Trener Rakowa mówi wprost. "W Ekstraklasie są dwa dobre piłkarsko zespoły"
Tomasz Kaczmarek w pierwszym dużym wywiadzie po powrocie do Polski opowiada o trudnych realiach w Radomiaku, powodach odejścia do Rakowa Częstochowa oraz przemyśleniach o naszym piłkarskim środowisku. Ostro krytykuje szpiegujących rywali trenerów, domagając się kar i reakcji, a ponadto wprost przyznaje, kto w Ekstraklasie robi na nim największe wrażenie. - Są w niej dwa naprawdę dobre piłkarsko zespoły - mówi trener Rakowa w rozmowie z Meczyki.pl.
Tomasz Kaczmarek niemal dokładnie miesiąc temu zamienił Radomiak Radom na Raków Częstochowa, stając przed trudną misją wyprowadzenia na prostą klubu, który sezon zaczął od serii siedmiu ligowych porażek.
SZYMON JANCZYK, MECZYKI.PL: Rodzina była już w Częstochowie?
TOMASZ KACZMAREK, RAKÓW CZĘSTOCHOWA: Nie. To znaczy: rodzice, rodzeństwo tak. Żona i córka jeszcze nie.
Wspomniał pan kiedyś, że córka po wizycie w Den Bosch spytała: tato, czemu nie macie stadionu? Ciekawe, co powie o obiekcie Rakowa.
Stadion w Den Bosch był większy niż ten tutaj…
Nie jest to komplement dla Częstochowy.
Nie chcę za głęboko wchodzić w ten temat, ale pod każdym względem nie rozumiem władz miasta. Stadion zmienia klub, zmienia wszystko. Jak można z sytuacji win-win zrobić lose-lose? Interesuję się polityką i uważam, że jest jak w starym Rzymie. Musisz ludziom zapewnić pracę, bezpieczeństwo i rozrywkę. Jeżeli tego nie zrobisz, będzie następny cesarz.
Tylko cesarzy zmienia się dziś troszkę inaczej niż w starym Rzymie.
Metafora, wiadomo. Bardzo ważnym aspektem życia jest radość. Tu jest taki zespół, tacy piłkarze, że masz możliwość 30 razy w roku dać radość ludziom, którzy obdarzyli cię zaufaniem. Przyjdą, przeżyją wspaniały wieczór z rodzinami, wrócą uśmiechnięci do domów. Jeśli to dla ciebie nie jest ważne, to ci ludzie nie są dla ciebie ważni. Piłka nożna nie jest najważniejsza na świecie, ale tutaj to olbrzymia szansa, żeby coś temu miastu dać.
Tomasz Kaczmarek: Raków to profesjonalny klub, ma duże możliwości
Mimo braku stadionu podkreśla trener, że warunki w Rakowie są świetne.
Zawsze mówiono mi, że Raków jest bardzo profesjonalnym klubem, ale czujesz to dopiero, gdy tu wchodzisz, gdy jesteś gdzieś dłużej. Byłem 2-3 tygodnie na stażu w Salzburgu - od razu czujesz, że to inny poziom.
Łatwo mówić o profesjonalizmie w tak dużym klubie jak RB Salzburg.
Byłem też na stażach w Bundeslidze, gdzie był chaos. Mieszkam blisko stadionu FC Koeln, gdzie chaos panuje od 20 lat. Brak kontynuacji, struktur… W Niemczech są duże kluby, które zapłaciły za to cenę. Kaiserslautern, TSV 1860, przez lata Schalke czy HSV przespały rozwój futbolu. Są więc kluby duże i nieprofesjonalne. Raków jest profesjonalny.
Ale w skali Polski czy Europy?
Europy. Są tu rzeczy do ułożenia, ale czyste poczucie struktur, kompetencji robi wrażenie. Profesjonalizm to zbiór różnych aspektów. Opieka pierwszego zespołu, serwis piłkarzy, szeroki sztab, jakość zespołu medycznego, dział performance, liczba ludzi w klubie - to są aspekty rozbudowane w najlepszych klubach. Dalej mamy proces pomiędzy pierwszym zespołem i akademią, skauting - ciekawe rynki, szybkość, skuteczność działania - w tym wszystkim są elementy, w których jesteśmy lepsi. Raków ma bardzo duże możliwości, zostało to zbudowane z intencją, celem i wizją.
Dlatego trener przyjął tę ofertę w trakcie sezonu?
