Zagraniczny nie znaczy lepszy. Koniec z przypadkowymi trenerami w Ekstraklasie. Ten sezon to lekcja

Zagraniczny nie znaczy lepszy. Koniec z przypadkowymi trenerami w Ekstraklasie. Ten sezon to lekcja
Tomasz Folta / pressfocus
Jan - Piekutowski
Jan PiekutowskiDzisiaj · 18:30
Sezon 2024/25 w Ekstraklasie zaczynało sześciu zagranicznych szkoleniowców. W bieżących rozgrywkach było ich już ośmiu. Ale w kontynuację trudno uwierzyć. Trwające zmagania stają się bowiem zaskakującym triumfem polskich trenerów.
Zatrudnianie zagranicznych szkoleniowców przez polskie kluby trudno uznać za modę, ale trend nasilił się w ostatnich sezonach. Na początku trwającego połowa Ekstraklasy była związana z trenerami spoza Polski. Dla większości z nich były to nowe znajomości.
Dalsza część tekstu pod wideo
Współpracę kontynuowały Lech Poznań (Niels Frederiksen), Widzew Łodź (Željko Sopić), Radomiak (Joao Henriques) oraz Lechia (John Carver). Cztery kolejne zdecydowały się na wpuszczenie świeżej krwi. W Piaście w miejsce Aleksandra Vukovicia wkroczył Max Molder, w Legii Goncalo Feio zastąpił Edward Iordanescu, w Cracovii Dawid Kroczek ustąpił miejsca Luce Elsnerowi, natomiast w Górniku Piotr Gierczak, trener tymczasowy, wrócił do roli asystenta po zatrudnieniu Michala Gasparika.
Przed sezonem mieliśmy więc do czynienia z czterema roszadami na stanowiskach trenerów i za każdym razem kończyło się na opcji zagranicznej. Ale teraz nic nie wskazuje na to, aby latem 2026 roku doszło do powtórki z rozrywki. Zagraniczni szkoleniowcy powoli znajdują się w odwrocie, ich liczba spadła do siedmiu. Różnica minimalna, lecz, jak się wydaje, zapowiadająca nadchodzący proces.
W TOP4 Ekstraklasy są trzy zespoły dowodzone przez Polaków. W ćwierćfinałach Pucharu Polski - gdzie Ekstraklasa ma pięciu przedstawicieli - trzech. Jeśli istniała moda na zatrudnianie zagranicznych trenerów, bo są ciekawsi pod względem poprzednich miejsc pracy, to powoli przechodzi ona do historii. Druga liga szwedzka w niczym nie jest lepsza od polskiej ligi, a jak ktoś bardzo potrzebuje, to nieokrzesanych innowatorów znajdzie też nad Wisłą. Kluby zaczynają to rozumieć i się dostosowywać.
W bieżącym sezonie jako pierwszy pojął to Piast. Nie Widzew, bo chociaż Sopić przestał pracować w Łodzi już w sierpniu i błyskawicznie zastąpiono go Patrykiem Czubakiem, to Polak wytrzymał raptem półtora miesiąca, zanim i jego zjadła żądza osiągnięcia niezdefiniowanej perfekcyjności. Piast natomiast pogonił Moldera po 11 spotkaniach - naznaczonych zaledwie jedną wygraną w lidze - a następnie zatrudnił Daniela Myśliwca. Tego samego, którego w Widzewie uznano za niewystarczającego do prowadzenia przepłaconych zawodników i tego samego, który nie potrafił dogadać się z zarządem w kwestii wzmocnień, co destrukcyjnie wpłynęło na jakość zespołu.
