Ten sport uprawia… jedna Polka. "Żaden rollercoaster już nie bawi"

Marta Jakóbczyk to jedyna polska skeletonistka. Teraz walczy o awans do Pucharu Świata, ale aby to zrobić, musi zdobyć przynajmniej 27 punktów podczas nadchodzących zawodów w USA. Taki wyjazd za ocean pochłania spore środki, dlatego jako Meczyki postanowiliśmy pomóc naszej rodaczce. Przeznaczyliśmy na ten cel 25 tysięcy złotych, zostając sponsorem polskiej zawodniczki. Przed wylotem Marta udzieliła nam wywiadu, w którym opowiedziała przede wszystkim o tej niezwykłej dyscyplinie sportu i jej realiach.
Ile zarabiają skeletoniści? Czym przyciągnąć młodych do tego sportu? Dlaczego skeleton wykorzystuje się w wojsku? Czy Polsce potrzebna jest infrastruktura skeletonowa? Co zapewnia wsparcie Meczyków? Jak istotny w skeletonie jest sprzęt? Czego możemy zazdrościć Niemcom i Austriakom? Na te i inne pytania odpowiedziała nam Marta Jakóbczyk.
JAN PIEKUTOWSKI, MECZYKI.PL: Jak zaczęłaś ze skeletonem? To generalnie niszowa dyscyplina, a w Polsce - jak się wydaje - szczególnie.
MARTA JAKÓBCZYK: To był czysty przypadek. Pochodzę z Bieszczad i zaczynałam w biegach narciarskich. U nas generalnie lekcje wychowania fizycznego wyglądały tak, że dzieci dostawały narty i biegały. W większości Polski grało się w piłkę, u nas narty. W każdym razie mój trener od biegów narciarskich wynalazł jakąś szkółkę skeletonu. Do dzisiaj nie wiem, skąd mu się to wzięło.
Gdzie ona była?
W Innsbrucku. Trener zapytał, czy nie chcę jechać, bo jest organizowany wyjazd, współtworzony przez międzynarodową federację. Ja akurat studiowałam w Krakowie, miałam krótką przerwę, więc pomyślałam, że spróbuję. Szkółka trwała tydzień, a ja po pierwszym zjeździe stwierdziłam, że więcej na to nie wsiądę, że nie ma takiej możliwości.
Jak czuje się człowiek w takim momencie? Moje jedyne doświadczenie ze sportem zimowym to zjazd z kilkumetrowej górki. Oczywiście na sankach. A w skeletonie pędzi się głową skierowaną do przodu.
Na maksa się bałam. Na maksa. Powiedziałam, że nie chcę więcej próbować, bo chciałabym pożyć jeszcze. Ale trenerzy zachęcali - żebym spróbowała raz, drugi, trzeci. Ostatecznie człowiek przyzwyczaja się do prędkości. I później było już całkiem fajnie.
Adrenalina musiała uderzyć, ale co jeszcze daje ci ta dyscyplina?
Skeleton wymaga ogromnego skupienia i zrelaksowania jednocześnie. Ruchy na torze muszą być precyzyjne, nie można pozwolić na przypadek, bo skeleton reaguje bardzo szybko. Uczymy się więc spokoju i skupienia w danym momencie.
Podczas igrzysk - które zresztą komentowałaś - dowiedziałem się, że skeleton jest wykorzystywany jako element szkoleniowy w brytyjskiej armii.
Tak, mają skeleton, bobsleje i saneczki. Często trenują na torze w Lillehammer. Pamiętajmy, że to są amatorzy, więc uczą się przede wszystkim walki ze strachem. Wiem też, że skeleton wykorzystuje się w lotnictwie, bo na torze można sprawdzić pierwsze reakcje na przeciążenia.
To wszystko brzmi jak dość niebezpieczny sport.
Ale nim nie jest. Ze wszystkich sportów na torze lodowym skeleton jest paradoksalnie najbezpieczniejszy. Jeśli coś się wydarzy, to puszczamy skeleton i tyle. W bobsleju to niemożliwe, bo muszą zaczekać na zatrzymanie bobsleju. Mój mąż musiał mieć przeszczep skóry po jednej z wywrotek. Saneczki natomiast mają wyżej środek ciężkości i łatwiej się wywrócić. Bywa, że zawodnicy są przypięci, więc nie da się szybko uciec.
Dużo razy zaliczyłaś wywrotkę?
Oczywiście. To ryzyko wpisane w ten sport. Siniaki, stłuczenia, wywrotki. Ale nie było żadnych poważniejszych złamań.
Jak trenujesz na co dzień? W Polsce nie mamy infrastruktury do skeletonu.
Jeżeli chodzi o lato, to trening jest bardzo podobny do sprinterskiego treningu. Tylko, że nasz dystans to 40 metrów. Do tego siłownia, wytrzymałość, treningi szybkościowe i tak dalej. Na COS Cetniewo jest też ścieżka, na której możemy zrobić imitację startu skeletonowego.
A zimą wyjeżdżasz.
