Oni nie chcieli grać w Widzewie. "Troszkę się odbiliśmy"

Widzew w przerwie zimowej kontynuuje swoją ofensywę transferową. Na razie do łódzkiego klubu dołączył tylko jeden Polak. Dariusz Adamczuk, pełnomocnik zarządu Widzewa ds. sportu, wyjaśnił, dlaczego tak się stało.
Łodzianie dawali do zrozumienia, że zimą chcą sięgnąć po Polaków. Do tej pory sfinalizowali jedynie transfer Bartłomieja Drągowskiego. Poza nim do Widzewa dołączyli obcokrajowcy: Osman Bukari, Lukas Lerager i Christopher Cheng.
Z Widzewem był łączony choćby Kacper Kozłowski, który wkrótce ma odejść z Gaziantep FK. Adamczuk twierdzi jednak, że Polacy występujący w zagranicznych klubach maja opory przed powrotem do kraju
- Na razie troszkę odbiliśmy się od Polaków - powiedział Adamczuk w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet.
- Nie każdy Polak chce wrócić do kraju. W Ekstraklasie już grali, a powrót do niej jest daleko na liście ich życzeń. To trochę wiąże się z mentalnością, bo jest jeszcze takie przeświadczenie, że powrót oznacza porażkę, że komuś nie wyszło na Zachodzie. Może przykład Bartka pokaże, że warto wrócić. Jeżeli będzie grał w Widzewie, to nadal ma szansę pojechać na mistrzostwa świata. Więc ten powrót do Polski nie musi wiązać się z czymś złym - dodał.
Kilka dni temu informowaliśmy, że Widzew sonduje pozyskanie Przemysława Wiśniewskiego ze Spezii. Adamczuk dał do zrozumienia, że raczej nie dojdzie do takiego ruchu.
- Ciężki temat. Jest stoperem reprezentacji Polski, który chce kontynuować karierę za granicą. Powroty do Polski, przynajmniej w tym oknie, to nie są łatwe tematy - podsumował Adamczuk.