Niemniej, Gliwiczanie z Myśliwcem u sterów ruszyli z kopyta. Wydostali się ze strefy spadkowej, przed poniedziałkowym starciem z Wisłą Płock zdobyli 16 punktów. W okresie od zatrudnienia 40-latka są najlepsi w Ekstraklasie. Szansę na przegonienie Piasta ma jeszcze kilka zespołów, procentuje rozegranie większej liczby meczów, ale to nie wpływa na bardzo wysokie noty, jakie zasłużenie zbierają Myśliwiec i spółka. Jego dotychczasowa kadencja przyniosła już dwukrotne ogranie Astiza (2:0, 1:0), ale też Frederiksena (1:0).
Polska myśl pomaga też Radomiakowi. Bo o ile Feio jest Portugalczykiem i sam miałem względem jego powrotu mnóstwo uwag, to trenersko wychował się nad Wisłą, a jego wpływ na poczynania drużyny był natychmiastowy. Radomianie przegrali jedynie z Lechem Poznań, natomiast bez większych problemów pokonali Elsnera (3:0), a nade wszystko Gasparika (4:0). Ponadto udało się zremisować z Thomasem Thomasbergiem (2:2).
Duńczyk to przypadek ciekawy, ale coraz bliżej mu do kolejnego trenera zagranicznego, który się na Ekstraklasie sparzył. 51-latek zanotował udane wejście do zespołu, w czterech pierwszych spotkaniach wyrzucił Legię z Pucharu Polski, a w lidze zgubił punkty jedynie na Lechu. Ale z biegiem czasu jego drużyna słabła, słabła i słabła. Obecnie zostały z niej zgliszcza, Pogoń czeka na zwycięstwo od listopadowej potyczki z Zagłębiem Lubin. W ostatnim meczu z Termalicą to rywale dominowali.
Tym samym ściągnięcie Thomasberga w miejsce Roberta Kolendowicza - wciąż czekającego na powrót do pracy - wydaje się coraz bardziej wątpliwe. 45-latek odszedł, gdy po ośmiu meczach miał na koncie dziesięć punktów. Duńczyk rozegrał dziesięć spotkań w Ekstraklasie, a "oczek" zdobył 12. Póki co nie ma przekonania, że w dalszej części sezonu bilans ulegnie zmianie. Tym bardziej, że Thomasberg opowiada dyrdymały dotyczące obawy przed zwycięstwem.
W tym sezonie, włączając w to także okres przed rozpoczęciem zmagań, doszło do 12 zmian na stanowiskach trenerów. Cztery razy szkoleniowiec zagraniczny zastępował Polaka, trzykrotnie Polak szkoleniowca zagranicznego, cztery razy zagraniczny zagranicznego (wliczając w to Feio* wchodzącego za Henriquesa i Moldera za Vukovicia*) i raz Polak Polaka. Jakie były skutki w lidze?
Zagraniczny za Polaka:
  • Kroczek (1,49 pkt) < Elsner (1,55)
  • Gierczak (1,17) < Gasparik (1,65)
  • Kolendowicz (1,61) > Thomasberg (1,20)
  • Czubak (1,25) > Jovićević (0,78)
  • Feio* (1,66) > Iordanescu (1,33)
  • Vuković* (1,47) > Molder (0,70)
Polak za zagranicznego:
  • Sopić (1,13) < Czubak (1,25)
  • Molder (0,70) < Myśliwiec (1,78)
  • Henriques (1,28) < Feio* (1,83)
Do tego jeszcze Inaki Astiz, który na ten moment ma lepszą średnią niż Marek Papszun, ale trudno uznać to za wniosek wiążący.
Widać jednak, że nie chodzi o to, żeby wziąć trenera zagranicznego tylko na podstawie prowadzonych wcześniej zespołów lub, jeszcze gorzej, samego faktu bycia trenerem zagranicznym. Te czasy bezpowrotnie odchodzą do lamusa. I całe szczęście, bo to powinna być oczywistość. W naszej piłce naprawdę nie brakuje szkoleniowców mogących osiągnąć kapitalne wyniki. Nie bez powodu w mediach społecznościowych coraz częściej widać kibiców Widzewa robiących maślane oczy w stronę Adriana Siemieńca.

Przeczytaj również