Saneczkarki wywołały burzę na IO. Trener wyjaśnił sprawę starych sanek
Nikola Domowicz i Dominika Piwkowska zajęły szóste miejsce w saneczkowych dwójkach podczas igrzysk olimpijskich Mediolan-Cortina i... wywołały wielkie emocje swoją wypowiedzią na temat sprzętu, na którym startowały. Sprawę wyjaśnił trener kadry Marek Skowroński.
Choć w Polsce nie ma toru saneczkarskiego z prawdziwego zdarzenia, to Domowicz i Piwkowska na igrzyskach olimpijskich zaprezentowały się ze świetnej strony. Zainteresowanie mediów wykorzystały do tego, by zwrócić uwagę na trudną sytuację swojej dyscypliny. Wypowiedziały się m.in. do sprzętu, z którego korzystają.
- Nasze sanki mają dziewięć lat i przy starcie skrzypią, jak stara szafa. Jest sezon olimpijski, a nie dostałyśmy nowych metali. Jak mamy gonić świat? Może, jak trochę więcej osób uwierzy w nasz sport i pojawią się sponsorzy, a do tego zmienią się ludzie w związku, to może wtedy coś drgnie. Liczę na to, bo obecnie wiele spraw stoi w miejscu od dekady, co jest bardzo przykre - komentowała Domowicz.
Słowa zawodniczek wywołały burzę w mediach społecznościowych. Okazuje się, że rzeczywistość jest bardzo złożona.
- Zawodniczki rzeczywiście startowały na kilkuletnich sankach, ale to była wyłącznie moja decyzja, wynikająca ze względów szkoleniowych i technicznych. Wiek sanek w tym przypadku nie miał wpływu na osiągnięty wynik, bo "nowe nie znaczy lepsze". Decyzję, że nie będziemy zmieniać sanek na nowe, podjąłem już na prawie rok przed igrzyskami, kiedy byłem o to pytany przez same zawodniczki, jak i związek. Nie wynikało to w żadnym przypadku z braku środków na sprzęt - powiedział Skowroński w rozmowie z portalem Interia.pl.
Trener reprezentacji Polski wyjaśnił, że wszystkie zawodniczki startujące w dwójkach muszą rywalizować na sankach firmy Kestle. To produkt seryjny, który każda z ekip dostosowuje do potrzeb swoich zawodników.
- W tych sankach, na których startowały Dominika i Nikola, zostały dopasowane do zawodniczek płozy, zmodernizowane zostało siedzisko prowadzącej w dwójce oraz zmienione były metale na niemieckie. Takie, na jakich jeździ reszta kadry. Większość z tych prac ze względu na brak profesjonalnego warsztatu w kraju musimy wykonywać w warsztacie niemieckim w okresie wiosenno-letnim. Stąd problem z czasem - wyjaśnił Skowroński.