Wrócą do topowej ligi po 16 latach? Został jeden krok. Djoković i spółka działają cuda
Kiedyś grali tu Didier Drogba, Gervinho czy Grafite. Dziś swoje udziały lokują zaś Novak Djoković, Thibaut Courtois i Felipe Massa. Le Mans FC to fascynujący klub, który jest o krok od wielkiego powrotu do Ligue 1. A drogę przeszedł wyboistą - w elicie nie grał od 16 lat, w międzyczasie został brutalnie zdegradowany aż na szósty poziom rozgrywkowy.
Le Mans jest miastem, które na pierwszy rzut oka z futbolem się nie kojarzy. To dom słynnego Circuit de la Sarthe, czyli toru, na którym od ponad 100 lat odbywają się coroczne 24-godzinne wyścigi samochodowe. W zeszłym roku triumfował na nim nawet Robert Kubica, który został pierwszym w historii polskim zwycięzcą tego całodobowego wyzwania.
Nie każdy ma jednak świadomość, że zaledwie dwa i pół kilometra dalej swoją siedzibę ma lokalny klub piłkarski, który wypuścił w świat… Didiera Drogbę. Le Mans FC powstało w 1985 roku, z fuzji dwóch mniejszych drużyn - Stade Olympique du Maine i Union Sportive Le Mans. Było to rozwiązanie konieczne, gdyż miasto nie potrafiło utrzymać dwóch rywalizujących klubów na poziomie ogólnokrajowym. Od tej pory w Le Mans grała więc tylko jedna drużyna. Ale za to taka, która pozwoliła miastu poważnie zaistnieć na piłkarskiej mapie Francji.
Od złotej ery do krwawego upadku
Przydomek “Krwisto-Złoci” kojarzy się dziś we Francji przede wszystkim z RC Lens, jednak Le Mans FC od lat utożsamiane jest z tymi samymi barwami. W sezonie 1998/99 o klubie po raz pierwszy zrobiło się głośniej ze względu na jego fantastyczną przygodę w Pucharze Francji. Pokonując po drodze Rennes (2:0), Clermont Foot (2:0) i Stade Lavallois (3:1) dotarł w nim aż do półfinału, gdzie minimalnie uległ Sedanowi 1:2. Pięć lat później, pod wodzą Thierry’ego Goudeta, po raz pierwszy awansował do Ligue 1. Mimo że debiut w elicie zakończył się błyskawicznym spadkiem z powrotem na zaplecze, to rok później udało się ponownie wywalczyć promocję.
To był początek najlepszego okresu w historii drużyny. W latach 2005-2010 Le Mans nieprzerwanie grało we francuskiej ekstraklasie. Zdecydowanie najlepiej poradziło sobie w sezonie 2007/08, kiedy to z Rudim Garcią na ławce trenerskiej zajęło wysokie, dziewiąte miejsce. Do gry w europejskich pucharach zabrakło wtedy naprawdę niewiele, bo tylko pięć punktów. Nie zapominajmy o sukcesach w Pucharze Ligi - w latach 2006, 2007 i 2008 Le Mans FC aż trzy razy z rzędu dotarło w nim do półfinału.
W tamtym czasie krwisto-złotych barw broniło kilka bardzo ciekawych postaci. Gwiazdą zespołu był Grafite - brazylijski snajper, który w 2009 roku wygrał sensacyjne mistrzostwo Niemiec z Wolfsburgiem, tworząc kapitalny ofensywny duet z Edinem Dzeko. Był także przyszły gracz PSG i Tottenhamu - Stephane Sessegnon, a nawet Gervinho - późniejszy mistrz Francji z Lille, znany głównie z gry dla Romy, Arsenalu i reprezentacji Wybrzeża Kości Słoniowej. Linię pomocy w ryzach trzymał jego kolega z kadry, Romaric, a swój epizod miał też przyszły srebrny medalista MŚ z Chorwacją - Ivan Strinić.
Dla każdego ze wspomnianych zawodników Le Mans było “trampoliną” na wyższy poziom lub po prostu ważnym przystankiem w karierze. Nie można w tym kontekście oczywiście mówić o przypadku - to właśnie tani, inteligentny skauting przyniósł klubowi najwięcej dobrego. Niestety, później było tylko gorzej. Odejście Garcii do Lille wpłynęło na to, że w sezonie 2008/09 zespół nie grał już tak dobrze i ledwo obronił się przed spadkiem. Rok później przyszło zaś nieuniknione - relegacja i powrót do Ligue 2. Na domiar złego, początek sportowego regresu klubu przypadł na start budowy nowego stadionu, a ona pochłonęła ogrom kosztów.
