Zmierzch wartości na Camp Nou. Carles Perez kolejnym dowodem na upadek barcelońskich idei

Zmierzch wartości na Camp Nou. Carles Perez kolejnym dowodem na upadek barcelońskich idei
Christian Bertrand/Shutterstock
FC Barcelona od niepamiętnych czasów kojarzy się z odważnym stawianiem na adeptów swojej słynnej szkółki, La Masii. Lata sukcesów “Dumy Katalonii” można niemal w pełni zawdzięczać zawodnikom pokroju Busquetsa, Pique, Xaviego czy Iniesty, którzy zdobywali szlify w zaciszu barcelońskiej akademii. Niestety, od kilku lat tendencja traktowania wychowanków uległa całkowitej zmianie. Dobra “fabryki” gwiazd są doceniane przez niemal wszystkie europejskie kluby… poza Barceloną.
Przykładów na zmiany w postępowaniu katalońskiej ekipy nie trzeba daleko szukać. Do AS Romy właśnie ewakuował się Carles Perez. “Barca” oddała piłkarza, który pod jej skrzydła trafił już w 2012 roku. 21-latek przeszedł przez drużyny -U-17, U-18, U-19, rezerwy klubu, aż wreszcie otrzymał okazję gry w pierwszej drużynie “Blaugrany”. Wszystko układało się pięknie... do czasu.
Dalsza część tekstu pod wideo

Szansa od losu

Przed startem bieżących rozgrywek mało kto przypuszczał, że akurat Carles Perez uzyska awans z ekipy rezerw. Wydawało się, że linia ofensywy Barcelony jest odpowiednio zagospodarowana, jednak plaga kontuzji, która dotknęła m.in. Leo Messiego, Ousmane’a Dembele i Luisa Suareza sprawiła, że w pierwszych kolejkach Ernesto Valverde musiał skierować swój wzrok w kierunku Barcelony B.
Swoistymi beneficjentami urazów bardziej doświadczonych zawodników stali się dwaj adepci La Masii - Ansu Fati oraz właśnie Carles Perez. Obaj panowie otrzymywali powołania do pierwszej drużyny, a ich doskonałe występy sprawiły, że niedoszły trener Barcelony ani myślał odsyłać młodych perełek do ekipy rezerw.
Poziom prezentowany przez duet skrzydłowych był zbyt wysoki, aby nadal musieli oni udowadniać swoją jakość na poziomie trzeciej ligi. Oczywiście, że zdarzały się spotkania, w których choćby Carles Perez nie błyszczał, ale warto pamiętać, że od zawodnika, rozgrywającego debiutancki sezon na poziomie seniorskim nie można jeszcze wymagać bezwzględnej regularności. Pewne automatyzmy zostaną wypracowane dopiero z biegiem lat.
Nieco innymi założeniami kierowała się jednak dyrekcja Barcelony, która zdecydowała, że przygoda Carlesa Pereza z Camp Nou dobiegła końca. 6 lat ciężkich treningów pod okiem trenerów młodzieżowych ekip “Blaugrany”, wytrwałość i pokonywanie kolejnych barier w drodze do ukochanej drużyny - to wszystko wyceniono na ledwie kilkanaście milionów euro.

