Wrócili na mundial po 24 latach i przynieśli wstyd. "Zhańbiliście nas"
Nikt przed startem tegorocznych mistrzostw świata nie przewidziałby, że wśród dwóch pierwszych drużyn wyeliminowanych z turnieju znajdzie się Turcja. Mało tego, wielu typowało “Gwiazdy Półksiężyca” na zwycięzców grupy D oraz potencjalne zaskoczenie w fazie pucharowej. Zderzenie z rzeczywistością było jednak brutalne - podopieczni Vincenzo Montelli po porażkach z Australią (0:2) i Paragwajem (0:1) nie mają już nawet matematycznych szans na awans do 1/16 finału.
Dobrze, a nawet bardzo dobrze w losowaniu trafili Turcy. Żadnych potęg, jedynie ekipy na papierze słabsze lub będące w zasięgu, jeśli chodzi o poziom sportowy. Na pewno w przestrzeni publicznej znalazł się jakiś turecki Tomasz Hajto, który na wylosowanie Stanów Zjednoczonych, Paragwaju i Australii zareagował krótkim: “awans pewny, jesteśmy faworytem”.
Właściwie to “będziemy faworytem”, bo zanim w kraju rzeczywiście zapanowała wrzawa, Turcja musiała najpierw na mundial awansować. Po losowaniu czekały ją jeszcze baraże, przez które ostatecznie przebrnęła, pokonując Rumunię i Kosowo. Oba mecze wygrane skromnie, bo 1:0, ale w tamtym momencie nikt nie mówił o stylu, a o wyniku - w końcu na mistrzostwach świata Turcję ostatnio widzieliśmy w 2002 roku.
Setki tysięcy tureckich kibiców ruszyły za ocean, by zobaczyć wielki powrót kadry narodowej na mundial po ponad dwóch dekadach przerwy. A piłkarze wyszli na boisko i dali ciała.
Skądś to chyba znamy.
Wybitna generacja
Gdybyśmy oceniali reprezentację Turcji wyłącznie pod kątem potencjału indywidualnego poszczególnych zawodników, to naszym oczom ukazałaby się naprawdę mocna drużyna. Na “kierownicy” w linii pomocy Hakan Calhanoglu - gwiazda Interu Mediolan oraz jedyny aktywny piłkarz z Turcji, który przebił barierę 100 występów w reprezentacji. Wyżej od niego, w ofensywie, dwóch piekielnie utalentowanych 21-latków, którzy cieszą się renomą “złotych dzieci” europejskiej piłki i zachwycają w topowych ligach - Kenan Yildiz (Juventus) i Arda Guler (Real Madryt). A w zanadrzu jest przecież jeszcze rewelacja Bundesligi i autor ośmiu goli dla Eintrachtu Frankfurt w poprzednim sezonie, czyli Can Uzun.
O defensywie też nie można zapominać. Tam mamy takie postacie jak Ferdi Kadioglu (świetnie radzący sobie w angielskim Brighton), Zeki Celik (podstawowy obrońca AS Romy) czy Ozan Kabak (kiedyś epizod w Liverpoolu, dziś ostoja defensywy Hoffenheim). Zespół uzupełniają kluczowe postacie Fenerbahce, Galatasaray i Besiktasu, czyli klubów ligi tureckiej, które w ostatnich latach zaczęły sprowadzać coraz większe i bardziej szyte pod wielką, europejską piłkę nazwiska.
Przykładowo, w “Galacie” - obok Osimhena, Sané czy Guendogana - gra ktoś taki jak Baris Alper Yilmaz. Skrzydłowy, napastnik, w sumie to nazywajcie go jak chcecie, bo na każdej z tych pozycji w klubie grał i pokazywał skuteczność. Osiem goli i 12 asyst w 30 ligowych meczach piechotą nie chodzi. Gwiazdą Besiktasu jest zaś Orkun Kokcu, czyli pomocnik znany ze swoich występów dla Feyenoordu czy Benfiki.
Nie da się tak strzelać goli
Na papierze turecka drużyna rzeczywiście może robić wrażenie. Niewyobrażalne jest więc to, jak nieudolnie prezentowała się na samych mistrzostwach. Australia w meczu otwarcia niemal całkowicie oddała jej inicjatywę, sama zostając w niskim bloku i czekając na okazje do kontrataków. Wystarczyła zaledwie jedna akcja, by “Socceroos” na przerwę schodzili z prowadzeniem 1:0. W drugiej odsłonie Turcy dalej bili głową w mur - oddawali strzał za strzałem, lecz świetnymi interwencjami popisywał się Patrick Beach, który wyciągnął łącznie aż osiem piłek. Golkiper Melbourne City zaliczył w tym meczu swój życiowy występ, aczkolwiek to nie powinno stanowić usprawiedliwienia dla nieskuteczności Turków. Poza ośmioma strzałami celnymi oddali oni jeszcze 22 niecelne.