Nie, bo wielu z tych rzeczy nie znałem w detalu. Jedno to rozmowy, ale potencjał czujesz, gdy czegoś dotykasz. Bardzo dobrze wspominam czas w Radomiaku, jednak też bardzo szybko zrozumiałem, że na tym etapie temu klubowi chodzi o to, żeby zespół zagrał dobry sezon. W Rakowie możesz budować drużynę, która nie ma sufitu, może walczyć o wszystkie cele - nie tylko w tym sezonie, bo nie ma potrzeby sprzedawania zawodników. Tu nie tylko mówi się o wygrywaniu, tu chodzi o to, żeby wygrywać.
Właściciel mówi jednak, że zrozumie dwa, trzy słabsze sezony. Jest na to przyzwolenie, jest lekkie zaciskanie pasa.
Tak byłoby w każdym klubie, który zaliczyłby sezon bez pucharów. Gdyby Borussia w ogóle wypadła z Europy, też byłoby zaciskanie pasa. Puchary determinują możliwości. Czy sportowo będziemy w stanie znów wejść na poziom Rakowa z ostatnich pięciu lat? Okaże się, bo Ekstraklasa weszła w epokę prawdziwych, bardzo bogatych inwestorów. Gdy Raków się wspinał, był jednym z trzech bogatych klubów. Teraz tych klubów jest… dziesięć?
Chyba mniej. Sześć, siedem…
Nie znam detali, ale w branży mamy świadomość kto mniej więcej jakie pensje oferuje. Stawki w Polsce poszły w górę, bardzo dużo piłkarzy i trenerów chce tu przyjechać. Wracając: Raków to inne wyzwanie, nie można go w ogóle porównać z Radomiakiem, poza tym, że gra w tej samej lidze. Natomiast konkurencja dla Rakowa wzrosła, nawet jeśli pieniądze nie gwarantują sukcesu.
Kaczmarek: Znajomi doradzali, żebym się przebranżowił
Pan kiedyś stwierdził, że różnice mogą zrobić albo pieniądze, albo czas. Pieniądze Raków ma, czasu nie miał tu nikt poza Markiem Papszunem.
Według ostatnich badań średnia pracy trenera to dziewięć miesięcy. Odejmij dwa miodowe. Trzy ostatnie to zwykle walka o życie. Zostaje niewiele, taki zawód. Wierzę, że w Rakowie można dostać czas, nawet jeśli wyniki nie są od razu wybitne. Kluczowa jest wtedy praca, która musi być wykonana na najwyższym poziomie. Byłem raz w sytuacji, w której nie miałem wyników, ale każdy w klubie wierzył w to, co robimy. Wiem też, jak odczuwany jest brak wyników, gdy nie ma w zespole wiary w kierunek rozwoju. Łatwo się w tym zagubić, ale dzięki Bogu nie jestem już młodym trenerem.
Dzięki Bogu?
Mówię to z uśmiechem, ale czuję olbrzymią różnicę stabilności emocjonalnej. To jeden z kluczowych aspektów tego zawodu: mieć kontrolę nad emocjami, rozumieć emocje własne i ludzi dookoła. Żaden kurs, żadna szkoła cię tego nie nauczy. To, że nie czuję się młodym trenerem, ma z tym wiele wspólnego.
To tylko doświadczenie czy też wiedza z książek? Może w ogóle albo się to ma, albo nie ma?
Zazdroszczę tym, którzy się z tym urodzili. Przeczytałem wszystkie książki o wszystkich trenerach, wszystko mi się zgadzało. Potem lądujesz w trudnej sytuacji i jednak się stresujesz, panikujesz. Bardzo wierzę w rozwój w życiu i to jest właśnie rozwój. Byłem w ciemnych momentach w karierze. Ludzie doradzali, żebym się przebranżowił…
Złośliwi kibice?
Bliscy znajomi. Nie mieli złych intencji. Kurs UEFA Pro robiłem w Niemczech w 2017 roku. Było nas 23 czy 25. Na wysokim poziomie pracuje maksymalnie 10. Mam wielu znajomych, utalentowanych trenerów, którzy nie pracują już w zawodzie. Moim największym sukcesem jest to, że nadal jestem trenerem - i to na dobrym poziomie. Wiem, ile pracy i refleksji w to włożyłem. Bo rozwój wynika z bolesnych momentów, porażek i powiązanych z tym refleksji. Gdybym zaliczył taki start sezonu jak teraz w Radomiaku, ale cztery lata temu… Byłbym bardzo zagubiony we własnych emocjach.
