stawia się na pragmatyzm i doczołganie sezonu do końca. Tottenham nie miał mocnej karty przetargowej w rozmowach z trenerami z elity, więc zagrał all-in. Roberto De Zerbi dostał jeden z najlepszych kontraktów w lidze, aż pięć lat na umowie i spory zakres władzy. Kiedy w lutym odchodził z Marsylii, raczej niewielu wpadłoby na to, że wyląduje w północnym Londynie.
W środku wulkanu
De Zerbi, odkąd wyrobił markę w Sassuolo, nigdy nie przejmował drużyn w środku sezonu, a już na pewno nie siedem meczów przed końcem. Brighton było jedynym klubem, w którym nie miał okresu przygotowawczego, bo przyszedł w dziewiątej kolejce. W pierwszych pięciu spotkaniach wyszarpał dwa punkty, co pokazuje, że rzadko działa na błyskawicznym impulsie. Jego drużyny grają odważnie i spektakularnie, często na granicy szaleństwa. Tottenham postawił więc wszystko na jedną kartę. Nie bawi się w trenerów tymczasowych albo innych pragmatyków. Nie chce już leczyć plastrem i aspiryną. De Zerbi to poważna operacja, która albo skończy się wielkim halo, albo spektakularną klęską.
“Spurs” myśleli o nim już latem 2023 roku, kiedy ostatecznie pracę dostał Ange Postecoglou. Wrócili do tematu po zwolnieniu Australijczyka, ale wtedy De Zerbi wciąż pracował w Marsylii. Trzeci raz ten sam pomysł zaświtał, kiedy z Tottenhamem pożegnał się Thomas Frank. Włoski trener wyjechał już z Francji i czekał na nowe wyzwania - nie chciał jednak brać drużyny naprędce. Wolał poczekać do lata, by dać sobie dłuższy pas startowy. Pod tym względem praca w “Spurs” stanowi dla niego anomalię. O De Zerbim często mówi się, że to szkoleniowiec raczej na siedem lat, nie na siedem meczów. Uwielbia snuć wizje i opiera się na konkretnej idei. Rzadko jednak daje rozwiązania na “tu i teraz”.
Osłabiona marka
Był czas, kiedy jego nazwisko przyciągało takie kluby jak Bayern czy Barcelona. Namaszczony przez Pepa Guardiola robił furorę w Europie, choć zgasło to szybko po tym, jak Brighton odpadło z Ligi Europy po porażce z Romą (0:4) w marcu 2024 roku. Kłótnie z właścicielem Tonym Bloomem musiały skończyć się odejściem. De Zerbi finiszował z jednym zwycięstwem w dziesięciu ostatnich spotkaniach. Nie napisał pięknej puenty, choć wcześniej dał Brighton pierwszy w historii awans do europejskich pucharów, wypromował zawodników za grube miliony i sprawił, że mały klub z południa Anglii był na ustach wszystkich. W Marsylii potwierdził, że umie budować atrakcyjne zespoły - niestety umie też głośno wypowiadać swoje zdanie, co sprawia, że w żadnym klubie nie pracował dłużej niż dwa lata.
Jego talent jest autentyczny, ale jest też nierozłącznie związany z temperamentem. De Zerbi kłóci się z sędziami, idzie na zwarcie z piłkarzami i raz na jakiś czas wynikowo uderza o ścianę z podwójną mocą. Ostatni mecz Włocha w Marsylii to porażka 0:5 z PSG. W Brighton w końcówce też zaliczył lanie (0:4) od Manchesteru City. Tottenham doskonale wie, że bierze “DeZerbismo” z jego plusami i minusami. Pierwszym ciężarem jest już relacja nowego trenera z kibicami, bo trzy grupy kibicowskie od razu wyraziły sprzeciw wobec zatrudnienia człowieka, który w Marsylii wybielał Masona Greenwooda.
Konflikt z kibicami
Anglikowi w 2022 roku postawiono zarzuty usiłowania gwałtu, znęcania się i napaści. Rok później zostały one oddalone z powodu wycofania się kluczowych świadków. De Zerbi jako trener Marsylii lobbował za jego transferem, nazywał go dobrym człowiekiem i wyrażał ubolewanie nad tym, jak Greenwood jest postrzegany w Anglii. Zaraz po podpisaniu umowy ze “Spurs” musiał się jednak z tych słów wytłumaczyć. Powiedział, że sam ma córkę i nigdy nie można bagatelizować takich afer, jaką rozpętał Greenwood. Ogólnie jednak łatka jest już do niego przyklejona. Tottenham w najważniejszą fazę sezonu wchodzi wyraźnie podzielony.
Często mówi się, że najlepszy okres “Spurs” przeżywali wtedy, kiedy trener, zawodnicy, kibice oraz zarząd mówili jednym głosem. Mauricio Pochettino zbudował wtedy coś, co wydawało się, że za chwilę wystrzeli klub na inną orbitę. Nowy stadion był potwierdzeniem ogromnych ambicji Tottenhamu, który dziś jest na zupełnie innym biegunie. To klub chaosu, z kontuzjami i bez planu, jak grać. Jeśli Tottenham spadnie, za półtora miesiąca będziemy wspominać ten pięcioletni kontrakt jako symbol arogancji zarządu, który nie potrafił odczytać powagi sytuacji. Zegar tyka. Zostało siedem meczów. Ostatni raz Tottenham poza najwyższą klasą rozgrywkową w Anglii występował w sezonie... 1977/1978.