Gwoździem do trumny był gol Australii na 2:0, którego strzelił Connor Metcalfe. Podopieczni Vincenzo Montelli zostali upokorzeni prostymi środkami, ale wtedy można było jeszcze myśleć, że to zwykły wypadek przy pracy. Na pojedynek z Paragwajem nie było już wymówek - tu trzech punktów absolutnie wymagano, szczególnie, że rywal w pierwszej kolejce pokazał się z bardzo słabej strony, przegrywając aż 1:4 z USA.
I co? I Turcja zagrała tak samo, z jeszcze większą ofensywną indolencją. Na domiar złego straciła gola w 64. sekundzie meczu, więc już od pierwszych minut grała z rywalem, który bronił wyniku i próbował zabić mecz. W ciągu pierwszej połowy oddała aż 12 strzałów. Po przerwie dorzuciła kolejne 20, grając w przewadze po czerwonej kartce Miguela Almirona. Nic nie wpadło.
- Normalnie coś takiego zdarza się raz na 50 meczów. W dwóch meczach padło 65 strzałów [w rzeczywistości 62 - przyp. red.], a o posiadaniu piłki nawet nie chcę wspominać. Los nie był po naszej stronie - rozkładał ręce na pomeczowej konferencji trener Montella.
I oczywiście, łatwo byłoby mówić tu o pechu, gdyby to rzeczywiście były strzały mogące stanowić zagrożenie. Turcy uderzali jednak na bramkę z desperacji, rozpaczliwie, z rozmaitych pozycji, często z dystansu. W wielu sytuacjach piłka lądowała na trybunach, a akcje były przeprowadzane bez żadnego pomysłu. Procentowego posiadania piłki w takich sytuacjach nawet nie ma co brać pod uwagę. Jeżeli w dwóch meczach z rzędu na wielkiej imprezie słabszy na papierze rywal łapie cię na tych samych błędach i pokonuje w podobny sposób, to nie ma w tym grama przypadku.
Wstyd i wstydu pokłosie
Turcja odnotowała występ imienia reprezentacji Polski na wielkim turnieju. Kibice znaleźli nawet własnego kozła ofiarnego wśród zawodników, na którego lekką ręką mianowany został Merih Demiral. Środkowy obrońca Al-Ahli kompletnie zawalił mecz z Australią, zmarnował też ostatnią szansę na strzelenie gola z Paragwajem. Być może o jego błędach nie mówiłoby się teraz tak głośno, gdyby nie jego działalność w sieci. Demiral na tydzień przed startem MŚ postanowił bowiem wyruszyć z… podcastem. DemiCast to format, w którym obrońca przeprowadza luźne rozmowy z kolegami z reprezentacji. Od 2 czerwca wyszło już pięć odcinków, a piłkarz zdążył przez ten czas posadzić za mikrofon siedmiu kumpli z kadry - Sameha Akaydina, Erena Elmaliego, Hakana Calhanoglu, Abdulkerima Bardakciego, Yunusa Akguna i Ismaela Yukseka.
Można sobie tylko wyobrazić, z jak skrajnie negatywnym odbiorem spotkały się te rozmowy po odpadnięciu Turcji z MŚ, szczególnie że niektórzy z wymienionych mocno zawiedli. Sam Demiral widocznie będzie musiał sobie od YouTube’a zrobić przerwę. Choć jego materiały w ciągu tygodnia potrafiły dobić do bariery miliona wyświetleń, to w sekcji komentarzy po meczach z Paragwajem i Australią zapanował prawdziwy chaos.
- Nie ma dla ciebie miejsca w kadrze narodowej, zrezygnuj! - mówił jeden z wpisów. Ale nie tylko ten, bo innych o podobnej treści było całe mnóstwo.
- Kiedy nowy odcinek? Mam pomysł na tytuł: “24 lata, zero goli” - napisał jeden z użytkowników pod rozmową z Calhanoglu.
- Wstydźcie się! Zhańbiliście nas przed wszystkimi. Jesteście jedyną grupą piłkarzy, która nie rozumie wagi mistrzostw świata. Nie zasługujecie na koszulkę reprezentacji - wypalił zaś inny z internautów, odnosząc się do odcinka, w którym wystąpił Yuksek.