To znaczy?
Dokładnie rozumiałem moment i byłem na to mentalnie gotowy. Nie myślałem o swoich emocjach, tylko o emocjach zespołu. Jak zadbać o liderów, jak Rafał Wolski, Jan Grzesik, o czym z nimi rozmawiać, żeby w szatni był spokój i wiara. Jakie są emocje właściciela? Po porażce myślałem o tym, jak zarządzić jego emocjami i będąc samemu opanowanym, w klubie zawsze był spokój.
Był? Zastanawiałem się, czy gdy trener mówił o odczuwaniu braku wyników i braku wiary nie chodziło właśnie o Radomiaka. Emocje odgrywają dużą rolę w tym klubie.
Przede mną było dużo zmian trenerów. Jednym z nich był Goncalo Feio, który jest dobrym trenerem. Wiedziałem, jakie wymagania i tempo jest w stanie narzucić. Po tym, jak to się skończyło, zrozumiałem, że w Radomiaku nie chodzi o to, żeby zmienić klub. Od trzeciej ligi jest tam grupa ludzi, która prowadzi go po swojemu. Grzegorz Gilewski ma swoje zasady, w które wierzy, od czasu do czasu kogoś posłucha, ale lubi zrobić po swojemu. Trener jednak zawsze może zmienić jedną rzecz: kulturę zespołu. Bo dobry trener to nie tylko taktyka.
Co jeszcze?
Gdy z kolegami zakładałem Instytut Ekspertyzy Sportowej, naszą intencją było to, aby trenerów lepiej przygotować do zawodu. Jest bardzo dużo aspektów, do których zwykli edukatorzy nie są w stanie nikogo przygotować, bo ich nie przeżyli. Kluczowe dla trenera jest zrozumienie środowiska. Ostatnio trener pytał mnie, jak w Rakowie zaprezentowałem swój model gry. Myślę inaczej, nie mam modelu gry. Jest styl piłki nożnej, w który wierzę, ale on musi być zawsze dopasowany do umiejętności moich piłkarzy. Nie wierzę, że możesz przyjść do Radomiaka, potem do Rakowa i pokazać ten sam model.
To chyba działa tylko w ścisłym topie.
Nie wszędzie możesz zrobić to samo. Praca trenera jest bardziej kompleksowa. Nie chcę deprecjonować aspektu taktycznego, bo w Ekstraklasie bez dobrego, detalicznego przygotowania zespołu na przeciwnika, nie masz szans. W tamtym sezonie jeden, drugi, trzeci zagraniczny trener z nazwiskiem nie był gotowy, żeby pracować w tak wymagającej dla trenerów lidze. Praca w detalu jest kluczowa, ale są aspekty ważniejsze.
Czyli co składa się na dobrego trenera?
Mentalność, budowanie kultury pracy, komunikacja. Na te aspekty można mieć realny wpływ w Radomiaku, nawet jeżeli klub nie jest otwarty na duże reformy. Chciałem dać pewne przykłady, że warto się rozwijać - choćby w tym aspekcie, że nie było tam niestety nigdy nacisku na rozwój młodzieży, ale wierzyłem, że pozytywnymi przykładami przełamiemy to nastawienie. Cały fokus miałem jednak na pracę z zespołem, w nic innego nie inwestowałem energii.
Spytałem kiedyś Dawida Szwargę, czy trener nie powinien być tylko od trenowania. Uznał, że walka o poprawę warunków czasem jest konieczna, bo pewne braki wpływają na to, czy możesz osiągnąć wynik. Spytam więc: czy w niedoskonałych środowiskach da się inaczej?
Oczywiście, że się da. Przykładem jest Radomiak, który od pięciu lat solidnie gra w Ekstraklasie. Od pierwszej rozmowy zaznaczałem tylko jedno: proszę, żeby w Radomiaku był dyrektor sportowy, odpowiedzialny za transfery. Nie było go i bardzo mi to przeszkadzało. Szybko poczułem, że moja rola w procesie transferowym nie ma sensu, że powinienem skupić się na zespole. Łatwo to powiedzieć, ale gdy na pierwszym treningu masz 11 piłkarzy, to nie możesz się do tego ograniczyć. Przyszedł jednak moment, w którym musiałem przejąć większą inicjatywę już tylko jako trener. I dzięki Bogu miałem ze sobą niesamowity sztab. Każdemu trenerowi życzę, żeby mógł pracować z takim sztabem.
