Brutalna ocena reprezentacji Polski. Znowu to samo pytanie. "Mistrzowie marnowania"
Jak co zgrupowanie: kontrowersje przy powołaniach, wątpliwości dotyczące składu, dziwne wypowiedzi selekcjonera, średnia atmosfera wokół kadry i słuszne pytania o prawdziwą jakość tej reprezentacji. Siejemy defetyzm? Być może, natomiast takie są realia. Rozpoczynający Ligę Narodów mecz z Bośnią ma większe znaczenie niż mogłoby się wydawać. Chcielibyśmy się miło zaskoczyć.
Mamy wrażenie, że ostatnio co jesień możemy zadać pytanie: dokąd zmierza reprezentacja Polski? I co jesień trudno zbudować inną odpowiedź niż: nie wiadomo. Nie powiemy, że donikąd, natomiast zmieniają się selekcjonerzy, koncepcje, style gry, niektóre nazwiska piłkarzy, a kadra jak była, tak jest obsypana potężnymi znakami zapytania. Powiewy optymizmu zaraz są przykrywane oparami absurdów, błędów, zawirowań. U Michała Probierza wyciągaliśmy pozytywy po EURO 2024 - zaraz przyszedł gong w postaci kompromitująco zakończonej Ligi Narodów. Jan Urban zaczął od dwóch obiecujących remisów z Holandią i odświeżenia kadry, by potem przegrać wyjazd na mundial z najgorszą Szwecją od dekad. Nawet poprzednik Probierza, beznadziejny Fernando Santos, po wstydliwej inauguracji pokonał potem Albanię i Niemcy, by zbłaźnić się na całej linii w Mołdawii. Do tego różne historie około boiskowe, jak długo ciągnąca się za tą drużyną afera premiowa z Kataru, jak wewnętrzne niesnaski z końcówki kadencji Probierza. Do tego wiecznie podlewany alkoholowymi wyskokami wizerunek PZPN-u.
Mistrzowie marnowania
Przyznacie, nie jest łatwo być kibicem polskiej kadry w ostatnim czasie. Nie dziwimy się, że boom na nią minął, wiele osób po prostu ten zespół - jako całość, bez patrzenia na personalia i zmiany - zobojętniał, pewnie też zbrzydł. Temperatura spadła, poszło to oczywiście w parze z wynikami sportowymi. Jak i kiedy to naprawić? Brzmi prosto: wygrywać, jak najszybciej - wszak to zwycięstwa najbardziej interesują i uspokajają kibica. Łatwo powiedzieć. Sęk w tym, że Polska to średni zespół, na poziomie, jak słusznie zauważył Robert Lewandowski, nadchodzących rywali. Plus minus. Bośni, Szwecji, Rumunii. Tutaj jesteśmy, tutaj się rozgościliśmy, tutaj na razie będziemy. Grunt to maksymalizacja sukcesu przy trzeźwej ocenie jakości piłkarskiej drużyny. Uwypuklenie atutów, odsunięcie na bok wad, wzięcie sposobem tego, by przykryć bieżące braki, te nie do przeskoczenia.
Może to utarte frazesy, lanie wody, teoria, która zawsze wygląda efektowniej, piękniej od praktyki - nazywajcie to jak chcecie. Ta kadra potrzebuje jednak realnego i skutecznego pomysłu na siebie. Spójności, progresu - czegoś, czego dzisiaj nie ma. Od dwóch remisów z Holandią Jan Urban na stanowisku selekcjonera relatywnie nic nie zmienił. Jak traciliśmy łatwo gole, tak tracimy, bez znaczenia, kto biega w okolicach Bednarka i Kiwiora plus kto stoi między słupkami. Jak porządnej organizacji całego zespołu nie ma, tak nie było. Okej, przyjemnie się obserwowało kilka szybkich, składnych, efektownych akcji ze Szwedami, gdzieś w głowie świtało “grają jak nigdy”, tyle że w ogólnym rozrachunku nic to nie dało. Zostały mgliste, nieistotne wspomnienia, a na uroczystym balu bawili się inni - i to do białego rana. A my w tym czasie kopaliśmy się po czole w bolesnych sparingach bez ładu i składu na boisku i w selekcji.
Owszem, wskażemy dziś zbudowany przez trenera kręgosłup reprezentacji, choć w tej układance brakuje pewnego bramkarza - to jedno z kluczowych zadań na tę Ligę Narodów.
Boli jednak, jak zaprzepaszczone zostało letnie zgrupowanie. Reprezentację Polski możemy nazwać mistrzami marnowania: szans, czasu, potencjału, odwagi. Zamiast realnego przeglądu, próby czegoś nowego (choćby gry czwórką w dłuższym wymiarze!), otrzymaliśmy dość losowe wrzucanie nowych twarzy na boisko, z których de facto tylko Kacper Potulski dostał porządną szansę i ją zresztą wykorzystał. Warto przypomnieć, że w czerwcowym sparingu (!) z Nigerią (!!) graliśmy “na wynik” (udało się zremisować po strzale życia Wiśniewskiego), a do ostatniego gwizdka biegał wykończony Robert Lewandowski, co z ławki do 89. minuty oglądał król strzelców Ekstraklasy Karol Czubak. Zmarnowano zgrupowanie, zmarnowano dwa mecze towarzyskie.
Ostatni dzwonek
Liga Narodów to - rzecz jasna - okazja na rehabilitację, ale też być może ostatnia szansa dla selekcjonera, by pokazać, że ma koncepcję odbudowy i przebudowy reprezentacji. Że pod jego wodzą progres i eliminacja odwiecznych błędów wchodzi w grę. Że potrafi wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, otworzyć głowę na inne rozwiązania, nie brnąć ślepo pod założoną tezę. Że wykaże się odwagą w konstrukcji składu. Wreszcie: że w tym wszystkim do końca nie pochłonie się w niepokojąco coraz bardziej widocznej w wypowiedziach “selekcjonerozie”. Spokojnie bowiem jesteśmy sobie w stanie wyobrazić kolejne tąpnięcie na najważniejszym stanowisku w kraju, jeśli najbliższy meczowy kwartet nie da żadnych symptomów poprawy, a wyniki dalekie będą od idealnych. Słowa o chęci zmian na przedmeczowej konferencji bierzemy za dobrą monetę, choć, szczerze mówiąc, na dziś nie widzimy wielu argumentów broniących Jana Urbana.
Być może zaraz się to zmieni. Dlatego Liga Narodów mimo swojej niedoskonałości jest cholernie istotna, a jej pierwszy mecz, ten piątkowy, z Bośnią na Narodowym, waży najwięcej. Nie mamy wątpliwości, że ewentualna porażka uruchomi domino, które znów doprowadzi kadrę na skraj przepaści. Oby ten scenariusz się nie spełnił. Przyznacie jednak, że obawy są zasadne.