Denna gra i obiecane wille
Media w kraju po kompromitacji drużyny narodowej na mundialu absolutnie wybuchły. Hitem internetu stała się wypowiedź byłego piłkarza, Gokhana Dinca, w jednym z pomeczowych programów. Zaproszony jako ekspert 36-latek tak się wściekł, że zgniótł i wyrzucił kartkę papieru, na której próbował analizować mizerne próby ataku pozycyjnego w wykonaniu tureckich piłkarzy.
Głośna stała się też afera związana z obietnicą, jaką po awansie na mundial złożył piłkarzom prezes Tureckiego Związku Piłki Nożnej, Ibrahim Haciosmanoglu. Zapowiedział on, że w ramach nagrody wybuduje około czterech tysięcy luksusowych willi w okolicach Bodrum i wręczy je piłkarzom.
Podczas mundialu temat wrócił ze zdwojoną siłą, tym bardziej że sam awans Turcji na turniej po 24 latach był dla prezesa TFF jedynie pretekstem do tego, by tę kontrowersyjną inwestycję przeprowadzić. Oczywiście, zależało mu na willach, jednak można odnieść wrażenie, że obietnicę w eter rzucił głównie po to, by… uzyskać pozwolenie na ich budowę. Posiadłości miałyby bowiem stanąć na wybrzeżu Zatoki Mandala, w regionie, gdzie żyje wiele gatunków rzadkich ptaków. Sam obszar jest zresztą chroniony i stanowi przedmiot długotrwałych sporów prawnych.
- W tamtym regionie nie ma infrastruktury i dróg. Cztery tysiące willi oznaczają dodatkowe 160 tysięcy mieszkańców w tym obszarze. Raporty oceny oddziaływania na środowisko dla projektu zostały unieważnione, ponieważ inwestycja zamieniłaby chroniony obszar podmokły i całą okolicę w prawdziwe piekło - twierdzi Mustafa Erdogan, lokalny działacz samorządu zawodowego inżynierów i architektów.
Krótko mówiąc, w Turcji podejrzewa się, że obietnica Haciosmanoglu miała na celu jedynie ocieplić wizerunek projektu, na którego zrealizowanie w normalnych warunkach nie byłoby zgody. Wielu twierdzi, że jak na prezesa krajowej federacji piłkarskiej jest to zachowanie skrajnie nieodpowiednie. Padały sugestie, że piłkarze zagrali słabo, bo jeszcze przed startem mundialu obiecano im premie i wielkie nagrody. Brzmi dziwnie znajomo, nieprawdaż?
Zostawmy jednak spekulacje i skupmy się przez chwilę na faktach. A te są takie, że Turcja w tym momencie marnuje najlepsze i najzdolniejsze piłkarsko pokolenie w swojej historii. Trochę żal to pisać, skoro zaledwie dwa lata wcześniej mieliśmy EURO 2024, gdzie “Gwiazdy Półksiężyca” dotarły do ćwierćfinału. I oczywiście, może nie zrobiły tego w stylu szczególnie widowiskowym, ale wtedy rzeczywiście widać było drużynę, z którą nie było nudy, dającą kibicom wiele pozytywnych emocji
Dziś ci sami piłkarze, na innych etapach kariery, lecz prowadzeni przez tego samego trenera - tworzą zespół grający niczym stara, zjechana płyta. Kto wie, czy nie zjechał jej sam Vincenzo Montella, który na tegoroczny turniej powołał praktycznie identyczną kadrę, jak dwa lata temu. Włocha już od dłuższego czasu spotyka krytyka za zbyt konserwatywne podejście do powołań. Gra tymi samymi twarzami, rzadko docenia graczy w formie bez doświadczenia w kadrze. Być może w tureckiej bramce nie powinien grać Ugurcan Cakir z Galatasaray, a brylujący w Lille Berke Ozer. Być może szansę po dobrych sezonach w klubach powinni dostać Ahmetcan Kaplan i Emirhan Topcu, a nie wyjątkowo mierni Caglar Soyuncu i Sameh Akaydin. Cóż, tego się już nie dowiemy - wiemy natomiast, że troszeczkę z obecnym szkoleniowcem tureccy fani będą musieli się pomęczyć. Montella jest związany umową z Tureckim Związkiem Piłki Nożnej aż do 2028 roku, a prezes Haciosmanoglu już zapowiedział, że nie zamierza go zwalniać.
Był mecz otwarcia, był mecz o wszystko, teraz będzie mecz o honor. Ze Stanami Zjednoczonymi Turcja miała walczyć o wygranie grupy, a zawalczy o otarcie łez po dwóch kompromitacjach. W piątek rano będzie chciała wygrać, by przynajmniej nie wrócić z mundialu z gołymi rękami. Zaufania wśród fanatycznych kibiców jednak tak łatwo nie odbuduje.