"Lech kupił wtedy wszystkie mecze". Kowalczyk szokuje ws. mistrzostwa Polski

Wojciech Kowalczyk uważa, że w 1993 roku prawdopodobnie nikt nie powinien zdobyć mistrzostwa Polski. Były reprezentant Polski jest zaś przekonany, że tytuł nie mógł trafić w ręce Lecha Poznań.
Sezon 1992/93 jest jednym z najbardziej pamiętnych w historii polskiej piłki. Początkowo na szczycie podium znalazła się Legia, ale "niedziela cudów" zmieniła wszystko. W związku z podejrzeniem o korupcję unieważniono wyniki dwóch spotkań.
W ostatniej kolejce Legia rozbiła Wisłę Kraków (6:0), natomiast ŁKS zmiażdżył Olimpię Poznań (7:1). Rezultaty te wymazano. W efekcie Legia zajęła drugie miejsce, ŁKS trzecie. Tytuł trafił w ręce pierwotnie trzeciego Lecha Poznań.
To właśnie "Kolejorz" reprezentował Polskę w eliminacjach Ligi Mistrzów, do tego GKS Katowice zagrał w Pucharze Zdobywców Pucharów. Wojciech Kowalczyk, uczestnik tamtych wydarzeń, utrzymuje, że doszło do skandalu.
- Ja się po meczu z Wisłą czułem super, wygrałem dla Legii mistrzostwo. No dobra, nam odebrali mistrzostwo, ŁKS-owi odebrali wicemistrzostwo. Ale jak można było dać tytuł Lechowi, który w tamtym sezonie kupił wszystkie mecze? Jeżeli zabraliście, nie dawajcie tego Lechowi - powiedział u Żurnalisty.
- Zrobili to, bo chcieli kogoś wystawić w eliminacjach europejskich pucharów. To była całkowita kompromitacja. Lech kupił wtedy wszystko - dodał.
- Legia też kupowała. Ale pamiętaj, że jak idziesz na bazarek po ziemniaki, to ktoś ci je musi sprzedać. Pytajcie tych, co sprzedali. Czy Legia zasługiwała na mistrzostwo? Legia Deyny nie zasługiwała, bo kupowała. Legia Dziekanowskiego nie zasługiwała, bo nie zdobyła, bo sprzedawała wszystko. Korupcja nie narodziła się w 1993 - kontynuował.
- Prawda jest taka, że piłkarzy ściągano na siłę do wojska. Oni mieli wyje**ne na Legię Warszawa, pier***ili Legię Warszawa. Każdy mecz decydujący o tytule sprzedawali. Siedzieli tu trzy, cztery lata, już dawno mieli wyjść - ocenił.
- Zbuntowałem się przeciwko PZPN-owi, byłem przeciwko PZPN-owi. Nie żałuję, bo i tak na tamten mundial byśmy nie awansowali. Ale nie zawiesili mnie, bo wiedzieli, że popełnili błąd. Teraz miałbym łatwiej. Wtedy nie dało się nic zrobić. Oni mieli swoje imprezy, swoje chlanie, a my mogliśmy protestować. Wyjechaliśmy na dziewięć dni zgrupowania do Brazylii - w tym czasie jeden mecz, jeden trening. Wracamy do Brukseli, a oni do nas, że nie możemy wrócić do Warszawy, bo nie ma samolotu, bo trwają wybory na prezesa PZPN - podsumował.