Afera z Ronaldo nie milknie. "Boją się narażać, bo wiedzą"
O meczu Polski z Rumunią, zawirowaniach w Polskim Związku Piłki Nożnej, a także trudnej obecnie relacji Cristiano Ronaldo z reprezentacją Portugalii - pisze Janusz Basałaj w kolejnym artykule ze swojego cyklu na Meczyki.pl.
Kroniki Piłkarskie Janusza Basałaja to zbiór felietonów, w których doświadczony dziennikarz Meczyki.pl komentuje bieżące wydarzenia ze świata futbolu.
Urban przechytrzył Hagiego
Nie lubię wybrzydzać, więc nie ma sensu kilka godzin po rozgromieniu Rumunów narzekać, bo rywale byli słabi, grali bez sensu (koncepcji), a Gheorge Hagi – kiedyś ,,Maradona Karpat”, okazał się… takim sobie, bezradnym selekcjonerem. W Rumunii od pewnego czasu głośno się mówi, że nie jest to robota dla idola rumuńskich kibiców. Co prawda idola sprzed 40 lat, ale zawsze idola i symbolu wspaniałych czasów rumuńskiej piłki. No bo niewielu piłkarzy może o sobie powiedzieć, że grali kiedyś i w Realu, i w Barcelonie, i w Galatasaray… Nasz Jan Urban (trzy lata starszy od "Maradony Karpat") nie grał w tak renomowanych firmach jak Hagi, ale po raz kolejny udowadnia, że nawet wybitny piłkarz nie musi być po zakończeniu kariery wybitnym trenerem, a nawet selekcjonerem.
Czy Urban w spotkaniu z Rumunią rzeczywiście grał o głowę? Nawet czego by nie powiedział sam zainteresowany, czego by nie deklarował prezes Cezary Kulesza, to wiadomo, że gdyby nie poszło naszej reprezentacji w piątkowy wieczór na Narodowym, dyskusje o odejściu Urbana wróciłyby ze zdwojona mocą. Czekamy jeszcze na poniedziałkowy wyjazd do Bośni i Hercegowiny, i można spokojnie podsumować ostatni okres (od przegranego barażu w Sztokholmie) pracy selekcjonera Urbana. Więc ciesząc się z tak wysokiej wygranej, warto dodać, że Rumuni byli przerażająco naiwni i słabi, poza tym grali przez większość meczu w osłabieniu. Dlatego też poradziwszy sobie w końcu z “jet lagiem” Robert Lewandowski zanotował hat-tricka.
Zawsze jednak warto chwalić zespół, który potrafił wykorzystać słabość i nieporadność rywala, i nastrzelał mu pół tuzina goli. Czy to się komuś podoba czy nie – Polacy rozgromili Rumunów, najsłabszego naszego rywala w Lidze Narodów. Jak to kiedyś mówił stary i zasłużony trener: “Masz frajera, to go duś…”. I już nie pamiętam, czy to dotyczyło zapasów czy futbolu. Nieważne w sumie. Nawet to, że ten mecz był punktem zwrotnym ekipy Urbana, przyjmuję z wielką ostrożnością. Niech powtórzą rozmach i skuteczność w poniedziałek wieczorem. Choć już bez Roberta Lewandowskiego, który zdaje się obejrzy w TV mecz kolegów w czasie chicagowskiego lunchu.
