Zamieszanie w Lechu. Czołowy piłkarz naciska na transfer. Zmiennik boleśnie zawodzi

Każda kompromitacja służy tworzeniu scenariuszy opartych na gdybaniu. Zazwyczaj nie ma to sensu, bo składowych jest zbyt wiele. W przypadku degrengolady Lecha z Aarhus można jednak całkiem zasadnie zastanawiać się nad losami rywalizacji, gdy Mateusz Lis odbił przynajmniej jeden strzał. Albo Bartosz Mrozek nie naciskał na transfer.
Skreślenie Mateusza Lisa i uznanie, że z nim Lech już nic nie osiągnie nie jest rozsądne. Minęły raptem cztery spotkania, a z Górnikiem Zabrze wychowanek pokazał, że umiejętności ma. Problem stanowią jednak trzy kolejne mecze, zwłaszcza rewanż z Aarhus. Jakkolwiek do Lisa nie podejdziemy, walnie przyczynił się do tego, że Poznaniaków w Lidze Mistrzów już nie ma.
Trudno logicznie wytłumaczyć to, co się dzieje z doświadczonym zawodnikiem. Wiele osób wyśmiewa, że w Turcji błysnąć może dosłownie każdy, ale to oczywiście nieprawda. Taki Andre Onana, za którego Manchester United zapłacił grube miliony, miał odbudować się w Trabzonsporze. Wyszło nieźle, sześć czystych kont i 70% interwencji w poprzednim sezonie. Szkopuł w tym, że Lis na zero z tyłu zagrał szesnaście razy, a współczynnik miał na poziomie 75%. To nie są przypadkowe liczby, które pozwalają sądzić, że czeka cię znaczny regres gry. Ba, wiele osób uważało - naprawdę niebezzasadnie - że "Kolejorz" na roszadzie w bramce wyjdzie na plus. W dłuższej perspektywie wciąż jest na to nadzieja, chociaż przy Bułgarskiej liczyła się przede wszystkim Liga Mistrzów. Ta nadzieja wciąż by się tliła, gdyby Lis obronił przynajmniej jeden z czterech strzałów.
Tak, Duńczycy oddali raptem cztery celne uderzenia - każde wpadło do siatki gospodarzy. Co więcej, żaden z tych strzałów nie był pokazem piłkarskiej maestrii. Tobias Bach kopnął z ostrego kąta, przełamał ręce golkiperowi. Rzut karny, wiadomo, ale Kristian Arnstad przymierzył słabo, co później potwierdził w serii "jedenastek" - tym razem futbolówka przeszła Lisowi pod pachą. Główkę Frederika Tingagera w istocie trudno było zbić, miał zdecydowanie za dużo komfortu kilka metrów przed bramką. Co innego w dogrywce, bo Tomas Kristjansson zgubił wprawdzie Roberta Gumnego, zakręcił, ale nie na tyle mocno, żeby dobrze rozgrzany i pewny siebie golkiper nie zdołał sparować. Lisowi zabrakło jednak wszystkiego.
W podstawowym czasie nie był w stanie pomóc "Kolejorzowi", więc, zgodnie z bramkarskim prawidłem - jak już się raz pomylisz, wstać ciężko - w rzutach karnych też się nie przysłużył. Zawodnicy Aarhus w większości uderzali idealnie, do siatki nie trafił jedynie Arnstad, który kopnął w słupek. Broniący barw Duńczyków Mads Hedenstad sięgnął dwóch strzałów. 25-latek wcześniej miał swoje za uszami, źle skierował piłkę po uderzeniu Michała Gurgula, gola strzelił Filip Jagiełło. Ostatecznie jednak został jednym z bohaterów Aarhus. Jedną z przyczyn kompromitacji Lecha.
Nad Lisem zebrały się zaś czarne chmury. Już w trakcie spotkania zaczęto zastanawiać się, czy cały Lech nie popełnił wielkiego błędu. Czy Bartosz Mrozek nie powinien grać w pierwszym składzie póki jeszcze pozostaje przy Bułgarskiej. Tak przecież zrobiono z Antonim Kozubalem i Gurgulem właśnie. W przypadku Mrozka sprawa nie jest jednak tak jednoznaczna.
W "Kolejorzu" mieli uznać, że dotychczasowa "jedynka" i jej otoczenie zbyt mocno stawiają wszystko na transfer. Lisa kupiono ze sporym wyprzedzeniem, pierwszy raz od blisko 20 lat zapłacono za golkipera. Wszystko po to, aby już przygotować się na życie bez Mrozka, bo ten myślami mógł być poza drużyną. Lipiec właśnie się kończy, a Poznaniacy stracili szansę na piłkarską elitę, natomiast Mrozek wciąż siedzi na ławce zespołu Nielsa Frederiksena.
To tym bardziej frapujące, że po Mrozka wcale nie zgłosiły się szczególnie uznane kluby. Jeśli ktoś stawia na szali swoją karierę w barwach dwukrotnego mistrza Polski, żeby wyjechać do MLS lub Turcji, to mnie się to po prostu nie klei. Tym bardziej, że kadrowicz Jana Urbana ma dopiero 26 lat. W teorii może kopać piłkę przez kolejnych dziesięć sezonów. Jego saga transferowa to kolejny dowód na to, że w rewanżu z Aarhus Lecha spotkało absolutnie wszystko, co złe.
Teraz w Poznaniu muszą się skupić na tym, aby 29-latka jakoś odbudować. Trudno uwierzyć w nagły zwrot dotyczący Mrozka - nawet jeśli wróci do bramki, to najpewniej na raptem kilka meczów. Wątpliwe, aby był to ruch sensowny, skoro przez resztę sezonu "jedynką" i tak pozostawałby Lis. To golkiper wciąż obdarzony bardzo dużymi umiejętnościami, wcale nie tak beznadziejny czy to na linii, czy w rozegraniu, lecz mający kłopoty z dźwignięciem presji.
Bluza bramkarska w Lechu potrafi ważyć bardzo dużo, niejednego już przygniotła. Z Aarhus padło na Lisa, któremu nijak nie pomogli koledzy. Bo chociaż łatwo zrzucić winę na nowego zawodnika, cały "Kolejorz" zaprezentował się fatalnie - od boiska aż po sztab szkoleniowy. Z Duńczykami pękł każdy piłkarz. Gdy przyjezdni podwyższyli na 2:0, mistrzowie Polski zupełnie się posypali. Bramkarz ma zaś tego pecha, że pozostaje najbardziej samotny, a wszystkie pomyłki są banalnie proste do wyeksponowania.