Wisła wróciła z przytupem. Nowy bohater skradł serca. "Każdy trener by go chciał"
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google
Długie oczekiwanie Wisły dobiegło końca. Całej Wisły - jej kibiców, piłkarzy, trenerów, działaczy. Mecz GKS-em nie przyniósł jednak ukojenia, ale tylko rozbudził emocje. Bo jak tu podchodzić do wszystkiego z chłodną głową, kiedy miasto żyje upragnionym powrotem, a sprowadzony niedawno zawodnik - w dodatku wypożyczony - śpiewa klubowy hymn?
Kto próbował z południa Krakowa przedostać się na stadion Wisły, ten się w cyrku nie śmieje. W okolicach stadionu ciągną się roboty tak utrudniające jazdę, że nie wiem, czy ufać nawigacji, przeczuciu, a może starym zwyczajom. Niby rozsądek zakazuje jechać przez zamkniętą drogę, więc kieruję się przed siebie z nadzieją, że zaraz trafi się objazd i wszystko będzie w porządku. Chwilę później widzę jednak w tylnym lusterku, że trzymająca się mojego ogona taksówka - chwilę wcześniej dzielnie balansująca na niestabilnych kamieniach służących obecnie jako główna nawierzchnia - olewa znak sugerujący brak przejazdu. Zdaję sobie sprawę, że taksówka dotrze tam, gdzie dotrzeć miała, a ja właśnie zagubiłem się w mieście. Jak dobrze.
Kiedy przez następnych kilkadziesiąt minut krążyłem wąskimi uliczkami w celu powrotu na nierozsądnie opuszczoną trasę, widziałem kibiców Wisły, jakich do tej pory nie miałem okazji. Przemawiało przez nich nie tylko spełnienie związane z powrotem do Ekstraklasy, ale gorączkowa ekscytacja na zbliżające się spotkanie. To widać w twarzach, widać w spojrzeniach, pędzeniu na rowerze tak prędko, że żadne auto zdaje się nie stanowić zagrożenia, lecz jak jechać inaczej, skoro do początku niedzielnego meczu został raptem kwadrans. Kraków ma swoje wspaniałe kluby i Kraków bez wątpienia Wisłę kocha.
Zjeździłem niemal całe to miasto i w niedzielę przekonałem się, że właściwie na każdym kroku czai się biała gwiazda. W okolicy stadionu - rzecz naturalna. Ale z biegiem przejechanych przeze mnie metrów, kiedy to oddalałem się od stadionu, żeby koniec końców do niego dotrzeć, przekonywałem się, że Wisłę złapać można wszędzie. Wśród spacerowiczów nieopodal Wawelu, bywalców Rodzinnych Ogródków Działkowych, wśród tych kilku starszych par razem przemierzających kolejne ulice w drodze na stadion i wśród mieszkańców Woli Justowskiej - którzy może na Reymonta nie poszli, ale przyodziani w klubowe barwy siedzieli przed telewizorem i oglądali zmagania z GKS-em, nie siląc się nawet na zasłonięcie rolet. Różne komórki tworzą wiślacki organizm.
Zagubiłem się w mieście, a gdy odnalazłem, gdy w końcu dotarłem na stadion i przebiłem przez przepełniony parking - bo każdy, naprawdę niemal każdy chciał zobaczyć powrót Wisły do elity - nim zobaczyłem, to usłyszałem. Tumult, tętent, ryk. Wiślacki organizm przemówił stęskniony za Ekstraklasą, której tak długo nie widział. Przez następne 90 minut niezbyt miał ochotę, aby zamilknąć - nawet wtedy, gdy nie wszystko toczyło się po jego myśli, a "Przerwa na zadymienie" nie wywołała upragnionego efektu. Ten organizm miał jednak swoje momenty dumy, a przede wszystkim radości. Wisła po prostu bardzo dobrze zagrała w piłkę, zasłużenie zdobyła trzy punkty i po czterech latach w końcu odetchnęła. Nagroda dla wszystkich, ale chyba najbardziej dla tych 24 śmiałków, którzy przez cały pobyt w I lidze nie opuścili ani jednego domowego spotkania.
Wiem, że wielu najbardziej oczarował Kacper Duda. Bardzo dzielnie radził sobie w środku pola, zwłaszcza w drugiej połowie wniósł sporo jakości. W pierwszej miał jednak kilka dogodnych sytuacji na strzał, ale szukał rozegrania, zwlekał nieco z podjęciem tej najodważniejszej decyzji. Nie chodzi o to, aby Dudę krytykować, bo nie ulega wątpliwości, że jeśli 22-latek utrzyma dyspozycję, to długo w Polsce nie zabawi. Chodzi natomiast o to, aby znaleźć inny klucz do zrozumienia obecnej gry Wisły.
Można zwrócić uwagę na niezmordowanego Raoula Gigera albo świetnych z piłką Marko Bozicia i Frederico Duarte. Można też skupić się na bramce. Marcel Łubik wydaje się bowiem brakującym elementem układanki Mariusza Jopa. Jop chce budować akcje od bramki, a Łubik, no cóż, wywiązuje się z tego zadania kapitalnie. Ponadto nawet jeśli i on, tak jak Patryk Letkiewicz, miewa kiepskie interwencje, to akurat z GKS-em spisał się rewelacyjnie, jeśli chodzi o odbijanie uderzeń.
Natomiast w grze nogami niewielu z Łubikiem może stanąć do rywalizacji. Tu nie chodzi o to, że piłka mu nie przeszkadza. On doskonale wie, co z nią zrobić, jak zagrać. Czuć, że wprowadził upragniony spokój do defensywy, która nie boi się, że golkiper zaraz straci futbolówkę po niefrasobliwym podaniu. Każdy trener z naszego podwórka, który zainteresowany jest grą w piłkę, chciałby go u siebie. Nic więc dziwnego, że Jop postawił na młodzieżowego reprezentanta od samego początku. Górnik może żałować, że nieświadomie ograł fantastycznego zawodnika ligowemu rywalowi.
Jeszcze w pierwszej połowie, po nieudanych stałym fragmencie Katowiczan, Łubik posłał błyskawiczne podanie za linię obrony rywala. Wisła miała wtedy przewagę liczebną w ataku. Szansy wprawdzie nie wykorzystała, ale wysłała sygnał tak wyraźny, że w kolejnych akcjach zawodnicy GKS-u regularnie spoglądali na siebie, chcąc trzymać linię spalonego i nie pozwolić Krakowianom na tak łatwe sforsowanie szeregów. Jak wiemy, tego celu nie udało się zrealizować. Obrońcy Rafała Góraka od pierwszej połowy mieli problemy z upilnowaniem skrzydłowych. W drugiej połowie GKS został wchłonięty przez ten żywy, wielokomórkowy organizm. Szamotał się jeszcze, ale nie zdołał wydostać na zewnątrz, znów padł ofiarą swojej słabszej gry po zmianie stron. Wisła wróciła i ma się bardzo dobrze.
Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google?
Dodaj do źródeł
Dodaj do źródeł Google