Co to był za moment?
Po pierwszych trudnych meczach zrozumiałem, że z uwagi na to, jak ten zespół jest zbudowany, muszę dużo bardziej wejść w rolę trenera, który jest blisko zespołu. I tak, da się tak funkcjonować nawet w Radomiaku, natomiast to profil trenera w Rakowie dużo bardziej pasuje do tego, jak chcę pracować. Dlatego tu przyszedłem.
Kaczmarek: Dla piłkarzy Radomiaka byłem nikim
Tylko co z tym brakiem wiary? Czuł go pan przy braku wyników w Radomiu?
Każdy trener musi szczerze przeanalizować swoją pozycję w klubie. Ona wynika także z relacji, z tego, jak długo z ludźmi pracujesz, co zrobiłeś dla nich, co oni zrobili dla ciebie. Dla piłkarzy Radomiaka byłem piątym trenerem na przestrzeni roku. Mogłem uważać się za kogoś, kto pracował zagranicą, miał dobry sezon w Lechii, ale kim dla nich byłem? Szczerze sobie odpowiedziałem: nikim.
Odważne stwierdzenie.
Przykład. Chciałem zbudować relacje z zawodnikami, poprosiłem Ibrahimę Camarę, żeby przyszedł do hotelu, pójdziemy na spacer, poznamy się, pogadamy. Umówiliśmy się na 18. 18:05, 18:10, 18:15 - nie ma go. Zacząłem się trochę gotować, więc zastanowiłem się: dlaczego on to robi? Przez kilka pierwszych dni mieliśmy dobry kontakt. Wtedy pomyślałem: taka jest realna wartość trenera dla tego zespołu. Dla nich trener to była pierwsza, najczęściej wymieniana osoba.
Nie ma co się przywiązywać.
Brak szacunku był po prostu standardem. Uspokoiłem się, bo zrozumiałem, że to nic osobistego. Takie są tu standardy, takie relacje tu panują, może czasem, pracą to zmienię. W Rakowie po Marku Papszunie czujesz, że panuje szacunek do trenera. Jest inna kultura, inaczej jest to zbudowane.
Muszę się dowiedzieć, czy Ibrahima na ten spacer w ogóle przyszedł.
Tak, o 18:30. Rozmawialiśmy dwie godziny.
Jakoś się wytłumaczył?
Nie, to było właśnie ciekawe, bo to pokazało, że to było dla niego normalne. I tu wracamy do wiary, pozycji w oczach ludzi w klubie. Pierwszy mecz przepchnęliśmy, kolejne zagraliśmy bardzo słabo. Mało kto ma wtedy pełną wiarę we mnie, możliwe, że wielu wątpi. Miałem tego świadomość. Dobry trener jest w stanie szybko wyciągnąć wnioski. Rozumiałem emocje w klubie, umiałem nimi zarządzać i dlatego - mimo braku pełnej wiary - udało się utrzymać spokój. Ibrahima natomiast w pewnej sytuacji, po trzech miesiącach pracy, pokazał mi, że mnie szanuje.
Właściciel Radomiaka stwierdził na starcie, że jest pan jego wymarzonym trenerem. Zostając przy wierze: czy skoro tak było, to nie powinna być ona niezachwiana od początku, u wszystkich?
Obojętnie co kto powie, na zaufanie każdy musi zasłużyć sobie pracą. Czułem zaufanie właściciela, ale on też ma swoje emocje. Biorąc pod uwagę to, co Radomiak przeżył w poprzednim sezonie i inwestycje reszty ligi, rozumiałem jego strach. Każdy klub funkcjonuje inaczej, trzeba zrozumieć Grzegorza Gilewskiego jako osobę, żeby z nim współpracować. Wiedziałem, że on chce być blisko trenera, że sam trochę się tak czuje, bo ma takie wykształcenie, sędziował na wysokim poziomie. Powiem więcej: on bardzo dobrze rozumie piłkę.
W sensie trenerskim?
Wie, co dzieje się na boisku, bardzo dobrze ocenia zawodników, ich jakość. Widzi dobre zespoły, można z nim siedzieć, rozmawiać o piłce i czuć, że rozumiecie się na fachowym poziomie. Bardzo to szanowałem, byłem szczery, transparentny i myślę, że dzięki temu mi zaufał nawet w trudnym momencie. Zresztą, nie tylko on. Nie mówiłem o Leandro, tymczasem to jedna z najwybitniejszych osobowości, jakie spotkałem w piłce. Jego wpływ na szatnię, zespół i klub, jest nieoceniony. Dostałem od tych ludzi fantastyczne wsparcie.
