Wstyd dla Barcelony. Niebywałe, co wyprawia. Skala kompromitacji zwiększona
Nie wypadła jeszcze za burtę, ale wisi nad przepaścią. FC Barcelona przegrała u siebie z Atletico 0:2 i za tydzień stanie przed piekielnie trudnym zadaniem ratowania awansu do półfinału Ligi Mistrzów. Jeśli nie dokona remontady, do minimum 12 lat przedłuży okres czekania na udział w wielkim finale tych elitarnych rozgrywek. Dla klubu tego pokroju byłaby to po prostu kompromitacja.
W środowy wieczór na Camp Nou drużyna w tym sezonie praktycznie bezbłędna na swoim stadionie podejmowała ekipę mającą ogromne problemy w spotkaniach wyjazdowych. Wystarczy wspomnieć, że Barcelona w bieżącej kampanii La Liga wygrała 15 na 15 meczów u siebie, a ostatnią i jedyną domową porażkę na własnym terenie w jakichkolwiek rozgrywkach poniosła… 1 października 2025 roku. Musiała wówczas uznać wyższość PSG (1:2) w fazie ligowej Ligi Mistrzów. Potem wygrała 17 kolejnych starć na własnej ziemi.
Ta fantastyczna seria dobiegła końca w najgorszym możliwym momencie dla ekipy prowadzonej przez Hansiego Flicka. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów, rozgrywek przez ostatnie lata dla “Blaugrany” po prostu przeklętych. Aż trudno uwierzyć w fakt, że tak wielki klub, dysponujący takim gwiazdozbiorem, czeka na końcowy triumf w Champions League od 2015 roku. Ba, tak samo długo wyczekuje na udział w finale, a tylko dwa razy w tym czasie dochodził do najlepszej czwórki.
I choć przed rozpoczęciem dwumeczu z Madrytczykami wcale nie wskazywaliśmy Barcelony jako głównego faworyta do podbicia w tym sezonie Europy, to dawaliśmy jej naprawdę spore szanse na sukces. Nie byliśmy w tym zresztą odosobnieni. Wszak mowa o aktualnym liderze ligi hiszpańskiej i klubie, który kadrowo należy dziś do ścisłej czołówki kontynentu. Ponadto na ławce ma świetnego trenera, znającego już smak zdobywania Ligi Mistrzów.
Kto by się spodziewał?
Można było oczywiście spodziewać się, że Atletico postawi Barcelonie trudne warunki. Przecież nie tak dawno wyeliminowało ją z Pucharu Króla. Wówczas jednak “Los Colchoneros” zaimponowali przede wszystkim u siebie, gdzie zazwyczaj się piekielnie groźni. Potem, już w stolicy Katalonii, przegrali 0:3, byli kilka klas gorsi, o mały włos nie stracili czterobramkowej przewagi z pierwszej odsłony dwumeczu. Z Barceloną przegrali też kilka dni temu u siebie, już w rywalizacji ligowej. W środę raczej nie meldowali się więc na Camp Nou ze szczególną wiarą w zwycięstwo. I to kilkubramkowe. A właśnie taki rezultat ugrali.
Jasne, mecz na dobrą sprawę ustawiła czerwona kartka, jaką w 44. minucie obejrzał Pau Cubarsi. Była ona momentem przełomowym, ale odnotować warto przy tym kilka spraw. Po pierwsze - do tego momentu wciąż było 0:0, a więc Atletico trzymało się solidnie w ryzach także przy grze 11 na 11. Po drugie - potrafiło odgryzać się Barcelonie, jak w szóstej minucie, gdy po znakomitym rajdzie uderzał Julian Alvarez. Po trzecie - przewagę jednego zawodnika trzeba było jeszcze odpowiednio wykorzystać. A to podopieczni Diego Simeone zrobili perfekcyjnie.
Czerwone kartki w prestiżowych i ważnych meczach to zresztą coś, co trzyma się Barcelony jak psiego ogona. I komplikuje jej życie. Ten sam Cubarsi rok temu wyleciał przecież z murawy w meczu 1/8 finału przeciwko Benfice. Wtedy jeszcze wcześniej, bo w 22. minucie. W dziesięciu ekipa z Katalonii kończyła ponadto cztery ostatnie mecze z dwoma największymi rywalami z Hiszpanii - właśnie Atletico i Realem Madryt, co zauważył Cezary Kawecki.
“Blaugrana” w środowy wieczór miała swoje okazje, najpierw jeszcze przed wyrzuceniem Cubarsiego, potem także i po tym wydarzeniu, ale była w swojej grze mało konkretna. Czego powiedzieć nie można o gościach. Oni jeden cios zadali od razu po uzyskaniu liczebnej przewagi, bo kapitalnie z rzutu wolnego przymierzył Julian Alvarez. A potem, gdy dali się już wyszumieć Yamalowi i spółce, postawili kropkę nad “i” w postaci bramki wprowadzonego z ławki Alexandra Sorlotha. Ostatecznie wygrali więc 2:0 i przed rewanżem są w znakomitej sytuacji.
Nikt u siebie nie zagrał z Atletico gorzej
Dziwi to tym bardziej, że Atletico rzadko “umie w wyjazdy”. Na boiskach La Liga w bieżącym sezonie wygrało tylko cztery z 14 meczów w delegacji. Jeszcze gorzej piłkarze ze stolicy wyglądali w Lidze Mistrzów, gdzie przed meczem z Barceloną potrafili ograć jedynie na terenie rywala jedynie PSV (3:2). Z nikim nie wygrali dwoma golami, a zatrzymywały ich ekipy Liverpoolu (2:3), Arsenalu (0:4), Galatasaray (1:1), Club Brugge (3:3) i Tottenhamu (2:3).
Patrząc na suche wyniki, Barcelona wypadła więc pod względem domowego meczu z Atletico… najgorzej z całej stawki. Niebywałe.
Rewanż zapowiada się piekielnie ciekawie. Z jednej strony dla Barcelony gonienie wyniku to nic nowego. Niedawno też musieli robić to w dwumeczu z Atletico, ostatecznie nie dali rady, ale byli naprawdę blisko, mimo wówczas wyższej porażki w pierwszej odsłonie (0:4). Teraz strata nie jest aż tak pokaźna, natomiast “Blaugrana” nie będzie już miała zazwyczaj cennej dla niej przewagi własnego boiska. Straciła ją, i to boleśnie, w środowy wieczór.
Atletico u siebie to zazwyczaj zdecydowanie mocniejszy zespół. Pytanie natomiast, czy podejdzie do rewanżu z odpowiednim nastawieniem mentalnym i taktycznym. Świadomość, że trzeba bronić cennej przewagi, a rywal od pierwszych sekund rzuci się do odrabiania strat, potrafi przytłoczyć, o czym “Los Colchoneros” w przeszłości, także tej niedalekiej, już się przekonywali.
Pozostaje czekać. Jeśli Barcelona znów wypadnie za burtę Ligi Mistrzów na mimo wszystko tak wczesnym etapie rywalizacji, trzeba będzie mówić o jej sporego kalibru wpadce. Pewnie nawet kompromitacji. Nie wszystko jednak stracone.