Zasłużony klub może całkowicie upaść. Wyrzucili go nawet z piątej ligi. Została ostatnia nadzieja
To ostatni portugalski zespół, który potrafił postawić się wielkiej trójce. Boavista od kilku lat znajduje się jednak w permanentnym kryzysie. Choć widmo całkowitego upadku tego niezwykle zasłużonego portugalskiego klubu wciąż jest realne, ostatnio pojawiło się światełko w tunelu. Wszystko dzięki zaangażowaniu kibiców.
W 92-letniej historii Primeira Ligi tylko pięć zespołów zdołało sięgnąć po mistrzostwo. Zdecydowana większość tytułów padła łupem “Os Tres Grandes”, czyli Benfiki, Porto oraz Sportingu. Do tego grona w latach 40. dołączyło Belenenses, a w sezonie 2000/01 także Boavista. “Pantery” na przełomie wieków należały do portugalskiej czołówki. Kibice mogli cieszyć się z gry w Lidze Mistrzów i dopingowania ich z trybun świeżo oddanego stadionu. Niestety, kolejne błędy w zarządzaniu doprowadziły klub na skraj przetrwania. Dziś na Estadio do Bessa nie ma już europejskich pucharów, a za chwilę może nie być już mowy o jakimkolwiek futbolu. Chyba że misja ratunkowa ostatecznie okaże się skuteczna.
Zszokowali gigantów
Historyczne mistrzostwo z 2001 roku i wicemistrzostwo sezon później sprawiły, że Boavista chciała na nieco dłużej zagościć na szczycie portugalskiego futbolu. Apetyty rosły, a trener Jaime Pacheco i jego podopieczni rywalizowali jak równy z równym w LM z takimi markami jak Liverpool czy Borussia Dortmund, a także dotarli do półfinału Pucharu UEFA. Te sukcesy nie byłyby natomiast możliwe gdyby nie zwiększone nakłady na samą drużynę. Do tego doszła jeszcze przebudowa Estadio do Bessa, który ugościł trzy mecze EURO 2004. Problemy zaczęły się, kiedy najpierw Boavista wypadła z pucharów, a potem - w wyniku wybuchu afery korupcyjnej znanej jako “Apito Dourado” - piłkarskie władze zdecydowały się ją karnie zdegradować.
- Na początku XXI wieku klub faktycznie znajdował się na topie. Trzeba było zainwestować spore pieniądze, żeby na nim pozostać. Afera korupcyjna z 2008 roku miała naprawdę ogromne konsekwencje. Bez przychodów związanych z grą w Primeira Lidze klub został pozbawiony znaczących środków, przez co wpadł w taką spiralę kłopotów finansowych i narobił sobie długów - opowiada nam Andre Monteiro, dziennikarz portugalskiego dziennika Record.
Ostatecznie klub po latach został uniewinniony, ale rozbrat z elitą znacząco odbił się na jego losach. “Boavisteiros” nie potrafili już osiągnąć stabilizacji - ani finansowej, ani sportowej. Od powrotu do Primeira Ligi w 2014 roku w każdym sezonie prowadził ją inny szkoleniowiec, a okres poza portugalską ekstraklasą wpłynął też na klubowy skarbiec. Część trybun wiązała spore nadzieje z przybyciem do klubu w sezonie 2020/2021 Gerarda Lopeza. Kontrowersyjny luksembursko-hiszpański inwestor wtedy posiadał już także udziały w Royal Excel Mouscron i Bordeaux. I jak się miało okazać w niedługim czasie, podobnie jak w Belgii oraz Francji, również w Boaviście pozostawił po sobie zgliszcza.
- Główną przyczyną kryzysu, w jakim znalazła się Boavista, było złe zarządzanie ze strony Gerarda Lopeza. Zresztą tak było w każdym klubie, którym kierował, czego dobitnym przykładem jest właśnie Bordeaux. Narastające długi i w tym przypadku postawiły klub na skraju upadku. Sytuacja Boavisty w pewnym momencie była naprawdę poważna, ale nowy zarząd stopniowo zaczął pokonywać kolejne przeszkody. Głównym wyzwaniem dla władz jest doprowadzenie do tego, żeby klub mógł zgłosić zespół do rozgrywek regionalnych - mówi Jose Antonio Zapico, monitorujący sytuację Boavisty dla hiszpańskiego Diario AS.
Stadion za wszelką cenę
Za władania Lopeza sytuacja na Estadio do Bessa z miesiąca na miesiąc była coraz gorsza. Klub przez pięć okienek borykał się z zakazem transferowym. Kiedy wreszcie mógł zarejestrować nowych piłkarzy, to jednego dnia - dokładnie 13 lutego poprzedniego roku - ogłosił pozyskanie aż dziewięciu zawodników. Choć wśród nich były mocne nazwiska, jak Layvin Kurzawa, Marco van Ginkel czy znany z występów w Ekstraklasie Steven Vitoria, to nawet oni nie uratowali “Panter” przez degradacją. A spadek na boisku był tylko początkiem kłopotów. W lipcu 2025 Boavista utraciła status klubu profesjonalnego. Ubiegły sezon rozpoczęła na piątym poziomie portugalskiej piłki, lecz nie potrafiła wystawić drużyny na kolejne spotkania, więc w październiku została wyrzucona nawet z tych rozgrywek.
