Zarabia najlepiej na świecie, a daje ciała. Gwizdy z trybun rosną. Czas odejść?

Zarabia najlepiej na świecie, a daje ciała. Gwizdy z trybun rosną. Czas odejść?
ANP / pressfocus
Wojciech - Klimczyszyn
Wojciech KlimczyszynDzisiaj · 12:00
Minęło pięć lat od ostatniej fety w obozie Atletico Madryt. Dziś z trybun słychać gwizdy i buczenie, a konflikty wewnątrz drużyny powodują, że media po każdym najmniejszym potknięciu stawiają pytanie: czy doszliśmy do punktu krytycznego, w którym wyobrażamy sobie następcę Diego Simeone?
Jak zamienić buczenie, gwizdy i gesty frustracji kibiców w oklaski i cmoknięcia z zachwytu. W bardzo prosty sposób. - Musimy wygrać ligę - odpowiedział sternik Atletico pod koniec stycznia, gdy jego drużyna ponownie zgubiła punkty i zaczęła tracić z pola widzenia uciekającą dwójkę: Barcelonę i Real Madryt. Scenariusz, który powtarza się od kilku lat.
Dalsza część tekstu pod wideo
Simeone przed startem kampanii obiecuje walkę o mistrzostwo, wyrównane starcia z dwoma hiszpańskimi potęgami, po czym często już jesienią, a czasem kilka tygodni po nowym roku, prowadzeni przez niego piłkarza ulegają na wszystkich frontach. Nie inaczej jest i w tym sezonie. Liga, jakby nie zaklinał rzeczywistości “Cholo”, została przegrana w styczniu, a na innych polach wcale nie jest lepiej.

Szereg wpadek

Pierwsze gwizdy dało się słyszeć podczas meczu z Bodo/Glimt w ostatniej kolejce fazy ligowej Ligi Mistrzów. Ekipa Diego przegrała 1:2 na Wanda Metropolitano, pomimo wyraźnej przewagi na boisku. W 78. minucie, gdy na tablicy wyników widniał remis, trener zdecydował się zastąpić Pablo Barriosa, ofensywnego pomocnika, środkowym obrońcą. Robin Le Normand wszedł na murawę przy akompaniamencie przeraźliwych gwizdów, ale skierowane one były bynajmniej nie do niego. Tłum protestował przeciwko decyzji szkoleniowca, który najwyraźniej, nie wiedząc czemu, postanowił bronić niekorzystnego wyniku, który oznaczał, że Madrytczycy będą się bić o 1/8 finału w barażach.
- Nie jestem kretynem - zarzekał się Simeone przed kolejnym spotkaniem z Levante. - Ściągnąłem Barriosa, żeby oszczędzać jego siły. Będzie nam potrzebny w kolejnych bitwach - oświadczył na konferencji. Te bitwy to właśnie pojedynki z nieprzyjemnym Club Brugge. Klubem, który od kilku lat potrafi napytać biedy znacznie silniejszym i bogatszym drużynom w Champions League.
Sytuacji nie poprawił bezbramkowy remis z ekipą z prowincji Walencja. Pomimo ambicji trenera, Atletico ma 10 punktów straty do liderującej Barcelony, dziewięć zaś do Realu. W klubie z Metropolitano zaczyna rozpowszechniać się przekonanie, że brakuje odpowiedniego fundamentu, że filary, które utrzymywały drużynę, chwieją się coraz bardziej. Wzrok kierowany jest na trenera, widzącego błędy wszędzie, tylko nie w swoim warsztacie.