Dlaczego w ogóle to wsparcie musiał trener dostać? Mam na myśli: czemu sezon zaczął się tak źle?
Byłem przygotowany na to, jakie to środowisko, że organizacyjnie czy finansowo może być ono wymagające. Nie byłem jednak gotowy na to, jak ten zespół będzie wyglądał. Nie do końca wiedziałem też, do jakich sytuacji dochodziło wewnętrznie w poprzednim sezonie i że nawet po urlopach ślady po nich nie znikną. Zwykle start przygotowań wygląda tak, że sztab i piłkarze nie mogą się doczekać. Jest ambicja, chęć wygranej, spotkania z kolegami. W Radomiaku pierwszy raz spotkałem się z tym, że pierwszego dnia nikt nie chciał tam być.
Serio?
Realnie: tak. Każdy próbował odejść, i ze sztabu, i z zespołu. Powodów było wiele, bo w poprzednim sezonie rzeczy w klubie wymknęły się z rąk. Prezes Gilewski powiedział mi, że po tamtym sezonie są emocjonalnie zdewastowani - użył nawet mocniejszego słowa - ale skalę tego zrozumiałem dopiero wtedy. Byłem w Radomiaku krótko, ale czułem ogromną satysfakcję, że wspólnie z prezesem, z Leandro, sztabem, piłkarzami, udało nam się to krok po kroku odbudować, ustabilizować ten klub. Dlatego nie mam wyrzutów sumienia, bo zostawiłem go w dużo lepszym miejscu, niż zastałem. Także sportowo, bo z każdym meczem byliśmy coraz lepsi.
Istniał jakiś scenariusz, w którym trener zostałby w Radomiaku?
Nie. I gdybym pracował wtedy w Den Bosch, NAC Breda czy Lechii Gdańsk, byłoby tak samo, bo po prostu zawsze chciałem pracować w takim środowisku, jakie tworzy trenerowi Raków Częstochowa. Bardzo długo musiałem na to pracować.
Kaczmarek: Depapszunizacja? To brak szacunku dla Marka
Przed Den Bosch odbył pan pięć, sześć spotkań z dyrektorem klubu. Rozmów z Michałem Świerczewskim na przestrzeni lat było więcej.
Najwięcej było ich w maju, czerwcu, gdy Raków myślał, co dalej. Proces był rozbudowany: rozmowy, testy psychologiczne. Ciekawe doświadczenie, chociaż nie jestem fanem liczby i długości tych rozmów - na końcu to tylko prezentacje, to nie musi się sprawdzić, nawet jeśli zbierzesz tak dużo informacji, że zadasz więcej krytycznych pytań.
Od kiedy znacie się z Michałem Świerczewskim?
10-12 lat. Zadzwoniło do mnie Zagłębie Sosnowiec, wówczas beniaminek Ekstraklasy. Moje nazwisko pojawiło się w mediach, więc je zanotował. Pierwszy raz rozmawialiśmy, gdy byłem asystentem w Pogoni Szczecin. Nie o pracy, chciał mnie poznać. Od tamtej pory rozmawiamy regularnie.
Trochę zeszło, żeby dostać pracę. Dlaczego?
Pierwszy raz klub nie szukał dokładnej kontynuacji pracy Marka Papszuna, otworzył się na inne koncepcje.
Słynna „depapszunizacja”.
Akurat to słowo… Chciałbym zrozumieć, o co chodzi. Dzień po meczu z Motorem kierowca taksówki powiedział mi, że Raków trzeba odpapszunizować. Poprosiłem, żeby wytłumaczył, o co chodzi i nie do końca wiedział. Z tym hasłem spotkałem się jeszcze kilkukrotnie, nawet na konferencji.
I nikt nie potrafił podać definicji?
Pytałem, o co chodzi. Czy o ustawienie, styl, formę zarządzania. Dla mnie takie hasło to brak szacunku do Marka i tego, co zrobił. Kieruje uwagę na złe aspekty. Zgodzę się, że klub musi być gotowy na następny etap rozwoju, ale jestem wdzięczny za to, co zostawili i wprowadzili ludzie, którzy pracowali tu latami - bo to nie tylko trener Papszun. Poziom profesjonalizmu, etos pracy, przygotowania drużyny do wykonywania zadań, dyscyplina taktyczna: wszystko to jest na wysokim poziomie. Trener Papszun zostawił olbrzymi fundament i najważniejszą rzecz: mentalność zwycięzców.