- Klub od dłuższego czasu stoi na granicy upadku. W praktyce Boavista musi generować wystarczające przychody, aby pokryć miesięczne koszty operacyjne i wykazać, że jest w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań finansowych. W przeciwnym razie wierzyciele mogliby podjąć kroki w celu egzekucji swoich roszczeń, co potencjalnie doprowadziłoby do zamknięcia klubu. Kluczową kwestią jest przyszłość Estadio do Bessa. To przecież stadion na 30 tysięcy miejsc położony w samym sercu Porto, co czyni go niezwykle atrakcyjnym kąskiem dla wszystkich wierzycieli klubu. Obiekt stanowi siedzibę nie tylko dla drużyny piłkarskiej, ale jest również domem dla innych sekcji Boavisty. Jeśli ta chce utrzymać się na powierzchni, musi zrobić wszystko, aby wciąż być jego właścicielem - uważa Monteiro.
Stadion wydaje się obecnie największym zasobem Boavisty, który klub musi chronić za wszelką cenę. Obiekt ten stanowi jeden z symboli piłki nożnej w Porto. W ramach procesu restrukturyzacji wiosną tego roku wraz z otaczającą go infrastrukturą został nawet wystawiony na sprzedaż, ale ostatecznie wciąż pozostaje w rękach klubu. I chociaż według najnowszych doniesień termin opuszczenia stadionu wyznaczono na koniec lipca, osoby działające blisko klubu nie zamierzają wywieszać białej flagi.
- Faktycznie wokół klubu krąży aktualnie wiele informacji i plotek, z których niektóre są bliższe, a inne dalsze prawdy, ale pojawia się też zbyt wiele fałszywych informacji. My skupiamy się na działaniu w oparciu o fakty, a nie spekulacje. Dowodem na to jest porozumienie zawarte z firmą Sacyr, mające na celu zabezpieczenie stadionu będącego własnością klubu. Nikt w klubie nie ukrywa, że to dla nas bardzo trudny okres, ale angażujemy wszystkie nasze siły w realizację planu restrukturyzacji. Tylko w ten sposób będziemy w stanie zapewnić Boaviście rentowność - mówi nam Queco Huerta, hiszpański doradca Boavisty, który próbuje uratować ją od upadku.
Przyszłość w rękach kibiców
Huerta, który wcześniej założył w ojczyźnie ADDE, czyli organizację zrzeszającą dyrektorów sportowych, w Portugalii podjął się nie lada zadania. W klubie, który de facto wciąż należy do Lopeza, Hiszpan wraz ze swoimi współpracownikami musi walczyć o to, aby utrzymać Boavistę przy życiu praktycznie z dnia na dzień. W połowie lipca udało się przedstawić sądowi plan restrukturyzacyjny mający na celu przywrócenie funkcjonowania Boavisty. Jednocześnie sięga po wszelkie narzędzia, aby jego sportowcy znów mogli korzystać z klubowej infrastruktury. Stąd akcja zainicjowana przez ruch “Salvar o Boavista”, w ramach której władze zamierzają zebrać środki niezbędne do ponownego otwarcia Estadio do Bessa. W internetowej zbiórce, w której każdy może wesprzeć klub dowolną kwotą, biorą udział fani z całego świata - od Anglii po Timor Wschodni.
- Nasza inicjatywa spotkała się z bardzo pozytywną reakcją ze strony kibiców. Niezależnie od kwoty, jaką uda nam się uzbierać, niezwykle ważne jest samo przesłanie tej akcji. W ten sposób widać, że kibice Boavisty pozostali przy swoim klubie nawet w tych najtrudniejszych chwilach. Teraz naszym głównym celem jest zapewnienie Boaviście stabilizacji. Musimy wzmocnić zaufanie wszystkich osób związanych z klubem i stworzyć solidne podstawy na przyszłość, dzięki czemu Boavista będzie mogła patrzeć w przyszłość z większym spokojem. Na szczęście na tej drodze klub dysponuje niezbędnymi atutami - swoją piękną historią, tożsamością i dużą grupą oddanych kibiców. Dzięki nim mamy szansę ponownie zająć miejsce, na jakie zasługujemy. Skupiamy się na codziennej pracy nad tym, aby dzień po dniu i krok po kroku ten plan rzeczywiście mógł stać się faktem - mówi Huerta.
Po przedstawicielach klubu widać, że nie zamierzają się poddać. Lopez wśród kibiców jest już od dawna skreślony. Choć wielokrotnie publicznie oświadczał, że chce pomóc Boaviście w przetrwaniu, nikt już nie wierzy, że będzie w stanie wnieść wymagany kapitał. Od zeszłego roku funkcję prezesa pełni Rui Garrido Pereira. Nie można odmówić mu determinacji i miłości do piłkarskiej szachownicy z Porto, ale z nowym zarządem nadal szuka długoterminowych rozwiązań. Tymczasem wydaje się, że tego czasu jest coraz mniej.
- Nie wierzę, że Boavista kiedykolwiek zdoła odzyskać stabilność finansową lub spłacić wszystkie swoje długi. Coraz bardziej realny wydaje się scenariusz, w którym klub zostanie zlikwidowany i będzie musiał zacząć wszystko od nowa. Zresztą Panteras Negras, jedna z najbardziej zagorzałych grup kibicowskich Boavisty, publicznie oświadczyła, że nie wierzą, iż klub uda się uratować pod obecnym kierownictwem. W zeszłym roku wzięli sprawy w swoje ręce i założyli własną drużynę. Już w pierwszym sezonie udało im się awansować z czwartej do trzeciej ligi okręgowej (siódmy poziom rozgrywkowy - przyp. red.). Ich droga do elity jest jeszcze długa, ale ta postawa dobitnie pokazuje, że fani nie wierzą w przyszłość Boavisty w jej aktualnej formie. Niewykluczone, że to właśnie ich zespół stanie się kiedyś podstawą do odrodzenia tej niezwykle ważnej dla portugalskiego futbolu marki - kończy Monteiro.