Inwestycja wyniosła około 104 miliony euro. Dla Le Mans, z uwagi na spadek, okazała się strategiczną klapą, gdyż klub nie był w stanie pokryć kosztów utrzymania obiektu grając na niższym poziomie rozgrywkowym. Długi zaczęły się powiększać, a skutki były katastrofalne - w Ligue 2 klub wytrzymał trzy lata, by następnie spaść do trzeciej ligi francuskiej. Już wtedy sytuację dość uważnie monitorowała komisja DNCG, która i tym razem nie zamierzała brać jeńców. W 2013 roku Le Mans FC oficjalnie ogłosiło upadłość, a nowy podmiot musiał rozpocząć grę od… szóstego poziomu.
Pandemia zakłóciła “wspinaczkę”
Droga powrotna na zaplecze elity zajęła łącznie sześć lat. Do piątej ligi udało się awansować już w sezonie 2013/14, do czwartej - dopiero trzy lata później. Później mieliśmy dwie kolejne promocje z rzędu, aż wreszcie, w 2019 roku, odbudowane Le Mans po raz kolejny zawitało do Ligue 2. Wydawało się, że powoli nadchodzą lepsze czasy dla klubu. Niestety, rok później przyszła pandemia COVID-19 i nadzieje te bardzo szybko się rozmyły. Francja, jako jedyny kraj z TOP 5 lig, wyłoniła mistrza sezonu 2019/20 nie rozgrywając wszystkich meczów do końca. To samo miało miejsce na niższych szczeblach, a jako że zespół Le Mans w momencie przerwania sezonu zajmował 19. miejsce w tabeli z 26 punktami, to właśnie jemu przypadł spadek. Była to decyzja mocno kontrowersyjna, tym bardziej, że na tej samej zasadzie utrzymanie wywalczyło Chamois Niortais, które miało identyczną liczbę punktów i cztery gole stracone mniej. Najgłośniej protestował prezydent LMFC, Thierry Gomez.
- To oczywiście bolesny cios dla klubu po czterech latach ciężkiej pracy kierownictwa i wszystkich tutaj. Powrót z National [trzeciej ligi francuskiej - przyp. red.] jest bardzo trudny. Wiadomo, że 25 procent klubów zawodowych w kraju, które spadają z ligi, ogłasza upadłość, a prawie 70 procent nie udaje się wrócić na wyższy szczebel. To wielka porażka futbolu - przyznał z bólem na łamach SoFoot.
- Mieliśmy realny plan rozwoju: stworzenie centrum treningowego, zatrudnienie trenerów, fizjoterapeutów, opiekunów młodzieży, skautów… Była też perspektywa budowy nowych obiektów, które dałyby pracę lokalnym firmom. Wszystko to stanęło w miejscu. Już same prawa telewizyjne obetną nasz budżet co najmniej o połowę. Cały nasz rozwój i struktura administracyjna są zagrożone przez ten wyjątkowy kryzys - wyjaśnił.
Djoković, Massa i wielki przełom
Le Mans FC podzielił los wielu innych klubów poszkodowanych przez pandemię. Z trzeciej ligi piekielnie trudno było mu się wydostać - spędził w niej kolejne pięć sezonów, zanim ostatecznie zdołał wywalczyć promocję wyżej. W połowie 2025 roku zaczęły dziać się jednak wielkie rzeczy. Do gry wkroczył nowy inwestor. Konkretnie brazylijska grupa OutField, która wykupiła w klubie mniejszościowy pakiet udziałów. Nie było to jednak pierwsze-lepsze konsorcjum - wśród jego partnerów strategicznych pojawiło się bowiem kilka bardzo rozpoznawalnych postaci.
Tą, o której zrobiło się najgłośniej, jest Novak Djoković. Legendarny tenisista od sierpnia zeszłego roku jest współwłaścicielem Le Mans FC, podobnie jak dwóch byłych zawodników Formuły 1 - Kevin Magnussen oraz Felipe Massa. Skład ten wygląda dość nietypowo, i choć zaangażowanie duetu kierowców wyjaśnia fakt, że francuskie miasto stanowi jeden z domów motorsportu, to w przypadku słynnego “Nole” sprawa wygląda nieco inaczej. Serb prywatnie jest przyjacielem Georgiosa Frangulisa - założyciela Oakberry, czyli firmy wchodzącej w skład funduszu OutField. W praktyce każdy z trójki sportowców poza pełnieniem funkcji doradczych jest także ambasadorem marki.