Ja „depapszunizację” definiuje jako konieczność radykalnej zmiany stylu gry na prorozwojowy oraz zmniejszenie wpływu trenera na wszystko inne niż trening.
Raków zawsze kojarzył mi się z kilkoma aspektami. To było miejsce elitarne, dla najbardziej utalentowanych i ambitnych ludzi, choćby w sztabie. Panował tu olbrzymi nacisk na wygrywanie, dążenie do doskonałości, bycia wybitnym w pracy, we wszystkich procesach. Pod tym względem „depapszunizacja” byłaby po prostu…
Samobójstwem.
Tak. To, że to czas na inny pomysł na piłkę, inaczej budowany i trenowany zespół, to co innego. To logiczne. Zachowamy przy tym rzeczy, które koniecznie trzeba zachować. Nie trzeba tego zamykać w żadnym haśle anty-. Red Bull też w pewnym momencie poszedł w innym kierunku, oceniając, że sam kontpressing i pressing nie pozwoli wejść na najwyższy poziom. Też całkowicie zmienił wewnętrzną filozofię, ustawienie, sposób gry. Jedyną niezmienną rzeczą będzie intensywność, bo bez niej nie ma dziś futbolu. W Radomiaku, na początku sezonu, przekonałem się na własnej skórze, jak trudno jest wygrywać bez intensywności.
Czyli jaki będzie nowy Raków?
Niekoniecznie będziemy grać systemem 3-4-3. Będziemy chcieli dominować mecz z piłką i bez piłki. Być proaktywni, grać jak najwięcej po ziemi, mieć kontrolę nad piłką, ale też dopasować się do mocnych stron zawodników. Najlepsi w poszczególnych krajach są bliżej tego, jak gra Bayern, Liverpool czy City. Wierzę w piłkę o takim standardzie, która jest dopasowana do umiejętności zawodników, logiczna w detalu.
Tomasz Kaczmarek: W Polsce nie ma myśli szkoleniowej
Zastanawiam się: czy w Polsce nie jest trudniej łączyć futbol oparty na posiadaniu piłki z sukcesami? Ostatnia lata uczą, że to możliwe, bo mamy Jagiellonię i Lecha, ale to wyjątki. Nasza liga jest oparta na rywalizacji o wynik, bezpośredniości.
Analizujesz rezultat. Obraz Ekstraklasy jest taki dlatego, że są w niej dwa naprawdę dobre piłkarsko zespoły: Jagiellonia i Lech. Tyle że Jagiellonia to świetny przykład tego, że można to zrobić wszędzie. Jeśli masz zawodników na jakimś poziomie, do tego bardzo dobry sztab, to twoja najlepsza szansa, żeby wejść na ten poziom. Gdyby w Polsce był drugi Siemieniec, gdyby Daniel Myśliwiec nie prowadził Piasta, tylko np. dalej Widzew, mając większy potencjał i jakość, tych zespołów byłoby więcej. Ale, paradoksalnie, w Ekstraklasie zmieniło się to, że jest mniej zespołów słabych.
Mało zespołów dobrych piłkarsko, ale jeszcze mniej słabych?
Takich, do których jedziesz i spodziewasz się, że możesz wyraźnie dominować. Odwołując się do czasu pracy w Lechii - takich jak Bruk-Bet Termalica czy Górnik Łęczna. Stawka jest bardziej wyrównana. Powiedziałem o dwóch zespołach, ale coraz lepszymi drużynami stają się Górnik Zabrze, GKS Katowice oraz Legia Warszawa. Inne kluby mają też coraz lepszych zawodników i mogą wejść na wysoki poziom. Stawka jest bardziej wyrównana, jakość bliższa sobie, kolejne drużyny mogą znaleźć się na dobrym sportowo poziomie.
Co trener ma przez to na myśli?
Większą powtarzalność, grupę kilku drużyn, która jest w stanie punktować ze średnią 2,00/mecz - to wyznacznik dominacji.
Cały czas mam wrażenie, że polska szkoła trenerska bardziej skupia się na tym, żeby nie przegrać, niż na tym, żeby wygrać.
W Polsce nie ma myśli szkoleniowej.
Fizycznie jest szkoła trenerska w Białej Podlaskiej.
