Wisła Kraków wraca do Ekstraklasy! To jej główni bohaterowie. "Najważniejsza postać"

Wisła Kraków wraca do Ekstraklasy! To jej główni bohaterowie. "Najważniejsza postać"
Krzysztof Porebski / pressfocus
Dominik - Budziński
Dominik BudzińskiDzisiaj · 06:50
Wisła Kraków wraca tam, gdzie jej miejsce. Po 1454 dniach od momentu spadku z Ekstraklasy, ponownie melduje się w elicie. Na zapleczu miała pobyć tylko przez chwilę, a zasiedziała się na prawie cztery lata. I wystarczy. To był czas pełen upadków, rozczarowań, nieudanych prób, ale też tych lepszych momentów i splotów zdarzeń, których nikt nie będzie chciał wymazać z pamięci.
Po burzy zawsze wychodzi słońce. W Krakowie, na Reymonta, ciemne chmury bardzo długo zasłaniały jednak jakiekolwiek promienie, które tylko od czasu do czasu potrafiły nieśmiało przebić się i ogrzać tych, z utęsknieniem wyczekujących na lato w pełni. Choć z wiarą spoglądali oni w niebo, najczęściej musieli z przerażenia odskakiwać kilka kroków w tył, straszeni kolejnym grzmotem.
Dalsza część tekstu pod wideo

Było trudno, ale bywało też pięknie

Dla Wisły Kraków, jej kibiców, piłkarzy, trenerów, właścicieli i wszystkich związanych z klubem, te cztery lata były wiecznością. Przez ten okres wydarzyło się tak wiele, że można pisać książki. Czasami było bardzo smutno, ale bywało i przepięknie. Grobowa cisza i łzy po przegranych dwukrotnie barażach mieszały się z euforią, gdy do gabloty trafiał Puchar Polski.
Wisła musiała nauczyć się pierwszej ligi. Weszła do niej trochę nieświadoma, z traumą po spadku, po rewolucji, z kiepską kadrą, która zwłaszcza z perspektywy czasu wygląda… mało poważnie. Po pierwszych kilku kolejkach mogła jeszcze myśleć, że to wystarczy i samo się wygra. Ale weryfikacja przyszła bardzo szybko.
Pierwsza próba powrotu do elity zakończyła się fiaskiem. Podobnie jak druga i trzecia. Przez klub przetoczyły się w tym czasie tabuny piłkarzy i kilku trenerów. Nie dał rady Jerzy Brzęczek, nie dźwignął Radosław Sobolewski, zawiódł Albert Rude, a Kazimierz Moskal został pogoniony w błyskawicznym tempie. Poradził sobie dopiero ten w teorii najmniej doświadczony. Mariusz Jop.
On też musiał oczywiście czasami przełknąć gorycz porażki. Niespełna rok temu przegrał przecież barażowe starcie z Miedzią Legnica, a kilka jego wyborów czy decyzji z tamtego spotkania mogło budzić wątpliwości. Dostał jednak, na szczęście dla siebie i klubu, odpowiedni kredyt zaufania. I spłacił go w najlepszy z możliwych sposobów.

