Wyjątkowe show Barcelony. Jeden moment zepsuł święto
FC Barcelona w piorunującym stylu rozpoczęła sezon ligowy. Podopieczni Hansiego Flicka odnieśli wysokie zwycięstwo nad Elche, chociaż wynik 5:0 nie mówi całej prawdy o tym meczu. Niemiecki trener musi mieć co najmniej jeden powód do niepokoju.
Ile musi się zmienić, aby nie zmieniło się nic. Barcelona po wielu zawirowaniach transferowych wróciła do gry, prezentując dokładnie to, w czym już wcześniej mogli zakochać się kibice. Lawinę goli, zrywy skrzydłowych, bronienie na wysokości połowy boiska i sporą odwagę w stawianiu na wychowanków La Masii. Teoretycznie wszystko zagrało, chociaż widać, że ten zespół ma jeszcze naprawdę sporo miejsca na progres.
“Duma Katalonii” ewidentnie nie zagrała z Elche na 100%, ponieważ byłoby to niemożliwe w pierwszym meczu o punkty po wakacjach. Nogi po pretemporadzie są cięższe, wielu uczestników mundialu dopiero dwa tygodnie temu w ogóle wznowiło treningi. Dodatkowo nikt nie wypruje żył na inaugurację sezonu, mając w perspektywie jeszcze około 60 spotkań w sezonie. Nic dziwnego, że “Blaugrana” w wielu fragmentach stosowała tryb ekonomiczny, grała na zaciągniętym hamulcu ręcznym. Ale to i tak wystarczyło do efektownego zdobycia Estadio Manuel Martinez Valero.
Piorunujące wejścia
Tylko raz możesz zrobić dobre pierwsze wrażenie. Nowe nabytki Barcelony doskonale zdawały sobie z tego sprawę. Anthony Gordon i Karim Adeyemi wykorzystali szansę na premierowy pokaz umiejętności przed hiszpańską publicznością. Na szczególne słowa uznania zasługuje Anglik, który zagrał tak, jakby to nie był jego pierwszy, a setny występ dla Katalończyków. Skrzydłowy doskonale rozumiał grę, wiedział, kiedy ruszyć za linię obrony rywali, a kiedy poczekać na bardziej dogodną okazję. Gdy już dostał piłkę, potrafił wykazać się kreatywnością i altruizmem. Dzięki temu po sześciu minutach od pojawienia się na boisku miał na koncie asysty do Raphinhi i Fermina.
Drugi z nowych skrzydłowych też zapunktował w klasyfikacji kanadyjskiej. Adeyemi trafił do siatki, natomiast to nie był jego idealny występ. W pierwszych 40 minutach Niemiec nie mógł się odnaleźć, zepsuł kilka potencjalnych kontrataków, zagrywając prosto w obrońców Elche. Oczywiście nie ma żadnego powodu, aby przesadnie go krytykować, jednak dobrze wiemy, że Barcelona to specyficzne środowisko. Tam piłkarz poza suchymi cyferkami musi zdać tzw. eye test, aby zasłużyć na powszechne uznanie. Przekonał się o tym choćby Marcus Rashford, który w poprzednim sezonie zanotował 14 bramek i 14 asyst, po czym powiedziano mu “adios”, bo zbyt często irytował problemami z boiskową decyzyjnością. Debiutancki mecz Adeyemiego był trochę w stylu Rashforda, ale czekamy na więcej.
- Adeyemi był elektryczny. Podjął kilka błędnych decyzji, ale też parę razy pomógł odzyskać piłkę, a także strzelił gola po błyskawicznej kontrze. Nieco niespójny występ - napisał Joan Poqui z Mundo Deportivo. - Nadawał tempo, intensywnie pracował w pressingu i zdobył bramkę na 2:0. Dokładnie tego szuka Flick - to już ocena dziennika Sport.