Jest, ale stamtąd nie wywodzi się żadna myśl trenerska. Trzeba szczerze powiedzieć, że to nie jest zadanie szkoły trenerskiej. W takich krajach, jak Austria, Niemcy, Hiszpania czy Holandia, jest taka myśl, ale on zawsze wywodzi się z klubów, które były wybitne, w tym co robiły. W Polsce niestety do tej pory tego nie było. U nas największy wpływ na myśl szkoleniową miał Raków Częstochowa. To znaczy: Marek Papszun do spółki z grupą Deductor.
Zgoda, to oni mają najwięcej naśladowców.
Zobacz, ilu trenerów się z tej grupy wywodzi. Naprawdę, chapeau bas, mówię to z olbrzymim uznaniem. Powiedzmy, że na 200 osób pracujących w sztabach Ekstraklasy 100 zostało dotkniętych przez Deductora. Marek Papszun mądrze wykorzystał ich wiedzę, oni mądrze wykorzystali platformę, którą dał im trener. Są najbardziej wpływowi, kropka.
Czy to dobrze? Wielu powie, że to przecież futbol odwrotny do Lecha czy Jagiellonii. Reaktywny, ostrożniejszy, czasem bardziej defensywny.
Pracowałem w różnych krajach i rzadko zdarzało się, żeby wiedza merytoryczna była na poziomie tak wysokim, jak u wielu polskich młodych trenerów, analityków. Co jest w Polsce zaniedbane, to szersza definicja bycia trenerem. Widzę zbyt wielu trenerów, którzy realnie są bardziej analitykami. Dużo pracują przed komputerem, dużo rozumieją, ale czysta praca na boisku, relacje z zawodnikami, bliskość do zespołu, jest w innym krajach na wyższym poziomie.
To byłaby odpowiedź na pytanie, dlaczego polskich trenerów nie ma w Europie.
Z tego rodzi się zrozumienie, że trener to lider, nauczyciel życia, osoba odpowiedzialna za dojrzałość emocjonalną i profesjonalizm zawodników. Pod tym względem musimy w Polsce zrobić duży krok do przodu i na pewno wtedy nasi trenerzy osiągną duże sukcesy.
Zmierzałem trochę do tego pytania. To znaczy: czy w polskiej piłce nie jest za dużo… wiedzy. W Lechu mówili mi, że trenerów polskich od zagranicznych najczęściej różni to, że polscy bardzo dobrze opowiadają o pracy, ale na zachodzie lepiej potrafią to realizować. Do tego trzeba dodać skupienie na wynikach.
W Polsce odbieramy piłkę poprzez wynik, bo nie ma tu kultury piłki nożnej. Pod tym względem zrobiliśmy olbrzymi skok do przodu, piłka nożna w Polsce przyciągnęła zainteresowanie rodzin, ale kim my jesteśmy na tle świata? W Kolonii jest tak, że każde dziecko po narodzinach dostaje koszulkę FC Koeln. Jak jest nowa kolekcja, to mama, tata, dziadek i dzieci ją kupują. I idą na stadion.
W Polsce rodziny też kupują koszulki i chodzą na stadion.
Teraz powoli się to tworzy, ale kultura piłkarska w Polsce przez wiele lat łączyła się z korupcją, alkoholem i chuliganizmem. To brzmi brutalnie, ale tak było. Od czasu do czasu rodził się w tym jakiś wybitny piłkarz, jak Zbigniew Boniek. Niestety, przez dekady, po Bońku, nie mieliśmy już żadnej dobrej drużyny klubowej czy reprezentacji. Konsekwencją tych lat jest to, że nadal wiele osób na decydujących pozycjach w futbolu, po prostu nie zna się na piłce. Nie rozumieją żadnej innej waluty niż wynik, dlatego polski trener, żeby przeżyć na tym rynku musi dostarczyć ludziom jedną rzecz: wynik.
To się zmieni?
Z czasem się zmieni. Świat otworzył nam możliwości, żeby się kształcić, oglądać piłkę. Robert Lewandowski grał w Bayernie i Barcelonie, ludzie to pokochali i zrozumieli, jak może wyglądać futbol. Nie każdy prezes dziś chce, żeby jego zespół wybijał piłki przez płot, ale dochodzi jeszcze aspekt szkolenia młodzieży, robienia z tego biznesu. Za dziesięć lat ja, moje pokolenie, możemy być dyrektorami, prezesami. Z poziomem wiedzy zmieni się kultura. Przed Polską rozwój, w następnych 10-15 latach jesteśmy w stanie dogonić wiele krajów. Ale póki co trener myśli o wyniku, bo tylko tym może się tu obronić.
