Wstrząsająca relacja dyrektora Korony. Ujawnił, co działo się na stadionie Radomiaka
Michał Siejak, dyrektor marketingu Korony Kielce, został zraniony przez kibica Radomiaka po meczu obu zespołów ostatniej kolejce Ekstraklasy. W obszernym oświadczeniu na platformie X opisał, jak wydarzenia wyglądały z jego perspektywy.
Mecz Radomiaka z Koroną zakończył się skanadalem. Na boisko wbiegło dwóch mężczyzn, którzy probowali zaatakować piłkarzy z Kielc. W ich kierunku z trybun poleciały szklane butelki. Jedna z nich trafiła Siejaka w głowę.
Dyrektor Korony trafił do szpitala, w którym sędził noc. Radomiak wydał oświadczenie z przeprosinami, ale - jak podkreśla Siejak - żaden z jego działaczy nie uznał za stosowne, by osobiście z nim porozmawiać.
- Do dziś - czyli niemal tydzień od zdarzenia - nikt z klubu RKS Radomiak Radom nie podjął wobec mnie żadnej próby kontaktu. Nie było telefonu, nie było spotkania, nie było osobistego wyrażenia troski. Dyrektor klubu przyjeżdża na mecz jako gość delegacji, zostaje raniony, spędza noc w radomskim szpitalu - i ze strony gospodarza nie pojawia się nawet podstawowa próba rozmowy, nie mówiąc już o bezpośrednim spotkaniu. Tego faktu nie da się zastąpić żadnym komunikatem - napisał Siejak.
- Jedyną osobą, która realnie zaproponowała mi pomoc, był jeden z przedstawicieli radomskich mediów - za co bardzo dziękuję. Ogromny szacunek również dla członka sztabu Radomiaka, który po meczu przyszedł pod szatnię naszego zespołu i osobiście przeprosił za zaistniałe sytuacje. Brawo dla kapitana Radomiaka Radom, Rafała Wolskiego, który nie kalkulując, nie czekając na oficjalne klubowe komunikaty, wydał własne oświadczenie jeszcze w dzień meczu - dodał.
- Od niemal 20 lat pracuję przy Ekstraklasie i nigdy w tym czasie nie spotkałem się z tak dużą liczbą osób nieuprawnionych przebywających na murawie po zakończeniu spotkania, z rzucaniem szklanych butelek z taką regularnością oraz z tak wrogim zachowaniem wobec drużyny i oficjalnej delegacji klubu gości. Potencjalnych dramatycznych zdarzeń mogło być znacznie więcej. Przykładem jest sytuacja, w której na murawie znalazła się niemal 90-letnia legenda Radomiaka - Pan Zdzisław Radulski - poruszający się o lasce, znajdujący się bezpośrednio przy eskalującym zamieszaniu. Tylko przytomność zawodnika Korony, Bartłomieja Smolarczyka, sprawiła, że został objęty opieką i odsunięty od napierającej grupy - relacjonował.
Siejak podkreśla, że miejscowi nie opamiętali się nawet, gdy zakrwawiony opuszczał murawę. Miał być wówczas przez nich lżony.
- To była atmosfera obejmująca znaczną część stadionu. My po prostu nie czuliśmy się tam bezpiecznie. Po opatrzeniu przez sanitariuszy realnie zastanawiałem się, czy zostać w radomskim szpitalu na noc, czy jak najszybciej wracać do Kielc - mimo niebezpiecznego urazu głowy. Sam fakt, że taka myśl pojawia się u pracownika uczestniczącego w meczu PKO BP Ekstraklasy, powinien być wystarczającym sygnałem alarmowym - podkreśla.
Całe oświadczenie Siejaka znajduje się w poniższym wpisie z platformy X.