"Wpuszczenie go nie było udane". Urban mocno zaryzykował zmianą. Duża nieostrożność
Nie będę urządzał polowania na czarownice, koniec końców wygraliśmy. Nie będę robił cudotwórcy z Oskara Pietuszewskiego, do tego miana było mu dziś daleko. Jednocześnie nie potrafię i nie chcę przejść obojętnie wobec słabego zarządzania w wykonaniu Jana Urbana.
Zaczęło się przed pierwszym gwizdkiem, bo chociaż selekcjoner zawadiacko rzucił, że nie dostrzega żadnych niespodzianek w podstawowym składzie, to jednak ta niespodzianka była. Spodziewaliśmy się Slisza, Modera, może Pietuszewskiego, tymczasem postawiono na Rózgę. Chłopaka zdolnego, ale mającego problemy z wywalczeniem pierwszego składu w Austrii. Urban zdecydował się na eksperyment - niejako wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wszak powtarzał, że to nie czas i nie miejsce, aby wlewać wodę do kwasu.
Operacja na żywym organizmie okazała się niezbyt udana. Po 45 minutach Urban salwował się ucieczką. Miejsce przeciętnego Rózgi - niekiedy ocenianego zdecydowanie zbyt krytycznie - zajął Pietuszewski. Selekcjoner szybko musiał przyznać, że popełnił błąd i gdy tylko zaczął palić mu się grunt pod nogami, postawił na piłkarza, którego wcześniej niejako zbywał słowami, że chwilowy wyskok nie powinien stanowić przepustki do wyjściowej "jedenastki". Rezerwy wobec Pietuszewskiego wystarczyło na pierwszego gola dla Albanii.
Zawodnik FC Porto zmianę dał dobrą. Rozruszał lewą stronę boiska, był bezczelny w swoich atakach. Czasami też niedokładny, nieprecyzyjny, a ponad to zdecydowanie za słabo angażował się w odbiór piłki (w tym względzie Rózga radził sobie znacznie lepiej). Wciąż jednak był jedynym naszym zawodnikiem, który przy niekorzystnym wyniku potrafił zabrać się z futbolówką w pole karne rywala i realnie postraszyć. Gdyby Robert Lewandowski nie przezimował jednej akcji poza "szesnastką", 17-latek miałby szanse na wypracowanie gola. W ostateczności trzeba zadowolić się wywalczeniem żółtych kartek dla Hysaja i Asllaniego, asystą drugiego stopnia, a także ewidentnym zaufaniem ze strony kolegów.
Pierwsze minuty po wejściu Pietuszewskiego wyglądały tak, że koledzy podawali mu piłkę i trzymali kciuki, żeby skrzydłowy coś zdołał wyczarować. W gruncie rzeczy, gdy dodamy sobie wszystkie akcje z udziałem najgłośniejszego polskiego piłkarza ostatnich tygodni (piszę to z całą świadomością istnienia Lewandowskiego), otrzymamy debiut, za który warto chwalić. Ale przecież podobnego efektu spodziewaliśmy się wszyscy i wobec startu Rózgi trudno uciec przed przeczuciem, że można było osiągnąć go znacznie, znacznie wcześniej.
Ale nie tylko do zarządzania Pietuszewskim mam żal, nie tylko do zrzucenia na niego mimo wszystko sporej odpowiedzialności (a przecież zewsząd sypały się głosy, że chłopaka nie wolno spalić, że cieplarniane warunki, tymczasem posłano go do ratowania wyniku). Urban przegrał taktyczny pojedynek z Sylvinho. Wygrał pod względem wyniku, bo drużynie sprzyjało szczęście. Nie ulega jednak wątpliwości, że to ekipa Brazylijczyka stworzyła znacznie więcej zagrożenia z akcji, była płynniejsza w przejściu z obrony do ataku, a także długimi fragmentami lepiej funkcjonowała w pressingu. Nasza gra przypominała, z całym szacunkiem, podejście wuefisty. Rzucenie piłki, hasło “grajcie” i obserwowanie, jak jedenastu chłopaków próbuje coś zrobić. Czasami wyjdzie, czasami nie, czasami będzie pięknie, czasami komicznie. Słabo to świadczy o poprowadzeniu spotkania, które sam selekcjoner określał mianem najważniejszego w karierze.
Pietuszewski to jedna kwestia, ale przecież wpuszczenie Świderskiego za Kędziorę również nie okazało się udane. W konsekwencji tego ruchu na lewej stronie byli Pietuszewski i Skóraś, co Albańczycy raz po raz starali się wykorzystać. Do szczęścia brakowało im niewiele, duetowi uciekał nawet Hysaj. Takie otwarcie jednej flanki to duża nieostrożność, której nie starano się skorygować w kolejnych minutach. Zobaczmy, jak w jednej z sytuacji do defensywy wracał wspomniany Skóraś:
To mogło i powinno być 2:0 dla Albanii. Urban długo zwlekał też z odżywieniem środka pola, Moder zameldował się na boisku dopiero pod koniec, gdy Zieliński był wypompowany do granic możliwości.
Gdyby Albania miała lepszych zawodników, nie mielibyśmy szans na mundial. Nie mielibyśmy prawa o nim w ogóle marzyć. Trzeba podziękować dwóm zmarnowanym sytuacjom, także temu szczęśliwemu rąbnięciu w Grabarę. Interwencja kluczowa, lecz będąca zasługą przede wszystkim złej decyzji strzelca.
Czekam na bój ze Szwecją, ale więcej we mnie obaw niż optymizmu. I to nie tylko ze względu na wczorajszego hat-tricka Gyokeresa.