Po tak ważnej zmianie klub rozpoczął rywalizację w sezonie 2025/26 Ligue 2 jako jej beniaminek. I do tej pory radzi sobie zdumiewająco dobrze. Nie dość, że Le Mans FC przegrało zaledwie cztery spotkania przez całą kampanię (najmniej ze wszystkich drużyn), to na kolejkę przed końcem zajmuje drugie miejsce w tabeli (z 59 punktami), będąc zaledwie krok od upragnionego awansu do elity. Ten wywalczą dwie najlepsze drużyny, zaś w finale baraży trzecia siła sezonu zasadniczego zagra z czwartą lub piątą. One o przepustkę do decydującego starcia muszą powalczyć w półfinale.
Od 14 lutego Le Mans nie przegrało. W ostatnim, wyjazdowym meczu z Bastią przy dobrych wiatrach może wystarczyć nawet remis do zapewnienia sobie wicemistrzostwa drugiej ligi. Ale właśnie - przy dobrych wiatrach. Pomijając fakt, że Korsyka jest trudnym terenem, to “Krwisto-Złoci wciąż mogą spaść nawet na czwarte miejsce. AS Saint-Etienne i Red Star FC, które mają po 57 “oczek”, nie zamierzają dać za wygraną. Szczególnie, że mecze kończące sezon - w przeciwieństwie do LMFC - grają na własnych stadionach. Rywalem “Zielonych” będzie Amiens, a “Czerwoną Gwiazdę” czeka pojedynek z Montpellier. Tak czy inaczej, finisz rozgrywek będzie wyjątkowo emocjonujący. Jedynym zespołem z pewnym awansem jest liderujące Troyes.
Dwa sezony, dwa awanse?
Warto dodać, że Le Mans na powrót do Ligue 1 czeka już 16. rok. Podczas tych wszystkich lat tułaczki po niższych szczeblach nigdy nie było jednak tak blisko elity, jak teraz. Rewelacyjną pracę wykonuje trener Patrick Videira, pod którego wodzą drużyna ma realną szansę na wywalczenie dwóch awansów w dwa sezony. 49-latkowi drugi raz z rzędu udało się też wprowadzić zespół do 1/8 finału Pucharu Francji, ale póki co ćwierćfinał jest dla niego barierą nieosiągalną.
Videira jest postacią ciekawą o tyle, że doświadczenie szkoleniowca zbierał tylko i wyłącznie na niższych szczeblach. Przed dołączeniem do LMFC przepracował aż sześć lat w czwartoligowym AS Furiani. Można pokusić się o tezę, że potrafi zrobić coś z niczego, bo jego zespół składa się głównie z graczy średnich, solidnych. Dame Gueye, Edwin Quarshie, Nicolas Kocik czy Theo Eyoum, którzy dziś są filarami drużyny, przez ostatnie lata rośli wraz z nią, “wspinając się” na coraz wyższy poziom.
Jakby tego było mało, w lutym OutField zwiększyło swoje wpływy, przejmując większościowy pakiet akcji Le Mans. Wśród znanych inwestorów pojawiła się także nowa twarz - Thibaut Courtois. Bramkarz Realu Madryt wraz ze swoim funduszem NxtPlay postanowił dołączyć do Novaka Djokovicia i spółki. W jego posiadaniu jest mniejszy pakiet udziałów. Grupa nie zamierza się zatrzymywać na samych priorytetach, czyli restrukturyzacji zadłużenia klubu - plany na przyszłość obejmują m.in. przejęcie miejskiego ośrodka szkoleniowego Pincerandiere, a także jego ponowne otwarcie od lipca tego roku.
Nawet jeśli Le Mans nie zdoła w tym roku awansować do Ligue 1, to bez wątpienia jest to klub, przed którym rysuje się ciekawa przyszłość. Jak na ten moment bardzo wiele dzieje się w kierunku tego, żeby to 150-tysięczne miasto nie kojarzyło się już tylko i wyłącznie ze sportami motorowymi.