Pożegnanie Jacka Magiery. Nie zapomnę tego uśmiechu i żartobliwego "przepraszam"

Pożegnanie Jacka Magiery. Nie zapomnę tego uśmiechu i żartobliwego "przepraszam"
Paweł Andrachiewicz / PressFocus
Janusz - Basałaj
Janusz BasałajDzisiaj · 13:40
W kolejnym odcinku swojego cyklu na Meczyki.pl Janusz Basałaj wspomina i żegna nieodżałowanego Jacka Magierę, byłego piłkarza i trenera, który w miniony piątek odszedł z tego świata w wieku 49 lat.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
Dalsza część tekstu pod wideo
Jakże łatwo popaść w patos, banał i płakać w papier, kiedy musisz pożegnać człowieka, którego dobrze znałeś, choć nie był twoim najbliższym przyjacielem czy kolegą. Dziś coś nowego czy mądrego napisać o św. pamięci Jacku Magierze nie jest sprawą łatwą. Bo Jacek wyłamywał się z powszechnych opinii o piłkarzach czy trenerach. Ani wielki “charakternik” wedle oczekiwań kibiców czy innych kolegów szkoleniowców. Bez fałszywej sztuki tzw. motywacji, czyli grubych słów wykrzyczanych w szatni do młodych ludzi. Ludzi, których taki motywator miał zwyczajnie w d.... Bo liczył się sukces, wygrana i podniesienia ciśnienia u podopiecznych, którzy za chwilę mają wbiec na boisko. Piłkarz Magiera, pan trener Jacek Magiera, ujmował czymś innym. Siłą spokoju, trzeźwą narracją i dobrze pojętą normalnością. Nie odbijało mu, kiedy został mistrzem Europy juniorów w 1993 roku, ani wtedy, kiedy trenował Legię Warszawa czy Śląsk Wrocław. Został sobą, kiedy Jan Urban zaproponował mu współpracę w reprezentacji Polski.
Zapytajcie jakiegokolwiek piłkarza Legii, który miał szczęście być w szatni razem z Jackiem Magierą, jak potrafił zaopiekować się innym zawodnikiem. Urodzony pedagog? Wychowawca? Z pewnością. Kochał ludzi i uwielbiał im pomagać. Niespecjalnie tym się chwalił, ale trudnego zawodu trenerskiego uczył się pilnie i konsekwentnie. Po prostu dobry człowiek. Kiedyś po turnieju mistrzostw świata do lat 20 (był wtedy selekcjonerem naszej reprezentacji) próbowałem go komplementować. Zobaczyłem w filmie dokumentalnym “Gramy dalej” Jakuba Mieleszkiewicza z Łączy Nas Piłka twardego gościa, umiejącego wymagać i motywować. Na to, że dokonywał takiej a nie innej selekcji, odpowiadał spokojnie i rzeczowo. Bronił swych argumentów z klasą, ale bez podniecania się, jakby z przesłaniem, że piłka nożna jest ważna, bardzo ważna, ale nie najważniejsza
Spokój, powaga, a przy tym naturalna życzliwość. Choć to pojęcie trochę się zdewaluowało od czasów premiera Tadeusza Mazowieckiego, reprezentował właśnie “siłę spokoju”. I na ławce rezerwowych, i podczas treningu, i w czasie wywiadu w studio telewizyjnym. Sądzę, że wszystko to wyniósł ze swej rodziny. W tych oszalałych czasach, gdzie różni wariaci narzucają swoją narrację, zwłaszcza w piłkarskim środowisku, śp. Jacek był zupełnie inny. Miałem wrażenie czasami, że nie pasował do tej kolorowej, choć i męczącej futbolowej bandy. Nie użalał się na porażki, zwłaszcza te trenerskie, ale nigdy nie zapomniał okoliczności zwolnienia z Legii. Czasami z błyskiem w oku i sarkazmem opowiadał mi o rozmowie z prezesem klubu, który publicznie powtarzał: “Mamy trenera na lata…", po czym po kilku tygodniach, a może miesiącach, był uprzejmy pożegnać pana trenera Magierę.
Po latach Jacek się z tego nawet śmiał, ale znając jego wrażliwość i poczucie profesjonalizmu, trochę go bolało... Bo choć to Częstochowianin z urodzenia, piłkarz Rakowa, Widzewa, Cracovii, to najwięcej piłkarskiego i trenerskie życia spędził na Łazienkowskiej. Tam się chyba czuł najlepiej, choć nie mógł się nachwalić Wrocławia, gdzie rzucił go trenerski los. Nawet kiedy pożegnał się z robotą w Śląsku Wrocław, to został z rodziną we Wrocławiu. Nie mógł się nachwalić szkoły, do której chodziły Jego dzieci. Uwielbiał to miasto, kochał tam mieszkać. Zawsze rodzina na pierwszym miejscu. Kiedy musiał zmieniać robotę, nie wstydził się tego konsultować z żoną i dziećmi. Podkreślał to z dumą... Taki zwyczajny priorytet: dom, rodzina... Może dlatego kilka dni przed tragicznym piątkiem w rozmowach z kolegami z PZPN nie krył radości, że wraca do domu po tym kadrowym, ciężkim okresie. Nie było happy endu, nie było awansu. Przegrana ze Szwecją. Ale jakie to ma znaczenie wobec tak nagłej śmierci śp. Jacka Magiery. Zapamiętam z tego nieszczęsnego meczu w Sztokholmie Jego skupioną minę na ławce rezerwowych. Minę człowieka, który gra razem z pierwszą jedenastką i stara się jak najlepiej podpowiedzieć selekcjonerowi.
Bardzo pracowity pomocnik, rozważny stoper, rzadko jednak strzelający efektowne gole. Czasami mu jednak przypominałem, a raczej wypominałem bramkę zdobytą w meczu Legia - Wisła. Wiosna 2005 roku. Piękne uderzenie Jacka i Radek Majdan nie miał szans... Legia zdemolowała Wisłę 5:1. Pracowałem wtedy w Wiśle i zdarzało mi się powtarzać po latach śp. Jackowi: “Musiałeś tak przydzwonić?". Nie zapomnę tego nieśmiałego uśmiechu i krótkiego, żartobliwego “przepraszam...".
Dobry Bóg wie co robi i tych najlepszych, najporządniejszych ludzi zaprasza do siebie dość szybko. Nikt nigdy takich decyzji jednak nie potrafi zaakceptować. Śpij spokojnie, Jacku!

Dyskusja

Przeczytaj również