Bohaterowie

Jop to jeden z głównych architektów awansu, ale bohaterów jest więcej. Ten oczywisty, najważniejszy, to rzecz jasna Angel Rodado. Piłkarz, który nie opuścił klubu, choć ewidentnie przerastał ligę i regularnie budził zainteresowanie większych oraz bogatszych klubów. Mógł wybrać bardziej renomowane rozgrywki, mógł zapewnić sobie bardziej lukratywny kontrakt. Tymczasem tak zakochał się w Wiśle, że jest w niej do dziś. Po trzeciej nieudanej próbie awansu, gdy wszyscy na Reymonta byli wręcz pogodzeni z jego odejściem, przedłużył kontrakt i wysłał jasny sygnał - przegraliśmy kolejną bitwę, ale nie wojnę.
W bieżącym sezonie strzelił w lidze 21 goli. Był tak sfokusowany na celu, że długo grał z urazem barku, odkładając w czasie niezbędną operację. Zgodził się na nią dopiero wówczas, gdy Wisła praktycznie przyklepała awans. I chociaż ominął pięć ostatnich meczów, a przegapi też dwa kolejne, i tak najprawdopodobniej zostanie królem strzelców na zapleczu Ekstraklasy. Dodajmy - trzeci raz z rzędu. Łącznie w tych rozgrywkach przez niecałe cztery sezony zdobył 73 bramki i zaliczył 12 asyst.
Rodado dostał jednak w końcu odpowiednie wsparcie. We wcześniejszych dwóch sezonach był sobie sterem i okrętem. Jeśli sam nie wyczarował czegoś na boisku, Wisła miała przechlapane. Przełom nastąpił dopiero w obecnej kampanii. “Biała Gwiazda” trafiła z letnimi wzmocnieniami, trener odpowiednio poukładał klocki, a odpowiedzialność za zespół wzięli na siebie także inni. Znacząco odciążyli Hiszpana, który pozostał liderem, choć już nie tak osamotnionym.
Odpowiednią jakość wnieśli nowi piłkarze. Absolutnym game-changerem okazał się Julius Ertlthaler. Na wielu poziomach był to transfer idealny. Zawodnik sprowadzony z ekipy ligowego rywala, a więc znający już pierwszoligowe realia, bardzo uniwersalny, a przy tym po prostu jakościowy i uzupełniający pewną lukę. Maszyna do pressingu, kreator, gracz konkretny pod bramką rywala. Autor na ten moment pięciu goli i aż dziewięciu asyst. Radzi sobie i na “dziesiątce”, i jako skrzydłowy.
Do zespołu dobrze wprowadzili się też Darijo Grujcić, Raoul Giger czy Julian Lelieveld, po czasie odpalił Marko Bozić, a i piłkarze już wcześniej dostępni jakby zyskali nowe życie. Wiktor Biedrzycki w poprzednim sezonie notował fatalne wręcz wejście do drużyny, a w obecnej kampanii stał się liderem defensywy. Na wyższe obroty wskoczył też choćby Frederico Duarte, a idealnym uzupełnieniem okazała się wiślacka młodzież. Maciej Kuziemka, Jakub Krzyżanowski, Kacper Duda, Mariusz Kutwa czy Patryk Letkiewicz, w mniejszym bądź wielkim stopniu, maczali palce w wywalczeniu tego awansu.
Póki co Wisła ma z nich pożytek na murawie, a już niebawem, kto wie, być może zarobi duże pieniądze, które w klubie wciąż zmagającym się pod tym względem z demonami przeszłości, byłyby bezcennym dopływem tlenu. Już sam awans szczebel wyżej podbija wartość poszczególnych graczy, a niebawem na zielonych murawach Ekstraklasy będą mogli oni zrobić sobie bardziej eksponowaną reklamę.

W końcu bez falstartu, kiepska wiosna pomoże?

Istotne z kilku punktów widzenia jest też to, jak Wisła grała i punktowała w poszczególnych etapach tego sezonu. W końcu bowiem jesienią nie zaliczyła falstartu, co było dla niej absolutnym nowum. Podczas rozgrywek 2022/23 zimowała dopiero na dziesiątym miejscu, rok później na szóstym, potem z kolei na siódmym. Za każdym razem wiosną musiała gonić, grać pod większą presją, w efekcie raz nawet nie załapała się do baraży, a dwukrotnie w nich przegrywała.
Teraz wszyscy na Reymonta zdawali sobie sprawę, że nie mogą czwarty raz popełnić tego samego błędu. Wystartowali zatem perfekcyjnie, szybko wywalczyli sobie cenną przewagę, a po zimowej przerwie musieli ją tylko kontrolować. W ostatnich tygodniach zespół spuścił co prawda z tonu, pogubił sporo punktów głównie przez notoryczne remisy, ale to i tak wystarczyło.
Z pewnego względu wiosenna “zapaść” może być też dla Wisły cenna. O ile jesienią, zwłaszcza w jej pierwszej części, zespół dosłownie miażdżył kolejnych rywali, co sprzyjało głosom o kadrze jak najbardziej odpowiedniej do gry w Ekstraklasie, ostatnie tygodnie przyniosły w tej kwestii zimny, aczkolwiek najwidoczniej potrzebny prysznic. Jeśli “Biała Gwiazda” chce zagościć w elicie na dłużej, a być może nawet w niej namieszać, po prostu musi się solidnie wzmocnić. Jak? To już temat na zupełnie inną opowieść.
Póki co Wiśle pozostaje po prostu pogratulować. Jej awans jest też świetną wiadomością z perspektywy całej polskiej piłki. Do Ekstraklasy wraca wielka marka. Z historią, sukcesami, ogromną bazą kibicowską. Przez ostatnie lata sympatycy “Białej Gwiazdy” zdali egzamin na wierność. Tłumnie chodzili nawet na mecze z rywalami, nazwijmy to, mało atrakcyjnymi. Teraz, tak bardzo wygłodniali, będą pewnie regularnie wypełniać trybuny do ostatniego krzesełka.

Dyskusja

Przeczytaj również