Konflikt na szczycie

Największe pretensje Simeone ma do dyrektora sportowego. Atletico sprzedało Connora Gallaghera, Giacomo Raspadoriego i Javiera Galana, po czym dopiero w ostatnich chwilach okienka pozyskało Ademolę Lookmana (o nim za chwilę). Spóźnione ruchy spowodowały sporą niepewność na trybunach, ale i w klubowych gabinetach. W tym kontekście Simeone oraz dyrektor sportowy Mateu Alemany wysyłali w ostatnich tygodniach komunikaty. Fundamentalnie ze sobą sprzeczne.
Choć Alemany konsekwentnie apelował o spokój i podkreślał, że nie ma pilnej potrzeby transferów, menedżer “Los Colchoneros” jasno dał do zrozumienia, zarówno publicznie, jak i prywatnie, że potrzebuje wzmocnień.
- Z pewnością będziemy szukać takich narzędzi, których drużyna potrzebuje. Bo kadra wymaga nowych twarzy - oświadczył legendarny trener. - Nie mam nic do dodania, rozmawiamy z Mateu codziennie. Dla mnie jest całkowicie jasne, jakich konkretnie potrzebujemy zawodników - podkreślał Argentyńczyk, wywierając presję na innym członku pionu sportowego.
Ale były dyrektor sportowy Barcelony, który w ostatnim tygodniu zimowego okna przebywał w Monachium, widział to inaczej.
- Pracujemy nad transferami, jesteśmy zaangażowani w rynek, ale nie denerwujemy się - komentował. Łatwo mu powiedzieć, bo to nie on bezpośrednio odpowiada za wyniki z poziomu ławki rezerwowych.
W okresie poprzedzającym mecz z Bodo/Glimt obie strony dążyły do zakończenia konfliktu, chyba przewidując, co się może za chwilę wydarzyć. Jakby spodziewali się, że klub wejdzie w szalone ostatnie godziny obowiązującego okienka. Jeden łagodził swoje stanowisko mówiąc o “braku kontrowersji”, drugi obiecywał, że “wszystkie strony chcą wzmocnienia składu”. Kompromis został wypracowany późno, po kilku wpadkach, ale sezon wciąż da się ocalić. Do klubu 2 lutego przybyła trójka ratowników: Rodri Mendoza, Obed Vargas i, przede wszystkim, Ademola Lookman.
Nigeryjczyk zanotował fenomenalny debiut w ćwierćfinale Pucharu Hiszpanii, strzelając Betisowi gola, będąc przy tym jednym z najlepszych graczy na boisku. Problem w tym, że “Los Colchoneros” takie mecze zdarzają się średnio dwa razy w sezonie, a potem wszystko wraca do normy. Czyli do irytującego gubienia punktów i utraty szans na cokolwiek.

Balansowanie na krawędzi

Atleti faluje od dawna i to coś więcej niż tylko jeden słaby sezon. Minęło już prawie pięć lat od ostatniego tytułu, mistrzostwa Hiszpanii w 2021 roku. Od tamtego czasu szmery niezadowolenia przebijały się przez mury Metropolitano, ale nigdy ostatecznie nie zburzyły wizerunku trenera. Podczas tej kampanii, która zaczęła się od trzech remisów, buczenie przeciwko piłkarzom i “Cholo” jest niemal motywem przewodnim, a rozpoczęło się kilka tygodni temu po ciężko wywalczonym zwycięstwie u siebie z Alaves, kiedy gospodarze w ostatnim minutach desperacko bronili rezultatu 1:0.
- Czasami drużyna wygląda lepiej, a innym razem gorzej. Ważne, żeby zaakceptować nawet trudniejsze chwile - wyjaśniał wtedy Simeone, apelując do kibiców, aby ci wspierali swoich piłkarzy. Jednak po pięciu latach coś się zmieniło i Argentyńczyk nie ma takiego poklasku, jak kiedyś. To nadal legenda klubu, ale jego sytuację można porównać do ostatnich sezonów kadencji Arsene’a Wengera w Arsenalu, kiedy fani “Kanonierów” z jednej strony szanowali dokonania Francuza, z drugiej zaś mieli go wyraźnie dość.
Faktem jest, że 15 lat pracy trenerskiej to długa era, licząc to w kategoriach sportowych. Zupełnie nadzwyczajna jak na obecne standardy. Przez cały ten czas Simeone pokazywał charakter, utożsamiał się z drużyną i miastem, wskrzesił nowy styl pracy, który dźwiga ciężar zarówno zalet, jak i wad. Tzw. “Cholismo” miało się świetnie, nawet gdy brakowało wyników. Dziś głód trofeów doskwiera bardziej, a nie wygląda na to, by Atleti przybliżało się do sukcesu.
To jednak nie wszystko. Styl gry i estetyka zespołu stają się coraz bardziej przewidywalne. Piłkarze, choć się zmieniają, grają niemal dokładnie to samo, co 10 lat temu, z rzadka porywając publikę. Simeone zawsze ma gotową odpowiedź na niewygodne pytania, a zarzuty o brak zwycięstw zbywa w bardzo prosty sposób. Nie ma jednak trenera, który wygra z rosnącą presją i oczekiwaniami. Nawet jeśli jest się najlepiej opłacanym szkoleniowcem na świecie.

Przeczytaj również