Kapitalizm wyparł romantyzm

Jedynym wytłumaczeniem transferu skrzydłowego do ekipy “Giallorossich” jest wiara zarządu Barcelony w umiejętności zawodnika, który po kilkumiesięcznej absencji wraca do zdrowia, Ousmane’a Dembele. Sprzedaż Pereza przy jednoczesnym zatrzymaniu Francuza idealnie demonstruje kierunek, w którym zmierza Barcelona.
A jest to kierunek prowadzący do zatracenia dawno wypracowanych wartości i ideałów, które jeszcze nie tak dawno stanowiły fundament funkcjonowania katalońskiego klubu. Gdy myślimy o latach sukcesów Barcelony, na pierwszy plan wysuwają się wspomniani architekci, którzy uczyli się futbolu w La Masii. Te czasy w stolicy Katalonii chyba już bezpowrotnie minęły.
Obecnie “Blaugrana” dołączyła do piłkarskiego wyścigu szczurów, w którym kluby nieustannie prześcigają się kolejnymi bombami transferowymi. Musi być drogo, hucznie, okazale. Ostatnimi laty każde okienko przynosi na Camp Nou nowego zawodnika sprowadzonego za minimum kilkadziesiąt milionów euro.
Wielkie kwoty często nijak się mają do realnych umiejętności zawodników. Philippe Coutinho, Arda Turan czy Paco Alcacer zawiedli na Camp Nou wszelkie oczekiwania, jednak i tak byli faworyzowani ponad młodych wychowanków, którzy cierpliwie czekali na swoje szanse.
Gdy już nadarzyła się okazja do gry dla Carlesa Pereza, o swoim istnieniu raczył przypomnieć sobie Ousmane Dembele, kolejny symbol restrukturyzacji barcelońskich wartości. Francuz został sprowadzony 3 lata temu za kwotę ponad 100 milionów euro, jednak jego przygoda w bordo-granatowym trykocie to pasmo kontuzji, nieudanych występów i, tak dla odmiany, kolejnych kontuzji.
Młody wychowanek, który krok po kroku dążył do pierwszej drużyny, musi ustąpić miejsca rozkapryszonej gwieździe, ponieważ nie wypada, aby zawodnik sprowadzony za tak wysoką kwotę siedział na ławce. Nieważne, że Dembele ostatni raz był w dobrej dyspozycji 2 lata temu, a jego stosunek do klubu zakrawa o absurd, patrząc na notoryczne spóźnienia czy niechęć do nauki języka hiszpańskiego przez wychowanka Rennes.

Cudze chwalicie, swego nie znacie

Wystarczy spojrzeć na kadrę Barcelony, aby zrozumieć, że do minimum zmalał zaciąg młodych piłkarzy z rezerw. Po odejściu Pereza w pierwszej drużynie ostał się Ansu Fati, a pozostała rzesza wychowanków to już tak zwana stara gwardia. Pique, Busquets czy Messi stawiali pierwsze kroki w ekipie “Blaugrany” jeszcze w poprzedniej dekadzie, a ostatnim adeptem La Masii, które na stałe zagościł w pierwszym składzie był tak naprawdę Sergi Roberto.
Można by tłumaczyć spadek liczby wychowanków wyschnięciem źródełka, z którego wypływały kolejne talenty, jednak w La Masii nadal tworzeni są wielcy zawodnicy. “Duma Katalonii” wygrała dwie spośród sześciu dotychczas rozegranych turniejów Młodzieżowej Ligi Mistrzów. Czy któryś z zawodników zwycięskich drużyn przykuł uwagę trenerów pierwszej drużyny Barcelony? Oczywiście, że nie.
Z owoców szkolenia La Masii korzystają kluby z całej Europy, ponieważ w rodzimym klubie wychowankowie Barcelony nie są odpowiednio doceniani. Wielkie pokłady talentu już nie wystarczą, aby znaleźć miejsce w składzie, ponieważ zwykle jest ono okupowane przez papierowego gwiazdora, który swoje kosztował, więc musi grać.
W efekcie, adepci katalońskiej szkółki muszą szukać szczęścia w innych zakątkach Europy. I tak oto Barcelona wypuściła z rąk m.in. takich zawodników, jak Mauro Icardi, Hector Bellerin, Thiago Alcantara, Adama Traore, a teraz Carles Perez.
Barcelona zdaje się nie uczyć na błędach z przeszłości, ponieważ sprzedaż Pereza pokazuje, że żadne wnioski nie zostały wyciągnięte. Na Camp Nou odważne stawianie na rodzimych zawodników przestało być kwestią priorytetową. Po zakończeniu karier przez obecny trzon drużyny, rola wychowanków zapewne stanie się już całkowicie marginalna.
Teraz liczy się tylko marketing, kolejny huczny transfer, który napędzi sprzedaż koszulek, pobudzi nadzieje fanów, skradnie pierwsze strony gazet. W cieniu pozostają historie młodych zawodników, którzy zawinili właściwie tylko tym, że nie kosztowali ani grosza, bo byli w Barcelonie od młodzieńczych lat swoich karier.
Wychowankowie, będący niegdyś fundamentem sukcesów, dziś są na początku układu pokarmowego. Służą jako pożywka dla droższych, bardziej renomowanych konkurentów. Kataloński ideał sięgnął bruku.
Mateusz Jankowski

Przeczytaj również