Dzieje się w PZPN
Jedna ze starych zasad dotyczących pracy PZPN każe wierzyć, że jak idzie reprezentacji narodowej, wygrywającej, awansującej i kochanej przez Polaków drużynie, to mało kto interesuje się, co dzieje się za kulisami piłkarskiej centrali. Ostatnio jednak (wyłączmy Rumunię) “repra” jakoś nie pomaga… Bo prokurator zajmuje się współpracą PZPN z agencją Publicon, nie milkną też echa i spekulacje dotyczące nagrywania zmęczonego życiem i kolacją prezesa przez Sekretarza Generalnego. Część zarządu ma pretensje do SG za zachowanie, ale Prezes wybacza młodszemu koledze i najbliższemu współpracownikowi za frywolne zabawy z kamerką w smartfonie. Wybacza, bo nie ma wyjścia. To jego oczy i uszy, a czasami język, zwłaszcza za granicą…
Do nowych wyborów w PZPN jeszcze ponad trzy lata, więc chyba nie ma sensu podgrzewać atmosfery w gabinetach i salonach, choć niektórzy uważają, że w tej sytuacji Łukasz Wachowski ma trochę mniejsze szanse, by zostać kolejnym Prezesem. Nie założyłbym się o wielkie (a nawet średnie) pieniądze o to, że Łukasz stracił wszelkie szanse. Nie takie cuda, a nawet zwroty akcji w związkowej telenoweli zdarzały się, zdarzają i będą zdarzać. I tylko nadzieja, że reprezentacja przykryje wszystkie ciemne i jasne sprawki federacji, może pozostać płonna.
Co z tym Ronaldo?
Król abdykował. Król Portugalii. Cristiano Ronaldo w atmosferze małego skandalu opuścił zgrupowanie reprezentacji, angażując w swoją decyzję nie tylko kibiców, ale i selekcjonera Jorge Jesusa, a także prezesa federacji Pedro Proencę. Mają z nim kłopot Portugalczycy. Nie tylko zakochani w nim i bardzo szanujący Cristiano kibice, ale i trener Jesus, który może i powinien mieć swoje pomysły personalne w prowadzeniu kadry narodowej. Sam prezes dobrze wie, kto jest symbolem portugalskiego futbolu, kto napędza do federacji sponsorów i reklamodawców… Dobrze jest prowadzić politykę związku i ogrzewać się w blasku sławy i globalnej popularności CR7. To pomaga, to wiele tłumaczy i jednocześnie może rozgrzeszać błędy czy pewne porażki, skoro “zabrakło w tym meczu samego Cristiano”.
Tak czy owak od lat Portugalczycy stali się zakładnikami wielkiej osobistości piłkarskiej. Co z tego, że ma 41 lat i nie zawsze nadąża za Leao, Ramosem, Vitinhą, Bernardo Silvą i innymi. Jest wielki i zawsze musi grać w pierwszej jedenastce. Co z tego, że dobrze się czuje, uważa siebie za niezniszczalnego, nie przyjmuje nie tylko krytyk dziennikarzy, ale nawet decyzji personalnych selekcjonera. No bo kim jest selekcjoner Jesus przy geniuszu z Madery? Dla wielu ludzi w Portugalii i gdzie indziej, odpowiedź jest jednoznaczna. Sami kadrowicze, koledzy z reprezentacji, raczej milczą, bo boją się narazić opinii publicznej zakochanej do szaleństwa w Cristiano. Bo wiedzą, że jeśli Portugalia nie da rady, to będzie to przez nich, a jeśli wygra, to zasługa CR7. Może po cichu szepną zaufanym dziennikarzom, że ktoś jest “wielkim hamulcowym” jedenastki narodowej.
Nie wszystko w tej sprawie sprowadza się do słów piosenki Perfectu: “Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym…”. Bo i CR7, i nawet nasz RL9 wiedzą swoje, nie widząc, że ich koniec w kadrze staje się bardzo realny, a nawet konieczny. Ale miłość ludu piłkarskiego do idola, strach przed nim selekcjonera czy prezesa federacji, robią swoje. Liczenie na to, że Bóg wie kiedy zejść z piedestału i stałego miejsca w reprezentacji, staje się złudną iluzją. Bóg nie lubi bowiem ruszać się z pomnika. Bo jest przecież Bogiem. Nawet Bogiem futbolu.
Jak pisali kiedyś autorzy science fiction, bracia Strugaccy: “Trudno być Bogiem”.