Jeśli jednak rozmawiamy o trenerach inspirujących się Markiem Papszunem i Deductorem, to jest tam duża chęć wiedzy, taktycznego podejścia, ale jest w tym też dużo gry na wynik.
To jest genialne, że polska piłka stała się miejscem dla inteligentnych, bardzo ambitnych ludzi. Szkoły trenerów, które odnoszą sukcesy, charakteryzują się tym, że nie ma tam przypadkowych osób. Hiszpanie to absolwenci uniwersytetów, dobrych szkół. Portugalscy trenerzy są wykształceni. Im więcej w Polsce inteligentnych ludzi, tym szybciej rozwiniemy ten sport.
Kaczmarek: Nagrywanie treningów to forma oszustwa
Mam wątpliwości, czy próbując osiągnąć wynik za wszelką cenę - szpiegowanie treningów, drony, dzwonienie po znajomych, żeby zdobyć informacje kto gra, kto nie, faktycznie rozwija.
Każdy z nas w tym pośpiechu musi zdefiniować swoje wartości, to następny etap rozwoju. Środowisko popełnia błędy. Temat dronów, podglądania treningów - to musi się zmienić. Jako społeczność trenerów musimy zdefiniować, kim chcemy być. Niektórzy zagubili się w pogoni za sukcesem. Słucham wypowiedzi trenerów, którzy są dumni z tego, że obserwują treningi rywali i uważam ich zachowanie za duży błąd.
Tonda Eckert, trener Southampton ukarany za podglądanie rywala, uważa, że w Niemczech to normalne. Jesteście z tego samego środowiska, ale pan odbiera to inaczej?
Dla mnie to nie do zaakceptowania, podstawą sportu jest fair play. Ten temat musi zostać jak najszybciej uregulowany przez Ekstraklasę i PZPN. Czy mówimy o korupcji, dopingu czy nagrywaniu treningów rywala - to po prostu forma oszustwa. Zamknięty trening to zamknięty trening. Konsekwencje muszą być takie, że każdy pierwszy trener, którego sztab to robi i który jest tego świadomy, musi zostać zawieszony. Inaczej tego nie przerwiemy. Nie staniemy się lepsi, gdy będziemy cwaniakować. Powinniśmy podwyższać standardy wychowania ludzi, piłkarzy.
Żałuje trener, że nie trafił do Rakowa przed sezonem?
Mam do tego dystans, i tak wydarzy się to, co miało się wydarzyć. Wierzę w piękno życia. Nie wiem, czy byłoby lepiej trafić tu latem, czy teraz. Chcę po prostu bardzo dobrze spędzić czas w Rakowie. Kiedyś nakładałem na siebie presję, bardzo stresowałem się przed meczami. Zmieniłem nastawienie i udaje mi się bardziej cieszyć tym zawodem.
Jak to się objawia?
Gdy nie masz pracy i idziesz na dobry mecz, myślisz: ile bym dał, żeby być trenerem. Nie masz presji wyniku, odpowiedzialności, czujesz pasję i wyzwanie. Potem zostajesz trenerem, masz odpowiedzialność i bardziej niż radość czujesz presję. To jedno z wyzwań trenera i zawodnika: czuć pasję w momencie, gdy w tym jesteś. Bardzo dużo ludzi to przechodzi, traci pasję. To piękny sport, ale wymagający zawód i bardzo często te wymagania zabijają piękno. Życzę każdemu, żeby nie zatracił tej radości.
Pozytywne nastawienie to coś, czym podobno się pan wyróżnia. Roztacza pozytywną energię zamiast jojczyć, tak mówią ludzie.
Nie zawsze taki byłem. I nie jestem w tym naiwny. Nie udaję, że przegrywamy, źle trenujemy, ale będzie super. Mam wysokie standardy i zależy mi na wysokich standardach. Po prostu z doświadczenia wiem, że łatwiej dać z siebie wszystko i jeszcze więcej, gdy czujesz, że ktoś w ciebie wierzy. Gdy dostrzega bardziej złe niż dobre strony, tłumaczy co mam robić lepiej, to trudniej jest wejść na najwyższy poziom. Wierzę, że środowisko musi być bardzo wymagające, ale można to robić z uśmiechem na twarzy i dużą dozą wiary w ludzi.