Zaraz po tym, gdy zaczną funkcjonować tory. Mniej więcej w październiku, zależy od zimy. Najczęściej kierujemy się do Norwegii albo na Łotwę.
Infrastruktura w Polsce powinna powstać? Przy okazji igrzysk znów mówiło się o obiekcie w Krynicy Zdrój.
Ja o tym słyszę od 2014 roku, kiedy zaczynałam trenować. Ale, tak szczerze, on według mnie nie jest do końca potrzebny.
Dlaczego?
To są ogromne koszty, żeby zbudować taki tor.
W środowisku piłkarskim, z którego się wywodzę, jeszcze więcej płaci się za stadiony.
Możliwe, ale to obiekty z potencjałem na wykorzystywanie przez cały sezon. Tory nie mają szans na to, aby zarabiać cały rok. Można postarać się je dostosować na lato, ale do tego trzeba wykwalifikowanych ludzi, którzy wiedzą, jak zarządzać. W zimę tory generują olbrzymie koszty utrzymania. Moim zdaniem te pieniądze na obiekt lepiej przeznaczyć bezpośrednio na bobsleje, saneczki i skeleton. Lepiej byśmy na tym wyszli. Fajnie mieć tor u siebie, potrenować, potestować, ale pamiętajmy, że zawody są na całym świecie, więc tak czy siak będziemy musieli jeździć i sprawdzać się na różnych torach.
Jaki tor jest najbliżej Polski?
Jeśli chodzi o nasze granice, to w Niemczech, w Altenbergu, niedaleko Drezna.
I Niemcy radzą sobie świetnie w skeletonie.
Niemcy to jest potęga. Nie ma podjazdu. Nie sądzę, żeby udało się do nich zbliżyć.
Nie uważasz, że wynika to ze szkolenia, z infrastruktury właśnie?
To też, ale Niemcy mają potężne zaplecze, jeśli chodzi o sprzęt. I mają go tylko dla siebie. Tego sprzętu nie da się kupić. To taka trochę Formuła 1. Każdy ma swoją stajnie.
Sprzęt decyduje w skeletonie?
Powiedziałabym, że umiejętności to 70%, a sprzęt 30%.
Sporo. Ty, po przesiadce na niemiecki sprzęt, jeździłabyś znacznie lepiej?
Nie wiem, czy znacznie, ale różnica by była. Ale tego nigdy nie sprawdzę. Chyba, że zaproszą mnie na testy, w co wątpię.
Finanse odgrywają dużą rolę w tym sporcie. Na wyjazd do Stanów potrzebowałaś 30 tysięcy złotych.
Bardzo się cieszę i jestem wdzięczna Meczykom. Siedzę jak na szpilkach, to intensywny czas.
Dlaczego Związek nie pomógł?
Myślę, że Związek chciał mnie wysłać. Tylko Związek ma bardzo, bardzo ograniczony budżet. Otrzymujemy określoną pulę pieniędzy z ministerstwa i tyle. W grupie związków zajmujących się sportami zimowymi jesteśmy pod koniec stawki. W dodatku teraz były igrzyska, więc sporo środków przeznaczono na bobsleje, co całkowicie rozumiem.
Czyli nie masz pretensji.
Nie mogę ich mieć. Jedyne, co Związek może zrobić, to pozyskiwać swoich sponsorów. Ale na to wpływu nie mam.
To dla ciebie ważny wyjazd?
Bardzo. Walczę o Puchar Świata, potrzeba mi 27 punktów.
Rozwiniesz?
Każde miejsce ma określoną wartość punktową, których podział jest uzależniony od liczby zawodniczek. Jeśli wystąpi ich ponad 20, to mam 100% za dane miejsce. Później te wartości spadają do 75, 50, 30 procent. W Stanach będzie tylko 15 zawodniczek, więc muszę zająć przynajmniej czwarte miejsce.
I to twój cel?
Ja mam sportową ambicję. Walczyć będę o jak najlepszą lokatę.
Puchar Ameryki jest poprzedzony swego rodzaju obozem przygotowawczym. Dlatego lecisz już 14 marca [rozmawialiśmy przed wylotem Marty do USA - przyp. red.].
Tak, to okazja, żeby poznać tor. Dla mnie rzecz istotna, nigdy nie byłam na wyjeździe w USA, to dla mnie całkowicie nowy tor, w dodatku najtrudniejszy na świecie.
Tory aż tak się od siebie różnią?
Zdecydowanie. Każdy układ jest inny, główne ograniczenie dotyczy minimalnej liczby wiraży.
To czym charakteryzuje się obiekt w USA?
Ma dość kanciaste wiraże. Nie są wyprofilowane. Potrzeba bardzo technicznego przejazdu, w dodatku jest szybko.
O czym marzysz, co chciałabyś osiągnąć w skeletonie?
Wyjazd na igrzyska będzie spełnieniem. Krótkoterminowo liczy się Puchar Świata, bo kwalifikacja teraz zapewnia starty w czterech kolejnych sezonach, więc do kolejnych igrzysk miałabym spokój. Ponadto Puchar Świata daje możliwość występu na mistrzostwach. Dlatego te Stany są dla mnie tak istotne.