Z leżaka na murawę
Spoglądając w same statystyki, wielu uzna, że Barcelona nie mogła zagrać lepiej. W końcu zanotowała 11 strzałów, siedem celnych, miała 22 kontakty z piłką w polu karnym rywala, wykręciła ponad cztery oczekiwane gole. To wszystko są fakty, z którymi nie można polemizować. Aczkolwiek trudno oprzeć się wrażeniu, że przez sporą część meczu Katalończycy grali po prostu średnio. Oddawali inicjatywę, pozwalali rywalom dość swobodnie wymieniać podania, mieli pewne kłopoty ze skoordynowaniem pressingu.
- Szkoda, że nie mieliśmy nieco większej kontroli nad grą. W pierwszej połowie tego brakowało, ale musimy też oddać Elche, że to naprawdę dobry zespół - powiedział Flick na pomeczowej konferencji.
“Barca” mogła sobie pozwolić na dość frywolną grę, ponieważ Elche to drużyna równie odważna, co naiwna. Zarówno pod wodzą Edera Sarabii w poprzednim sezonie, jak i Martina Anselmiego obecnie, “Los Franjiverdes” starają się prezentować otwarty futbol. Sporo ryzykują w rozegraniu, nie wybijają piłek na oślep, w żadnym momencie nie myślą o cofnięciu się i ustawieniu autobusu. Idea jest szczytna, jednak mówimy o drużynie, w której indywidualności nie stoją na najwyższym poziomie. To prowadzi do błędów, nieporozumień, strat pod własnym polem karnym. W efekcie mistrzowie Hiszpanii nie musieli nawet zagrać szczególnie wybitnie, aby odnieść wysokie zwycięstwo. Wystarczyło im kilka momentów, w których przyspieszyli, wrzucili wyższy bieg i nie pozostawili złudzeń w kwestii tego, kto jest lepszy.
Paru piłkarzy Barcelony dopiero powinno wejść na wyższe obroty. Lamine Yamal jak na swoje standardy zaprezentował się bardzo rozczarowująco. Poza dwoma dobrymi podaniami do Raphinhi nie wniósł właściwie nic. Dani Olmo, który słynie z brylantowej techniki, tuż po wejściu na boisko tak fatalnie przyjął piłkę, że stworzył rywalom w miarę obiecującą okazję. Joao Cancelo w końcówce częściej zagrywał do rywali niż kolegów z zespołu. Wszyscy ci zawodnicy będą musieli przejść z trybu wakacyjnego na sezonowy. Tym bardziej może imponować, że “Blaugrana” mimo wszystko odniosła tak gładki triumf.
Niepokój
Przedstawiciele Barcelony nie mogą z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to wymarzony start sezonu. A to wszystko z powodu sytuacji z końcówki pierwszej połowy, kiedy Gavi poprosił o zmianę. 22-latek nie był w stanie kontynuować gry przez problemy z kolanem. Co ważne, mowa o prawej nodze, którą miał już dwukrotnie operowaną. Z powodu zerwania więzadła krzyżowego i późniejszej artroskopii pauzował łącznie przez prawie półtora roku.
Flick po ostatnim gwizdku podkreślił, że wszystko w sprawie pomocnika rozstrzygnie się po badaniach. Ewentualna absencja byłaby jednak sporym ciosem dla zespołu. Mówimy o zawodniku, który jak mało kto reprezentuje filozofię obecnego trenera. Gra na maksymalnej intensywności, nie zna biegu wstecznego i o każdą piłkę walczy, jakby była ostatnią w karierze. Nic dziwnego, że w rundzie wiosennej poprzedniego sezonu po kilku tygodniach od wyleczenia kontuzji ugruntował miejsce w podstawowym składzie. Zdrowy Gavi jest sercem i duszą Barcelony.
Mistrzowie Hiszpanii zaczęli z wysokiego C, chociaż nawet zwycięstwo 5:0 nie może przysłonić braków tej drużyny. Do końca okienka pozostał tydzień, a w klubie wciąż nie ma nominalnego napastnika i lewonożnego stopera, który konkurowałby z Gerardem Martinem. Obecna kadra jest silna, jakościowa, gotowa do walki, ale na pewno nie można nazwać jej kompletną. W weekend piłkarze zrobili swoje, teraz czas na ruchy ze strony Deco i spółki.