Skeleton wyklucza po pewnym wieku?
PESEL nie ma aż takiego znaczenia. Znaczenie ma zdrowie. Teraz złoto igrzysk zdobyła 36-letnia Janine Flock, rekordzistka miała bodaj 39 lat.
To masz jeszcze sporo czasu! Chociaż, z mojej perspektywy, zaczęłaś dość późno.
Nie w skali skeletonu. Tutaj juniorem jest się do… 26. roku życia. Dlatego mając 21 lat nie byłam żadną sensacją.
Po kilkunastu latach masz na koncie sporo sukcesów, ostatnio czterokrotnie stanęłaś na podium w Pucharze Azji. Możesz zdradzić, ile za to otrzymałaś?
Poszło mi dobrze, pojechałam tam z myślą zdobywania punktów pod igrzyska, ale zawodniczki nie dopisały pod względem liczbowym, więc nie było awansu. Co do drugiej kwestii to tak, mogę powiedzieć. Nie otrzymałam nic.
Przepraszam?
W skeletonie nie ma nagród finansowych. Ani w Pucharach Europy, Ameryki, Azji, ani w Pucharze Świata. To samo na mistrzostwach świata juniorów, ale i seniorów. Dopiero po Pucharze Świata związki dostają pieniądze w zależności od miejsca, które zajęli zawodnicy. Wtedy związek może rozdysponować to zawodnikom.
Czyli nie zarabiasz na skeletonie.
Jak nie dokładam, to jest okej.
To powszechne w całym środowisku?
Tak. Zdecydowana większość z nas ma normalne prace. Ja uczę pływania w Krakowie.
Do tego zapewne umowy sponsorskie, chociaż skeleton trudno zestawić choćby ze skokami.
W tym sezonie udało mi się zdobyć jednego sponsora, dzięki któremu poleciałam do Korei. To było moje osiągnięcie pozasportowe. Teraz doszedł kolejny, czyli Meczyki.
Co się składa na kwotę, o której mówiliśmy?
Wszystko. Przede wszystkim loty, które są bardzo drogie. Muszę dokupić dodatkowy bagaż na skeleton, dodatkowy na płozy. Do tego zakwaterowanie, auto, paliwo, wyżywienie, opłaty startowe. Każdy ślizg podczas obozu przygotowawczego kosztuje 40 dolarów. Ja będę miała dziesięć zjazdów. Do tego należy doliczyć wpisowe za udział w Pucharze, ale to najmniejsza część - 30 dolarów.
W innych krajach wygląda to podobnie, jeśli chodzi o codzienne życie skeletonistów?
Tak. Chociaż w Niemczech czy Austrii działa system, że zawodnicy są w jednostkach policji, wojsku i tak dalej. Po prostu są oddelegowani do sportu. To bardzo wygodne. Dostają pensję, mają luz, mogą trenować. To trochę inny świat.
Miałaś myśl, że jeśli nie pojedziesz do USA, to zrezygnujesz ze sportu?
Nie. Nie przychodzi mi to do głowy, bo lubię to robić. Ja już miałam przerwę od skeletonu, w 2019 roku rozwiązano kadrę seniorów Polski i przez pięć lat nie startowałam. Trenowałam wtedy lekkoatletykę, próbowałam startować na 100 metrów. Utrzymywałam się w treningu niemal cały czas, tylko jeden rok całkowicie odpuściłam. Razem z mężem mieszkałam w Niemczech i pewnego dnia wybraliśmy się na zawody skeletonu do Innsbrucka. Pojawiła się myśl, żeby wrócić. Zaskoczyło.
Czym zajmowaliście się w Niemczech?
Mąż pracował na budowie, miał swoją firmę. Ja sprzątałam domy. Proza życia.
Mąż to chyba jedna z najważniejszych “rzeczy”, jakie wyniosłaś ze sportu.
Zdecydowanie! Poznaliśmy się na treningach, bo on też długo jeździł na skeletonie. W tym sezonie spróbował bobslejów…
I wiadomo, jak się skończyło.
Haha, tak. Przez pięć lat na skeletonie nie zrobił sobie nic poważnego, tutaj jeden sezon i skończyło się przeszczepem.
Jest szansa, że w najbliższym czasie ktoś dołączy do grona polskich skeletonistek? Jest ono na tyle wąskie, że mieści się przy naszym stoliku.
Ciężko z tym będzie. Szkolenie trochę kuleje. Ale nie chciałabym, żeby u nas ta dyscyplina umarła.
Czym zachęcić młodych ludzi? To nie jest ani popularny sport, ani taki z niskim progiem wejścia.
Szukamy młodych dzieciaków, które nie będą się bały. W skeletonie jeździmy z prędkością około 120 kilometrów na godzinę. Mój rekord to 130, w Kanadzie jedzie się nawet 140. Więc strach zweryfikuje. Atrakcyjne mogą być natomiast wyjazdy, zwiedza się kawałek świata. Ale ostrzegam, że po skeletonie żaden rollercoaster już nie bawi.